Dodaj do ulubionych

Czy to dużo? Mało? Normalnie?

19.03.10, 12:15
Koleżanka pisze pozew do sądu o podwyższenie alimentów i przy
różnych wyliczeniach wyszło jej, że miesięcznie na 8-latka średnio
wydaje 2 tys. Poradziłabym jej, żeby nie podawała takiej kwoty, bo
to duża suma i nie będzie miała szans na wyższe (chce 900 zł/mies)
alimenty. Ale może się mylę i te 2 tys. to norma obecnie?... Co
myślicie?
Obserwuj wątek
    • idyla Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 12:27
      Ja rozumie ze kazda matka chce dla dziecka jak najlepiej,ale wydaje mi sie ze to
      grubo przesadzona suma.Za dwa tys zl to zywi sie nie jedna rodzina
      miesiecznie.Wszystko zalezy do zarobkow ojca chyba ze chce sie go zostawic bez
      srodkow do zycia.Zaden sad nie przyzna takiej sumy.Walka rodzicow to najgorsza
      rzecz dla dziecka .To tylko moje zdanie.
      • asiara74 Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 12:36
        Pyt. zasadnicze to ile pan tata zarabia, jeśli grubo ponad 2 tyś to nie jest to
        wygórowana kwota. Argument, że niektóre rodziny za tyle wegetują(zamiast żyć)
        nie mają nic do rzeczy.
        • dorotammc Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 12:43
          Tata - ok 2200. I dziecko z drugiego aktualnego małżeństwa.
      • edytek1 Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 12:42
        To za ile żywi się rodzina x czy y nie ma znaczenia dziecku po rozwodzie nie powinien się obniżyć standard życia i jeśli przed były pieniądze na języki, muzykę narty ( itp) to alimenty powinny to uwzgędniać tak samo jak możliwość zarobkowania ojca( kiedy dziecko zostaje z matką)
        • dorotammc Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 12:46
          Rozstali się, gdy dziecko miało 4 lata, więc trudno mówić o
          wydatkach wtedy i teraz. Ojciec zarabia ok. 2200-2300, i ma dziecko
          w drugim aktualnym małżeństwie.
          • olifra1 Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 12:49
            przy takiej pensji ojca (i jego drugiej rodzinie) to ona może nie dostać tych
            900 zł., ale decyzja należy tylko i wyłącznie do sądu.
    • olifra1 Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 12:46
      nasz znajomy płaci 1700 m-c. jest bogatym człowiekiem, który próbował w zasadzie
      ukryć swoje dochody, ale nie do końca mu wyszło. nie będę rozpisywać się w
      szczegóły bo tu nie o to chodzi, ale matka jego dziecka chciała 4000 tyś. trzeba
      wnioskować o jak najwięcej. sąd zawsze tą kwotę i tak obetnie. także ja na Twoim
      miejscu takiej rady bym nie dawała.
    • anndelumester Ani duzo, ani mało - średnio 19.03.10, 12:50
      900 złotych alimentów na dziecko to kwota śmieszna, ale w wielu polskich
      rodzinach niestety tak jest, że nie żal na alkohol, papierosy i telewizje
      satelitarna , a na dziecko żal każdej złotówki.
      • dorotammc Re: Ani duzo, ani mało - średnio 19.03.10, 12:52
        Bardziej pytam o te 2 tys. miesięcznie na 8-latka, czy to nie będzie
        jakaś kwota dla sądu bulwersująca, niż o wysokośc tych alimentów.
        • anndelumester Re: Ani duzo, ani mało - średnio 19.03.10, 12:59
          A co ma być bulwersującego?
          Dziecko się wychowuje, a nie hoduje.
          Koszty jedzenia - chyba wysoki sąd nie zajada 30 dni w miesiącu pasztetowej z
          Biedronki.
          Koszty szkoły, zajęć dodatkowych, ubrania, sport rozrywka, edukacja typu
          wystawy, kino, muzea, wyjazdy, wakacje , ferie - niestety wszystko kosztuje.
          plus koszty życia - mieszkanie, prąd woda, gaz etc.
          Niech koleżanka pisze o jak najwyższą kwotę. To że pan zrobił drugie dziecko ,
          nie zwalnia go z zapewnieniu normalnego funkcjonowania pierwszemu.
        • olifra1 Re: Ani duzo, ani mało - średnio 19.03.10, 12:59
          nie będzie bulwersująca, bo ta kwota sama w sobie nie jest bulwersująca, poza
          tym sąd naprawdę nie jedno już widział i słyszał. podstawą jest odpowiednie
          uzasadnienie każdej kwoty.
          • asiara74 Re: Ani duzo, ani mało - średnio 19.03.10, 13:07
            Uzasadnienie niewiele tu da, jeśli facet zarabia niewiele ponad 2 to żaden sąd
            nie przyzna alimentów w takie kwocie. Myśle że koleżanka może liczyć na kwotę do
            1 tyś.
            • olifra1 Re: Ani duzo, ani mało - średnio 19.03.10, 13:25
              w tym wypadku zapewne nie, ale ja tylko odpowiadałam na pytanie czy taka kwota
              jest bulwersującawink
              wyżej napisałam, że według mnie nie wiem czy ma szanse nawet na te 900 zł
              zważywszy na jego sytuację rodzinną i zarobkismile
            • dorotammc Re: Ani duzo, ani mało - średnio 19.03.10, 14:01
              jeśli facet zarabia niewiele ponad 2 to żaden sąd
              > nie przyzna alimentów w takie kwocie. Myśle że koleżanka może
              liczyć na kwotę do 1 tyś.

