silije.amj
02.07.07, 14:32
Chciałabym zatrzymać czas, aby już więcej nie oddalać się od tego wczorajszego
wydarzenia, aby to już na zawsze było „przed chwilką”, „przed momentem”. Nasz
syn przychodząc na świat spełnił tyle pięknych marzeń. Na pewno nigdy żaden
prezent imieninowy nie zdoła podskoczyć do tej rangi, jaką miały narodziny
Dominika dla tatusia Pawła.
Wprawdzie ten wzorcowy naturalny poród nie miał całkiem naturalnego początku.
Mały człowiek pozostawał obojętny na próby wywabienia z cieplutkiego lokum, na
prośby zniecierpliwionej dziesiątym miesiącem ciąży mamy i siostrzyczek. Nasza
położna, pani Alina, specjalnie wybrała się więc w podróż do nas, aby
rozmasować szyjkę. W te ostatnie dni nic nie potrafiło mnie tak zdenerwować
jak myśl, że skończy się szpitalem.
Po takim badaniu z masażem o godzinie 17 zaczęło się z wielką nadzieją
oczekiwanie na skurcze. Niby jakieś liche się pojawiły, ale wkrótce zaczęły
zanikać. Po dobranocce zniechęcona zadzwoniłam do położnej, że może wracać do
domu i oderwałam się od zegarka i modlitw, aby to było już, a zabrałam za
prozaicznie ścielenie łóżek i kąpanie dziewczynek. I po godzinnej przerwie
zaczęło się na nowo – naprawdę!!!
Paweł pytał mnie już parę razy, dlaczego odesłałam położną taki kawał do domu
i po przejechaniu setki kilometrów usłyszała, że będzie musiała wkrótce do nas
wrócić. Otóż chyba przestałam wierzyć, że kiedykolwiek urodzę to spóźnialskie
dziecko. Takie chwile zwątpienia ma chyba każda przeterminowana matka, mimo
krążącej tu i ówdzie pogłoski, że żadna ciąża nie trwa wiecznie .
Między dziewiątą a dziesiątą wieczorem zaczęliśmy mierzyć skurcze, niezbyt
bolesne, ale już regularne, co 6 minut. Pawłowi mówiłam „start” i „stop”, a on
spisywał dane z sekundnika. Chodziłam w kółko po pokoju, a co jakiś czas
kładłam się na prawym boku, z mocno ugiętą lewą nogą, tak jak zaleciła pani
Alina, aby główka dziecka dobrze skręcała do miednicy. Dziewczynki widziały,
co się święci i były wyjątkowo podekscytowane i trochę nieznośne. Nigdy nie
zapomnę jak nasza siedmiolatka Julka skakała po naszym łóżku ze złożonymi
rękoma i wrzeszczała:
- Mamusiu, błagam cię, żebyś miała skurcze!
Upewniała się też, czy na pewno zbudzimy ją w nocy, gdy tylko Dominiś
przyjdzie na świat.
Zadzwoniłam do mojego brata, by go uprzedzić, że będzie potrzebny siostrzenicom.
- Jedziecie dziś do szpitala? – spytał.
Uśmiechnęłam się tylko i nawet nie wyprowadzałam go z błędu. Mój brat koło
północy zasnął u nas na dole, przekonany, że szykujemy się do szpitala.
Tymczasem Paweł zaniósł na górę dawno przygotowany stojak ze wszystkim, czego
potrzeba do porodu domowego. Od pewnego czasu już irytował mnie ten wciąż nie
wykorzystywany sprzęt na widoku .
Nalałam sobie ciepłej wody do wanny na górze. Ale nie wiem ile jeszcze razy
schodziłam dwa piętra niżej, aby znów ucałować dziewczynki na dobranoc. Czułam
taka ogromna potrzebę utulenia ich i ukołysania, jakbym od jutra miała już być
kimś trochę. Buziaczki i dla każdej krzyżyk na czółko. Zasnęły bardzo późno,
po 23.
Ciepła woda mnie odprężyła, posiedziałam w wannie pół godzinki, ale
równocześnie było mi tam jakoś twardo i kanciasto, więc nie wchodziłam więcej.
Zaaplikowałam sobie dwa czopki glicerynowe, a potem założyłam moją
„szczęśliwą” koszulkę, w której ponad trzy lata temu urodziłam Emilkę. No i
spodnie wraz z grubymi skarpetkami, bo mi marzły nogi. Bałam się, że będę
rodzić w upale, a tymczasem ładnie się ochłodziło na dworze. Paweł podłączył
więc elektryczny grzejnik, aby dzieciątku było ciepło po urodzeniu, a na
grzejniku położyliśmy tetrowe pieluszki do ugrzania.
Włączyłam komputer taty i ogłosiłam na moim forum, że to co prawda
niewiarygodne, ale się zaczęło! Przynajmniej przez godzinkę śledziłam
poruszenie, jakie wywołałam tą wiadomością . Podczytywałam jeszcze nawet
wtedy, gdy nie byłam już w stanie nic własnoręcznie napisać.
