anionka
26.04.09, 18:38
Z miejsca zaznaczam, że ten post (nazbyt) osobisty i emocjami pisany. Ale ja się muszę wyżalić.
Już na samym początku ciąży przeżyłam megarozczarowanie ojciem dziecka, które z miejsca przerodziło się w wyrzuty wobec siebie samej, że byłam taka naiwna, że mu ufałam, że nawet przez myśl mi nie przeszło, że stać go na takie świństwa, że wobec tego zignorowałam pare niepokojących oznak i dałam się namówić na dziecko. Było mi strasznie wstyd wobec tego nienarodzonego, że powołałam je do życia z kimś tak paskudnym wewnętrznie - "głupia, głupia, naiwna anionka"... Przez te kilka miesięcy ojciec dziecka (chyba) coś zrozumiał, w każdym bądź razie głośno się kaja i deklaruje chęci poprawy ("tyś jedyna"), nawet parę tygodni temu zaczął psychoterapię. Ale jakieś fundamenty mojego zaufania zostały tak zaburzone, że na samą myśl, że miałby mi towarzyszyć w porodzie robię się (co najmniej) niespokojna. Na pewno nie jest ci on, na obecnym etapie, źródłem jakiegokolwiek poczucia bezpieczeństwa. Przeciwnie, czuję potrzebę odizolowania się, trzymania dystansu. I się zastanawiam głęboko, bo wiem, że JA jego nie chcę podczas porodu, ale z drugiej strony to przecież też jego dziecko i nie wiem, czy mam prawo mu zabronić je przywitać na tym świecie...
Ale od tamtego czasu myślałam kogo JA CHCĘ przy porodzie. Przychodziły mi do głowy trzy bliskie mi kobiety - siostra i dwie przyjaciółki. I tu kolejne rozczarowanie (bardzo świeże i bezpośrednia przyczyna tego postu). Bo ja swoje zaproszenie do Współdzielenia Cudu i Trudu Narodzin widziałam zdecydowanie bardziej z akcentem na cud (w końcu trud to głownie moja część), a one się zachowują jakbym chciała im za karę zafundować uczestnictwo w krwawej jatce...
Prawdopodobnie dlatego, że żadna z nich wcześniej nie rodziła.
Pierwsza przyjaciółka: zamiast 3 tygodni urlopu (planowanych hen hen wcześniej, przed moją ciążą, do spędzenia właśnie w Gdańsku ze mną), weźmie tylko jeden, (mój 37 tydzień ciąży); co chwila też karmi mnie sentencjami typu: "zastanów się jeszcze, czy chcesz rodzić w domu, bo wiesz, że coś się może dziecku stać i jak ty potem z tym będziesz żyć" lub "moja koleżanka to mi powiedziała, że nie wyobraża sobie nawet, że mogłaby urodzić bez znieczulenia, że to ból nie do zniesienia", albo "czy ja mogę wziąć ze sobą swojego chłopaka, żeby miał mnie kto przytulić w razie czego"....
Siostra (sama w 5 miesiącu ciąży) zadeklarowała dzisia ostatecznie: "ja w tym stanie nie mogę ci towarzyszyć, bo się boję, że to się negatywnie odbije na moim dziecku, nie mogę je narażać na takie drastyczne widoki".
Druga przyjaciółka: właśnie ma ostrą fazę depresji, więc już jakoś samo przez się się rozumie, że jej ze mną, przy mnie, dla mnie, byc nie może..
I tak o.
Mam ochotę zatrzasnąć swój domeczek na cztery spusty i wzorem naszej kotki wziąć swój kocyś i podusię i zamknąć się w szafie i urodzić samiuteńka, nie oczekując niczyjej pomocy.
A jednocześnie instynkt (a może rozsądek) mi podpowiada, że oprócz położnej potrzebuję czyjejś obecności. Najlepiej kogoś, kto sam przez to przeszedł, kto się nie boi, kto nie ma uprzedzeń i kto będzie reagował tak jakoś 'po ludzku'. Kogoś w roli douli.
Więc dzielne kobiety - może któraś z Was?
pozdrawiam,
anionka