              Nie rozumiem, czyli "żaden sąd nie przyzna 900 zł, ale przyzna do
              tysiąca?" ???
              • asiara74 Re: Ani duzo, ani mało - średnio 19.03.10, 14:21
                Nie przyzna kwoty 2 tyś, to miałam na myśli
                • dorotammc Re: Ani duzo, ani mało - średnio 19.03.10, 14:24
                  Więc przeczytaj mój pierwszy post, bo nie zrozumiałas chyba, o co
                  pytam i jakie sa to kwoty.
        • jaspers Re: Ani duzo, ani mało - średnio 31.03.10, 15:47
          moja koleżanka, miała sprawę w ubiegłym roku. Jej mąż zarabia około 4500 zł na
          rękę. Chciała 1000 zł i dostała bo tak ustalili wcześniej z mężem. Koleżanka na
          rozprawie mówiła że koszt miesięczny dziecka łacznie z piłką nożną, kursem
          językowym i basenem, plus kolonie itp itd, oraz codzienne życie to średnio 2
          tys. złotych. Sędzina złapała się za głowę i stwierdziła że 1000 zł to i tak
          bardzo dużo.
          Więc tak naprawdę to zależy od sędziego niestety.
          Chyba niektórzy nie zdają sobie sprawy ile kosztuje dorastający dzieciak.A to,
          że niektóre rodziny żyją za mniejszą kwotę to nie ma znaczenia. Jeśli dziecko
          przed rozwodem mogło chodzić na te wszystkie zajęcia to dlaczego ma mu się
          obniżyć stopa życiowa po rozwodzie rodziców?
          Ale tak to już u nas jest.
    • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 14:13
      Znam wypadek, gdy ojciec zarabia 2000 zł, matka 6000 zł, rozwód z
      winy obopólnej, dziecko przyznano matce, a ojcu zasądzono "na dzień
      dobry" 1000 zł alimentów. Sąd uzasadniał, że podobno niższych
      alimentów się nie przyznaje. Różnica tylka ta, że ojciec dziecka
      pozostał samotny, więc z tych 2000 zł musi utrzymać siebie i 1/2
      dziecka.
      • morekac Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 20:53
        Sąd uzasadniał, że podobno niższych
        > alimentów się nie przyznaje.
        Gdzie taki świetny ten sąd?
        • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 22:59
          Gdzie taki świetny ten sąd?
          W Warszawie.
          • morekac Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 23:53
            No patrz ty... ale to uzasadnienie to nieprawda, niestety.
            • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 00:02
              W uzasadnieniu było więcej kwiatków. Była to zresztą druga instancja
              po apelacji. Wyrok w pierwszej instancji zawierał nie tylko wiele
              stwierdzeń nieprawdziwych, ale także błędy ortograficzne. No, ale ta
              ostatnia sprawa wiąże się jakoś z kwestią poruszaną w "zapętleniu"
              niżej - tym, ile zarabia profesor belwederski i jak trudno jest
              znaleźć pracę, nawet z habilitacją. Jakoś to tak jest, że skoro
              społeczeństwo opłaca profesorów tak, jak opłaca, to najwyraźniej
              rośnie liczba osób, które robią błędy ortograficzne i toleranacja
              dla pozostawiania ich w oficjalnym piśmie. Nie usprawiedliwia tego
              dysleksja - dyslektyk wie, że robi błędy, więc powinien sprawdzić
              napisany tekst korektorem komputerowym. Ale po co ...
              Coraz częściej myślę, że pora umierać ...
    • w.i.l Ta kwota to wielka bezczelność wobec 19.03.10, 17:18
      mężczyzny z zarobkiem 2200 i drugim dzieckiem na utrzymaniu.
      Jak ta kobieta wyobraża sobie utrzymanie swojego dziecka za 2000 zł
      a dorosłego mężczyzny i innego dziecka za kilkaset zł?
      Wprost w głowie się nie mieści jej arogancja.
      • woman-in-love Re: Ta kwota to wielka bezczelność wobec 19.03.10, 17:33
        zadbać o własne dziecko - to arogancja?
        • sion2 Re: Ta kwota to wielka bezczelność wobec 19.03.10, 17:43

          Zadbac o wlasnie dziecko to nie arogancja. Tylko że ten facet ma
          dwoje dzieci i zadne z nich nie jest winne temu, że facet
          jest nieodpowiedzialny. To drugie dziecko jest tak samo wazne, ma
          takie samo prawo do zycia w godziwych warunkach. I powtarzam nie
          jest winne
          postepowaniu tatusia.
          Wiec kwota 2 tys zlotych przy zarobkach nieco ponad 2 tys jest
          nieporozumieniem, mysle ze kazdy sprawiedliwy sedzie wezmie pod
          uwage sytuacje życiwą obydwojga dzieci. Zwlaszcza jesli to drugie
          jest malutkie a matka opiekuje sie nim i nie pracuje.
          • anndelumester Re: Ta kwota to wielka bezczelność wobec 19.03.10, 19:16
            Co do nieodpowiedzialności tatusia pełna zgoda. Ale...
            Sąd na szczęście zazwyczaj bierze pod uwagę możliwości zarobkowe delikwenta, a
            nie ile dostaje na rękę. Pan chce żyć na dwie rodziny - trudno, trzeba zarabiać
            więcej. Nic nie usprawiedliwia , ani malutkie dziecko (moze trzeba było w
            odpowiednim momencie założyć ogumienie), ani druga zona, która chyba miała
            świadomość z jakim kochającym tatusiem się wiąże.
          • morekac Re: Ta kwota to wielka bezczelność wobec 19.03.10, 20:51
            Primo: koszty utrzymania dziecka wyszły ok 2 tys - IMHO: mogą być trochę
            naciągnięte, ale nie tak dużo. Dzieci są kosztowne.
            Secundo: Alimenty mają być w wysokości ok 900-1000 zł - czyli ok 50% kosztów.
            Alimenty nie mają być w wysokości 2tys.
            Tertio: nie wiadomo,dlaczego rodzice nie są razem, kto kogo zostawił itp - a wy
            już napadacie, że facet nieodpowiedzialny. Równie dobrze nieodpowiedzialna może
            być mama, bo wydaje na dziecko powyżej swoich możliwości. Powiedzmy,że facet ma
            na utrzymaniu siebie, żonę, 1 niemowlaka i pół ośmiolatka, Zatem realnie
            utrzymuje 3,5 osoby. Wypada po 628 zł na osobę... Jeśli będzie płacił 900 zł
            alimentów - na utrzymanie pozostałych trzech osób będzie miał po 433 zł na
            głowę. Ile wynosi minimum socjalne?
            • w.i.l Dokładnie tak. 22.03.10, 18:06
              Z tym, że 2 tys na utrzymanie dziecka mieszkającego z matką?
              A ile dostają emeryci mieszkający sami i ponoszący sami koszty
              mieszkania i opłat?
              2000 zł to fanaberia. Baba sama juz nie wie jak dokuczyć byłemu
              mężowi.
      • iin-ess Re: Ta kwota to wielka bezczelność wobec 01.04.10, 09:39



        w.i.l napisał:

        > mężczyzny z zarobkiem 2200 i drugim dzieckiem na utrzymaniu.
        > Jak ta kobieta wyobraża sobie utrzymanie swojego dziecka za 2000 zł
        > a dorosłego mężczyzny i innego dziecka za kilkaset zł?
        > Wprost w głowie się nie mieści jej arogancja.


        Sąd powinien brać pod uwagę możliwości zarobkowe, anie nie zarobki( i w tym
        wypadku najprawdopodobniej Sąd tak zrobił) uznał, że kwota 2000 jest zaniżona i
        człowiek z jego wykształceniem, doświadczeniem bądź kwalifikacjami może zarobić
        więcej.


        A jak nazwiesz to, że Sąd przy zarobkach ojca 5000-6000 zasądza alimenty w
        kwocie 450zl?
    • jakw Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 17:56
      Kwota może być niecałkiem z sufitu. Dziecko zapewne je, pije i co
      jakiś czas potrzebuje też ubrań i butów. Jako uczeń potrzebuje też
      książek i przyborów szkolnych. Dolicz zajęcia dodatkowe, rozrywki
      czy wakacje. Dziecko zużywa też prąd, wodę, produkuje śmieci. Jeśli
      koleżanka potrafi udokumentować i uzasadnić te wydatki - dlaczego
      nie ma wpisać takiej kwoty. Btw na obojgu rodzicach ciąży obowiązek
      utrzymania dziecka, więc wpisywanie wydatków w wysokości 900 złotych
      i domaganie się tej całej kwoty od byłego pewnie nie byłoby dobrze
      widziane przez sąd.
      • jakw Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 17:57
        A ile koleżanka tych alimentów dostanie - to już kwestia sądu, który
        pewnie jednak będzie brał pod uwagę sytuację finansową obu stron.
        • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 19:24
          Kwota 2000 na dziecko to jak bajbardziej normalna kwota. 900 to dla
          mnie smieszna kwota. Nie wiem o jakie miasto chodzi, ale w W-wie to
          ciezko dziecko utzrymac za takie grosze.
          A co do pana, ktory zarabia tak malo - jak ktos powiedzial - liczy
          sie to ile moze zarobic w konkretnym zawodzie a nie to ile zarabia.
          Wszystko zalezy od sadu i od udokumentowania wydatkow.
          • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 20:29
            liczy
            > sie to ile moze zarobic w konkretnym zawodzie a nie to ile
            zarabia.

            Są zawody, w których NIE MOŻNA zarobić więcej, niż te nieco ponad 2
            tysiące. I to niektóre całkiem prestiżowe - np. profesor belwederski
            w instytucie panowskim. Można dorabiać honorariami autorskimi, ale
            to jest bardzo nieregularne i niepewne.
            • anndelumester Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 21:27
              > Są zawody, w których NIE MOŻNA zarobić więcej, niż te nieco ponad 2
              > tysiące. I to niektóre całkiem prestiżowe - np. profesor belwederski
              No to może trzeba zmienić zawód? Albo miejsce pracy?
              O ile facet po niepełnej podstawówce z IQ <60 mógłby mieć z tym kłopot, tak
              profesor, a do tego belwederski - ma pełen wachlarz możliwości, bo i kapitał
              społeczny duży, języki, inteligencja etc. etc.
              • verdana Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 22:01
                Nie.
                Profesor belwederski ma ograniczone możliwosci - za publikacje się
                nie płaci, etaty sa ograniczone do dwóch, a jak się chce je utrzymać
                to wymagane są publikacje (za które się nie płaci). Więc mnostwo
                czasu zajmuje pisanie -za darmo. W dodatku profesor np. filologii
                ukraińskiej/ historii sredniowiecznej/ gramatyki historycznej nie
                jest , ze tak się wyrazę, rozrywany. Ma więc ten etat za 2400
                (brutto). I pracuje dla ideismile
                • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 22:54
                  Na razie jestem tyko dr hab. i pracując na wyższej uczelni zarabiam
                  więcej niż "nieco ponad dwa tysiące". (Na uczelniach zarabia się
                  więcej, niż w instytutach panowskich). Ale w tej chwili kierunek, na
                  którym wykładam, jest na mojej uczelni likwidowany, i dosłownie w
                  całej Polsce nie mogę znaleźć pracy na żadnej innej uczelni. Nie mam
                  pojęcia, co będę robić od października. Oczywiście, że ostatecznie
                  zawsze znajdę zajęcie jako sekretarka w podrzędnym biurze, kasjerka
                  w teatrze albo dozorczyni, ale wtedy też nie zarobię więcej
                  niż "nieco ponad dwa tysiące". Na szczęście nie płacę alimentów.
                  Ale doprawdy są zawody, w których nie da się zarobić więcej i nie
                  wynika to z lenistwa, nieudacznictwa życiowego i braku kwalifikacji.
                  • triss_merigold6 Nie dorabiaj ideologii 21.03.10, 09:14
                    Nie dorabiaj ideologii do nieudacznictwa. Mając dr hab potrafisz
                    prowadzić zajęcia/wykładać tylko na jednym kierunku? Coś mało
                    prawdopodobne, skoro ja i znajomi doktoranci (czyli magistrzy)
                    prowadziliśmy ćwiczenia i konwersatoria z 2-3 przedmiotów. Dr hab
                    powinien być bardziej zdywersyfikowany.
                    Zachowujesz się jak ludzie na początku lat 90-tych wpadający w
                    panikę kiedy likwidowano fabrykę/zakład pracy, w którym pracowali 15-
                    20 lat i nie wyobrażali sobie zmiany zajęcia. Tylko, że u
                    przedstawicieli zdeklasowanej znienacka wielkoprzemysłowej klasy
                    robotniczej posiadających wykształcenie zawodowe lub max technikum,
                    taka panika była w miarę zrozumiała.
                    Od niemal 20 lat wszystkie możliwe porady dotyczące przyszłości
                    zawodowej zalecają posiadanie wielu umiejętności umożliwiających
                    pracę w różnych miejscach oraz przzywyczajenie się do myśli, że
                    praca w jednej instytucji nie jest dana raz na całe życie. Ktoś z
                    wykształceniem wyższym powinien umieć to zauważyć i wyciągnąć
                    wnioski.
                    • verdana Re: Nie dorabiaj ideologii 21.03.10, 10:04
                      Rozumiem, ze poperasz g.. robotę - dr. hab wykladający nie to, na
                      czym się zna, tylko cokolwiek za kasę? Każdy potrafi wykładać 2-3
                      rzeczy, ale ze swojej dziedziny - a nie z calkiem innej, na innym
                      kierunku. Ortopeda pracujący jako ginekolog, aby dorobic jest tez OK?
                      Rozumiem, ze dla Ciebie licza się pieniądze, zarobione uczciwie lub
                      mniej uczciwie. Sa jednak tacy, co wola zarobic mniej, ale
                      sumiennie.
                      • triss_merigold6 Re: Nie dorabiaj ideologii 21.03.10, 10:38
                        Lekarze to inna bajka, zresztą wielu ma po 2 specjalizacje.
                        Porównywanie lekarza z humanistą to demagogia.