O północy pamiętałam o imieninach męża:
- Aby ci się szybko narodził zdrowy piękny synek! – składałam jedyne życzenia.
Wiedziałam, że już wkrótce dam mu najwspanialszy podarunek. Radość mojego męża
była nie do opisania. Cały czas zresztą był taki uśmiechnięty, spokojny, pewny
siebie, a mi udzielał się jego nastrój. W takie atmosferze jeszcze nigdy nie
zaczynałam rodzić, zawsze było więcej nerwów, choćby tych związanych z
wyjazdem na porodówkę.
Tymczasem natura przestała traktować mnie w miarę łagodnie i postanowiła
pokazać brutalniejsze oblicze. Dzwonimy do położnej, zdajemy relację z
częstotliwości i długości skurczy. Tych telefonów było kilka – p. Alina chce
dokładnie określić, na jakim etapie jesteśmy i zadaje trudne pytania. O
wrażenia w dole miednicy na przykład. A mnie w tej chwili tak bolą plecy, że
nie mam pojęcia, co jeszcze czuję. Więc się robię zirytowana jak baba w ciąży!
Odpycham telefon i mówię żałosnym tonem do Pawła:
- Powiedz jej, kurka, że mnie tak krzyże napier*** że nic nie wiem!
No cóż... odpowiedni efekt takich słów można osiągnąć, gdy na co dzień używa
się wyłącznie kulturalnej polszczyzny. Więc na Pawle robię wrażenie.
Oczywiście nie powtarza tego pani Alinie . Ale cieszę się, gdy słyszę, że
wsiada już do samochodu i jedzie do nas z powrotem. Nieźle ją wymęczymy w tej
dobie.
Rzucam okiem ostatni raz na ekran komputera, czerpiąc siłę z wirtualnego
dopingu i wchodzę na czworaka po schodach do przytulnego pokoju, z którego już
nie wyjdę z dużym brzuchem .
- Jaką muzyczkę ci włączyć? – pyta Paweł.
Życzę sobie moją ulubioną trzecią część „W górach jest wszystko co kocham”.
Płytka poleci dwa razy do narodzin i trzeci raz już po. Twoje pierwsze melodie
Dominiku!
Nagle robi mi się zimno, kładę się na tym prawym boku i żądam, by przykryć
mnie wszystkim, co się znajdzie w pobliżu. Wtedy, około pierwszej, wody
tryskają tak obficie, że wszystko, czym się owinęłam, jest mokre. W łazience
wylewam z siebie całe jezioro czyściutkiej wody. Paweł w naprawdę szampańskim
humorze (w końcu to nie jego boli!) dzwoni do położnej. A ona biedna naciska
gaz do dechy, bo czasami wtedy poród bardzo przyśpiesza. Ale Dominik jest
rozsądnym dzieckiem i nie przesadza z tempem pchania się na świat.
Ze zmarzniętej robię się zgrzana i spocona, więc pryskam wodą w sprayu na
twarz po każdym skurczu. Cudowne odświeżenie! Obok szklanka wody do picia – po
łyku. Chce mi się pić dużo bardziej, ale pewnie nie byłoby to najmądrzejsze.
Paweł rozkłada folię na podłodze w całym pokoju, podkłady na kanapę, na której
tkwię, ale na początku każdego skurczu wyciągam do niego ręce, a on rzuca
wszystko i nachyla się nade mną. Chwytam go za ramiona, każę sobie mocno
rozmasowywać krzyż i oddycham, innego wyjścia nie mam. W pokoju jest też duża
piłka do skakania, ale teraz pomysł siadania na niej wydaje mi się wręcz
katastrofalny! Przypominam sobie, że moja ulubiona autorka książek o porodach,
Sheilia Kitzinger, nazywała skurcze „przypływami energii” i zastanawiam się w
tych trudnych chwilach, czy aby kobieta na pewno była zdrowa na umyśle .W
domu rodzi się bez lęku, ale nie bez bólu, nie ma co się oszukiwać. W każdym
skurczu dziwię się jego potędze, a jeszcze bardziej dziwię się, jak mogłam
zapomnieć po narodzinach dziewczynek, że to AŻ TAK boli.
Tymczasem pisząc te słowa znów już zapominam
Patrzę na zegarek, jest 1:30, a więc dopiero półtorej godziny tak walczę.
Nakazuję sobie nie narzekać, bo czymże jest półtorej godzinki, co mają począć
kobiety rodzące kilkadziesiąt godzin.
Za chwilę zbiera mi się na mdłości i ściskam w objęciach wiaderko. Zapomniałam
napisać, że wcześniej na kolację zrobiłam sobie miseczkę kisielu, który ktoś
polecał na poród, bo „smakuje w obie strony tak samo”.
1:45 – sygnał na komórkę, położna jest pod bramą. Paweł zbiega, aby pomóc jej
przynieść walizki. Tyle ich jest,