                        Nie wierzę, że dr hab nie jest w stanie przygotować wykładów z
                        tematyki związanej ze swoim wykształceniem, nawet jeśli mają być
                        nieco inne niż te, które prowadził dotychczas. Srebrnarybka ma w
                        perspektywie - jak pisze - bezrobocie, a to nie jest wizja
                        sprzyjająca fochom i kaprysom. Jeśli będzie głodować z powodu
                        ambicji to na własne życzenie.
                        Ja tylko podkreślam, że nie ma nakazu pracowania całe życie w jednym
                        miejscu i robienia tego samego. Od 20 lat czytam (i zapewne inni
                        również), że warto mieć wiele umiejętności i adaptować się do
                        sytuacji na rynku. Tym bardziej jeśli są dzieci. Skazywanie dzieci
                        na mierny poziom życia, bo rodzice mają ambicję pracować
                        hobbystycznie uważam za nie fair.
                        Co do redaktorów - mam zupełnie inne info. Zatrudniania są na etat
                        m.in. np. w redakcji IPN, Ośrodka "Karta", w CEO, obecnie też mam
                        etat redaktora w swojej fabryce.
                        • srebrnarybka Re: Nie dorabiaj ideologii 21.03.10, 11:02
                          Po pierwsze - mnie nikt nie chce zwolnić. Mnie chcą koniecznie
                          zatrzymać, ponieważ jest im potrzebne "pogłowie' dr. hab. Natomiast
                          jeśli rzeczywiście zlikwidują kierunek i każą mi wykładać na tym,
                          który zamierzają utworzyć, zwolnię się sama, bo moja praca na nim
                          byłyby nieuczciwością. Po pierwsze dlatego, iż kierunku, który
                          zamierzają utworzyć, w ogóle za naukę nie uważam i nie będę go
                          firmowć moim nazwiskiem. Po drugie ten kierunek na innych uczelniach
                          produkuje tony bezrobotnych, więc jest oszukiwaniem studentów.
                          Zamierzają go uruchomić, żeby zapewnić ciepłe posady pracownikom
                          zwalnianym w tej chwili w dużej ilości z pewnej instytucji. Po
                          trzecie - dlatego żę wykłądowca może wykłądać na poziomie
                          akademickim to, z czego prowadził badania. Teoretycznie mogę
                          przygotować jakieś wykłady z bełkotu, który ma być wykładany na
                          mojej uczelni, ale byłoby to nieuczciwe, bo w tej dziedzinie nie
                          prowadziłam badań. Akademickie standardy tym różnią się od
                          szkolnych, że wykłądy powinny być zakorzeniowe w badaniach naukowych
                          prowadzonych przez wykładowcę, a nie być streszczeniem skryptu
                          przeczytanego w noc przed wykładem. W innym wypadku są oszustwem. A
                          dla mnie, z punktu widzenia mojej ambicji, wszystko jedno czy będę
                          wykłądała bełkot, który zaproponują mi władze uczelni, czy będę
                          sprzątaczką. Tyle, że w tym ostatnim wypadku będę uczciwa. Mimo
                          wszystko myślę, że na bezrobotne nie pójdę.
                          Aha, w ramach kierunku, na którym wykładałam dotąd, prowadziłam już
                          kilkanaście typów różnych zajęć. Na mojej uczelni likwidują nie
                          jedną specjalność, ale cały kierunek. Tak, jakby zlikwidowali
                          medycynę, a lekarzowi kazali wykładać farmację. Przy czym farmacja w
                          ogóle jest pożytecznym kierunkiem, a ten, na którym każą mi
                          wykładać - nie jest.
                          Sama masz dziecko/dzieci i życzę Twemu potomstwu, gdy będzie
                          studiowało, by wykładali mu ludzie czerpiący wiedzę ze swoich badań
                          naukowych, a nie oszuści skaczący w jedną noc z kierunku na kierunek.
                          Skazywanie dzieci na posiadanie nieuczciwych rodziców uważam za nie
                          fair.
                          Uważam też, że społeczeństwo, które płąci pensję 6000 zł panience od
                          PR za robienie ludziom wody z mózgu, a profesorowi belwederskiemu i
                          opiekunowi niepełnosprawnych dzieci 2000 zł jest chore i żadnym
                          rynkiem nie da się tego wytłumaczyć. Jeżeli już, to ogólnym
                          schamieniem, które sprawia, że nie ceni się wykształcenia,
                          twórczości naukowej i poświęcenia dla chorych dzieci.
                          Wiele lat zarabiałam bardzo mało i nie uważam się za nieudacznika
                          życiowego. Wręcz przeciwnie. Byl to mój świadomy wybór. W tej
                          chwili, póki się z tej pracy nie zwolnię, zarabiam nieźle, ale
                          zapewne i tak mniej, niż większość na tym forum. Ale przynajmniej
                          wiem, że jak będę umierała, będę wiedziała, że napisałąm parę
                          wąznych książek i wniosłam jakiś wkład do kultury polskiej. Ciekawa
                          jestem, jaką satysfakcję będzie miała pani od PR zarabiająca teraz
                          6000 zł?
                        • verdana Re: Nie dorabiaj ideologii 21.03.10, 12:58
                          Bo humanistyke to może każdy wykladać? I potem kształceni przez byle
                          kogo pójda do szkół nauczyciele, do róznych osrodków opiekunowie
                          spoleczni - super po prostu.
                          Wiesz, są ludzie, ktorzy wola bezrobocie od nieuczciwosci. Uwazam
                          też, że poziojm życia dzieci to nie jest najwazniejsze - owszem,
                          ponizej pewnego poziomu nie powinno sie zejść - ale tłuczenie kasy
                          gdziekolwiek, dal "dobra dziecka" wcale nie powoduje, ze będzie mu
                          się lepiej żylo. Sfrustrowany, niezadowolony z pracy rodzic - to nie
                          jest akurat to, czego dziecko potrzebuje najbardziej.
                          Bardzo szerokie umiejetności i zmiana pracy jest OK (sama pracowałam
                          w róznych miejscach w życiu), ale do pewnego poziomu - profesor albo
                          jest dobrym naukowcem, albo jest dobry we wszystkim i moze spokojnie
                          zacząć sprzedawać ubezpieczenia czy pracować dla koncernu. Takich
                          cudów nie ma.
                          Masz etat redaktora??? Bo ja mam przyszłą synową, konczącą studia,
                          ktora poszukuje etatu?
                          • anndelumester etat 21.03.10, 13:59
                            > Masz etat redaktora??? Bo ja mam przyszłą synową, konczącą studia,
                            > ktora poszukuje etatu?
                            Z doświadczenia wiem, ze dobrze jest pracować na studiach, wtedy po studiach nie
                            ma problemu z etatem. Etat redaktora miałam na 4 roku, ale ja kończyłam banalnie
                            proste studia(historia), i nawet dodatkowy kierunek i dodatkowa specjalizacja
                            dawały mi dużo wolnego czasu.
                            • srebrnarybka Re: etat 21.03.10, 14:12
                              Jeśli studiowałaś historię + coś jeszcze + pracowałaś, to będę
                              złośliwa i pozwolę sobie na prognozę, że raczej profesorem
                              belwederskim historii nie zostaniesz. Historia to nie są studia
                              banalnie proste i porządne jej studiowanie wymaga masy czasu na
                              czytanie, by dogłębnie poznać studiowane problemy. Chyba, że
                              zaliczałaś po łebkach "od - do" metodą paznokciową. I jeżeli takie
                              postawy są w życiu premiowane, to jest smutne i tyle.
                              • anndelumester Re: etat 21.03.10, 14:22
                                Jestem po prostu bardzo zdolna. W końcu stypendiów naukowych nie płacą idiotom,
                                a na pewno nie płacili te 10 lat temu.
                                To co niektórym przychodziło z trudem, mnie łatwo - to sie nazywa kapitał
                                społeczny. Z domu. Z dobrej szkoły. Dzięki temu, ze moi rodzice nie oszczędzali
                                na mojej edukacji, nie musiałam na studiach uczyć się uczyć, uczyć się robić
                                notatki, uczyć się pisać. Mając w rodzinie sporo dobrze wykształconych
                                humanistów - i niezłe biblioteki domowe kwestia lektur i podręczników była
                                banalna. Poza tym zawsze czytałam szybko i ze zrozumieniem i mam fotograficzną
                                pamięć. Języków obcych ucze się w zasadzie przy okazji...Jak to powiedział mój
                                szef, gdy odchodziłam z roboty - wielka strata.
                                Za to mój Instytut ma Zyzaków i innych pajaców...i robi wielką nauke i
                                kulturę...rotfl...
                                Ale niestety - dziecko kosztuje - a dobry rehabilitant - prywatnie - to spory
                                wydatek (tak przy okazji wątku o Twoim znajomym).
                                • srebrnarybka Re: etat 21.03.10, 15:07
                                  Jestem po prostu bardzo zdolna.

                                  Cóż, gratuluję dobrego samopoczucia. Ale zdolności, pamięć etc. nie
                                  tłumaczą dużej ilości wolnego czasu przy studiowaniu historii.
                                  Bowiem studiowanie hitorii polega na dogłębnym czytaniu o
                                  studiowanych zagadnieniach, zatem nigdy nie można powiedzić, że
                                  przeczytało się już wszytko, tylko zawsze jest coś następnego do
                                  przeczytania. Jeżeli czytasz bardzo szybko, to i tak studiując
                                  historię nie masz prawa mieć wolnego czasu, bo zawsze pozostają
                                  kolejne pozycje do przeczytania, to jest studnia bez dna. Jeżeli
                                  miałaś dużo wolnego czasu, tzn., że czytałaś "od - do".
                                  Stypendia naukowe płacą za średnią. Przy fotograficznej pamięci
                                  można zdać egzaminy na dobre oceny, nie znaczy to, że się porządnie
                                  studiuje historię.
                                  No, i Instytut, w którym pracujesz zajmuje się historią najnowszą,
                                  która zawsze uchodziła za łatwiejszą. Nie wymaga znajomości łaciny,
                                  czytania ton książek w obcych językach, często trudno w Polsce
                                  dostępnych, paleografii etc.
                                  Mój znajomy nie jest rehabilitantem, zajmuje się taką formą
                                  niepełnosprawności, której nie można poprawić i w której nie
                                  wynajmuje się prywatnych opiekunów.
                                  • anndelumester Re: etat 21.03.10, 15:44
                                    Ach to ocenianie na odległość, ta poza wszechwiedzy i oceny, co lepsze i gorsze,
                                    trudniejsze i łatwiejsze - masz habilitację z jasnowidzenia i czytania myśli na
                                    odległość? Wiesz co skończyłam, jakie specjalizacje, jakie znam języki? Czy
                                    musiałaś napisać cokolwiek, żeby sobie dysonans zredukować.
                                    Chyba najwyższy czas przyznać się przed samym sobą - że nie jedyna w kraju, w
                                    Europie i na świecie masz habilitację, a dzieciństwo jakie Ci rodzice
                                    zafundowali nie było opcją all inclusive.
                                    Skąd ja to znam - te niewiele sobą nie reprezentujące, nabzdyczone pańcie z
                                    pretensjami do całego świata, tworzące atmosferę prawie jak z
                                    wysokospecjalizowanego zakładu pracy chronionej, gdzie człowiek czuje się,
                                    cytując pisarkę, "ciężkim zadem motłochu duchowego przyciśniony". Nic ciekawego
                                    nie widziały, nic ciekawego nie czytały, nigdzie nie były - utrzymuje je przy
                                    życiu staranne pielęgnowanie pozornej wyższości, możne nie intelektualnej (bo na
                                    to trzeba jednak kasy), ale automoralno-duchowej.
                                    • airam.as Re: etat 21.03.10, 16:15
                                      Hejka, Annde.
                                      Ale bez przesadyzmu. Tak samo nie wiesz nic o Pań dorobku naukowym, jak i one o Twoim. To sa rózne podejścia po prostu. I choć częściowo i w pewnych sprawach nie zgadzam się z Verdana i Srebrnarybką, to jednak warto uwzględnić specyfikę branży zanim się wypowie takie kwestie.
                                      Choc oczywiście - lista filadelfijska jest pewnym wskaźnikiem dorobku naukowego i jego poziomu, ale w mniejszym stopniu jesli chodzi o nauki humanistyczne (szczególnie - języki), latwiej jest z pewnością, jeśli chodzi o nauki ścisłe.
                                      Zauwaz też, że kariera naukowa u "ścisłowca" siłą rzeczy przebiega o wiele szybciej, niz u humanisty. Bo warsztat pracy zupełnie na czym innym jest oparty. I automoralność duchowa, jak się wyraziłaś, nie do konca jednak może posłuzyć jako argument w tej dyskusji.
                                    • srebrnarybka Re: etat 21.03.10, 16:21
                                      Wiesz co skończyłam, jakie specjalizacje, jakie znam języki? Czy
                                      > musiałaś napisać cokolwiek, żeby sobie dysonans zredukować.

                                      Nie wiem. Wiem, jaka specjalizacja jest potrzebna do pracy w
                                      instytucie, w którym pracujesz.

                                      Chyba najwyższy czas przyznać się przed samym sobą - że nie jedyna w
                                      kraju, w
                                      > Europie i na świecie masz habilitację

                                      nigdy tego nie twierdziłam. W każdym razie ja mam habilitację, a Ty,
                                      o ile wiem, nie, więc nie rozumiem, dlaczego musisz mną z tego
                                      powodu pogardzać.

                                      dzieciństwo jakie Ci rodzice
                                      > zafundowali nie było opcją all inclusive.

                                      i bardzo dobrze. Jeśli chodzi o moją edukację intelektualną, to z
                                      domu wyniosłam akurat bardzo dużo i kontakt z moim ojcem był czymś w
                                      rodzaju małego uniwersytetu. Mimo, że było cienko, starczało na
                                      prywatne lekcje angielskiego od II klasy podstawówki, w LO uczyłam
                                      się drugiego języka, na prywatne lekcje łaciny (LO humanistycznych
                                      wtedy praktycznie nie było), na regularne chodznie do teatru, na
                                      bardzo poważne lektury. Z domu wyniosłam też zamiłowanie do
                                      zwiedznia zabytków i jeździło się dużo, choćby autostopem. Miałam
                                      okazję przysłuchiwać się wielu intelektualnym dykusjom znajomych
                                      moich rodziców. I wyniosłam jeszcze jedno: przekonanie, że
                                      najważniejsze w życiu nie są pieniądze, ale rozwój duchowy i
                                      intelektualny. Jakim więc prawem piszesz o mnie "Nic ciekawego
                                      > nie widziały, nic ciekawego nie czytały, nigdzie nie były"?
                                      Do nikogo nie mam pretensji. O swoich kłopotach ze znalezieniem
                                      nowej pracy napisałam tylko dlatego, by uzmysłowić, że w wielu
                                      zawodach i to niekiedy wysokokwalifikowanych, trudno jest dorobić
                                      duże pieniądze i tyle.
                          • triss_merigold6 Redakcja 21.03.10, 16:42
                            Ale dlaczego zakładasz, że rodzic zmieniający pracę na inną musi być
                            nieszczęśliwy i sfrustrowany? Jak obserwuję siebie i znajomych to
                            rózne rzeczy robiliśmy i robimy z większą lub mniejszą
                            przyjemnością, ale też praca nie jest jedynym miejscem w którym
                            zaspokajamy swoje potrzeby i ambicje. Do sprzedawania ubezpieczeń
                            trzeba mieć predyspozycje psychiczne, profesor ich nie będzie miał
                            na 99%.
                            Jeśli chodzi o etat redaktora to po prostu zmieniłam w ramach
                            fabryki biuro na takie, które zajmuje się publikacjami - serie,
                            pojedyncze książki pasujące tematycznie, periodyki i jako redaktorzy
                            pracuje tam spokojnie ze 20 osób. Podstawa to doświadczenie w
                            pisaniu i redagowaniu tekstów, aplikacja administracyjna i kursy
                            PTWK + staż w centralnej budżetówce.
                            • srebrnarybka Re: Redakcja 21.03.10, 16:58
                              Jeżeli rodzic-naukowiec zmieni pracę naukową na PR dlatego, że uważa
                              ją bardziej odpowiadającą jego zainteresowaniom, to sfrustrowany nie
                              będzie. Ale jeżeli rodzic-naukowiec zdolny do kariery naukowej,
                              czyli głęboko zainteresowany dziedziną wiedzy, w której pracuje,
                              zrezygnuje z twórczości naukowej i przejdzie do PR tylko dlatego, że
                              tam się więcej zarabia, to pozbawia się bardzo ważnej sfery życia i
                              zrozumiałe, że będzie sfrustrowany. Sądzę, że pogarda, z jaką Annde
                              pisze o mojej pracy też dowodzi jakiejś frustracji.
                              Praca nie jest, a w każdym razie nie musi być jednym miejscem, w
                              którym zaspakajamy swoje potrzeby i ambicje. Ale w pracy spędza się
                              bardzo dużo czasu. Jeśli poświęcamy go na czynności, które w żaden
                              sposób nie odpowiadają naszym zainteresowaniom i ambicjom, to musi
                              to rodzić frutrację. No, i jeszcze kwestia czasu. Rodzic poświęca na
                              pracę ileś tam godzin dziennie niezależnie od tego, czy praca
                              zaspokaja jego zamiłowania, czy nie. Jeśli nie, to jeśli nie jest
                              zerem bez żadnych zainteresowań, będzie chciał takie zainteresowania
                              zaspokajać po pracy. A to zabiera czas potrzebny na kontakt z
                              dzieckiem. Oczywiście niektóre zamiłowania można realizować z
                              dzieckiem razem, ale nie wszystko i nie zawsze. Rodzic, który w
                              pracy się wyłączie męczy i nudzi, mui z natury rzeczy być
                              sfrustrowany.
                              • airam.as Re: Redakcja 21.03.10, 17:21
                                srebrnarybka napisała:

                                > Jeżeli rodzic-naukowiec zmieni pracę naukową na PR dlatego, że uważa
                                > ją bardziej odpowiadającą jego zainteresowaniom, to sfrustrowany nie
                                > będzie. Ale jeżeli rodzic-naukowiec zdolny do kariery naukowej,
                                > czyli głęboko zainteresowany dziedziną wiedzy, w której pracuje,
                                > zrezygnuje z twórczości naukowej i przejdzie do PR tylko dlatego, że
                                > tam się więcej zarabia, to pozbawia się bardzo ważnej sfery życia i
                                > zrozumiałe, że będzie sfrustrowany.


                                Rybka, to tez nie jest tak do końca.
                                Mam przyjaciółkę ktora robila doktorat będąc na etacie w takiej jednej instytucji PANowskiej. Męczyła się straszliwie przez trzy lata, raz ze pracowała z 1500 zł, dwa, jak twierdziła - lepszy żaden szef, niż szef idiota. Zrobiła doktorat ( dostała nagrodę ministerialną), była bardzo dobrze zapowiadającym się naukowcem- bo ma po prostu taki umysł, cały czas w międzyczasie dawała korepetycje, bo za 1500 wyżyć się nie dało, mimo że dzieci nie miała.
                                Jak zrobiła doktorat, i w międzyczasie dzięki korkom nabrała doświadczenia dydaktycznego i przejrzała wszystkie możliwe podręczniki na rynku, - to po doktoracie szurnęła wszystko w cholerę. I zajęła się korkami. zarabia - od paru dobrych lat - po 4-6 tyś zł nie wychodząc z domu. Siedząc z uczniami i studentami, tłukąc im wiedzę do głów i prostując kretyńskie błędy w podręcznikach sygnowanych nazwiskami znanymi z danej dziedziny.
                                Wreszcie się zebrała, napisała własny podręcznik, własne skrypty dla liceów i uczelni, podpisala kontrakt z wydawcą, i - żyję!
                                Etyki przy tym nie naruszyła, ani ujmy na honorze nie doznała, że tak się potoczyła jej kariera. A wręcz dumna jest - że po hochsztaplerach profesorach podręczniki poprawia.
                                Zawsze jest wybór. Zawsze. tyle że wszystko zależy od naszych priorytetów. Bo można być i uczciwym, i dobrze zarabiać. Jedno drugiego nie wyklucza.
                                • srebrnarybka Re: Redakcja 21.03.10, 17:32
                                  Twoja koleżanka nie naruszyła etyki, ale zrezygnowała z dalszej
                                  twórczej pracy naukowej. Pisanie podręczników dla uczniów szkolnych
                                  i dawanie korepetycji to nie jest to samo, co prowadzenie własnych
                                  badań naukowych. Z tego, co piszesz, koleżanka zrezygnowała z
                                  dalszej pracy naukowej, czyli prowadzenia dalszych badań, które
                                  mogłyby być uwieńczone habilitacją. Nie twierdzę, że każdy musi mieć
                                  habilitację, ale to, o czym piszesz, to nie jest praca naukowa,
                                  chociaż z pewnością wykorzystuje to doświadczenie Twojej koleżanki.
                                  Jeśli ona jest zadowolona z takiego sposobu na życie, to świetnie.
                                  Życzę powodzenia.
                                  • triss_merigold6 Re: Redakcja 21.03.10, 17:42
                                    Wiesz, ale taka forma popularyzacji wiedzy jest bardziej pożyteczna
                                    społecznie i efektywna niż produkowanie wyników badań z którymi
                                    zapozna się może z 50 równie wąsko wyspecjalizowanych osób.
                                    • srebrnarybka Re: Redakcja 21.03.10, 17:49
                                      Na to, by było co popularyzować, potrzebne są badania naukowe. Jeśli
                                      nauka nie będzie się rozwijać, bo wszyscy będą popularyzować, to
                                      ugrzęźniemy w zaścianku w tyle za całym światem.
                                      Oczywiście popularyzację uważam za rzecz pożyteczną, ale nie
                                      rozumiem lekceważenia badań, które przeczyta 50 specjalistów.
                                      Potrzebni są i badacze i popularyzatorzy.
                                  • airam.as Re: Redakcja 21.03.10, 18:04
                                    srebrnarybka napisała:

                                    > Twoja koleżanka nie naruszyła etyki, ale zrezygnowała z dalszej
                                    > twórczej pracy naukowej. Pisanie podręczników dla uczniów szkolnych
                                    > i dawanie korepetycji to nie jest to samo, co prowadzenie własnych
                                    > badań naukowych.

                                    Badania własne, ktore nikomu nie sa potrzebne i nie przekładają się na dochód
                                    narodowy - są bez sensu. W związku z tym i tak dziwie się, że ktoś pracuje dla
                                    idei i własnej satysfakcji - i jeszcze mu za to płacą ponad dwa tys zł z budżetu
                                    państwa!

                                    A koleżanka, oprócz tego, że prostuje absurdy podręcznikowe profesorów, to
                                    jeszcze wpływ wychowawczy niejaki ma na swoich uczniów. Rzecz jak najbardziej
                                    pożyteczna, z p. widzenia przyszłości społeczeństwa naszego.
                                    • srebrnarybka Re: Redakcja 21.03.10, 19:55
                                      Badania własne, ktore nikomu nie sa potrzebne i nie przekładają się
                                      na dochód
                                      > narodowy - są bez sensu. W związku z tym i tak dziwie się, że ktoś
                                      pracuje dla
                                      > idei i własnej satysfakcji - i jeszcze mu za to płacą ponad dwa
                                      tys zł z budżet
                                      > u
                                      > państwa!

                                      Wybacz, ale, cytując użyte tu sformułowania, taki pogląd uważam
                                      właśnie za przejaw skundlenia duchowego. To, że jakieś badania nie
                                      przekładają się dziś na dochód narodowy, nie oznacza, że są
                                      bezużyteczne. Służą rozwojowi kultury narodowej. Podobnie można
                                      uznać np., że bezużyteczna jest poezja, bo też nie przekłada się na
                                      dochód narodowy. I zasadniczo np. szkoda godzin polskiego w szkole,
                                      poświęcanych na g..ną znajomość owej poezji, skoro to i tak w życiu
                                      do niczego pożytecznego się potem nie przyda. Lepiej, żeby w
                                      szkołach była sama informatyka i biznes, bo cała reszta jest
                                      niepotrzebna. Aha, no może jeszcze fizyka, chemia, biologia, bo to
                                      przyda się do kształcenia lekarzy. A całą resztę won.
                                      • triss_merigold6 Re: Redakcja 21.03.10, 20:07
                                        Cudnie, ale nie oczekuj, że badania, które na nic konkretnego się
                                        nie przekładają, będą równie dobrze wynagradzane jak te z zakresu
                                        nauk ścisłych, czy nawet nauk społecznych.
                                        Wiesz, wiele lat temu też uważałam, że za sam fakt włożenia wysiłku
                                        w przyswojenie wiedzy, powinnam dostawać dobre pieniądze. Na
                                        szczęście dla siebie i dziecka zmieniłam zdanie w kierunku bardziej
                                        rynkowego podejścia.
                                        Poezja się przydaje, bo zwiększa zasób słów oraz znajomość środków
                                        wyrazu, a to kapitał kulturowy. Erudycję da się lekkim twistem
                                        wykorzystać w pracy.
                                        • srebrnarybka Re: Redakcja 21.03.10, 20:21
                                          Nie ma nauk ścisłych i nieścisłych. Wszystkie nauki są ścisłe. Jak
                                          coś jest nieścisłe, to nie jest nauką. Tzw. nauki społeczne, typu
                                          politologia, to są pseudo-nauki bez jasno określonej metodologii i
                                          warsztatu. Normalną nauką z jasno określonym warsztatem jest
                                          socjologia, natomiast wszystkie modne obecnie politologie i
                                          europeistyki to są kursy 1majowe, na których powyrzucani z różnych
                                          instytucji urzędnicy robią chałtury i po których jest największe
                                          bezrobocie.

                                          Poezja się przydaje, bo zwiększa zasób słów oraz znajomość środków
                                          > wyrazu, a to kapitał kulturowy.

                                          Tak samo nauki humanistyczne też zwiększają kapitał kulturowy. Albo
                                          uznamy, że kultura nie jest nikomu do niczego potrzebna, ale wtedy
                                          przestajemy dotować filharmonie, teatry i opery (też się nie
                                          utrzymują z biletów) oraz wydania tomików poezji, przestajemy
                                          dotować muzea, bo po cholerę płacić za jakieś starocie, z Wilanowa
                                          też nie ma dochodu narodowego, wyrzucamy wszytkich nauczycieli
                                          polonistów i historyków, albo uznajemy, że jest potrzebny właśnie
                                          tzw. kapitał kulturowy, a wtedy dbamy o to, by on się rozwijał
                                          równomiernie.
                                          • triss_merigold6 Oderwanie od reala 21.03.10, 21:06
                                            Ty naprawdę jesteś maksymalnie oderwana od rzeczywistości. Powiedz
                                            ludziom pracującym w strukturach unijnych na bosko płatnych fuchach,
                                            że po specjalizacji z europeistyki nie znajdą pracy. Najlepiej
                                            wyjaśnij to Wojtaszczykowi, na pewno się zgodzi. Oczywiście młodzi
                                            wcześniej na jakieś stypendium, a później staż muszą się załapać ale
                                            potem mają pięknie. Powiedz specjalistom od pozyskiwania funduszy
                                            strukturalnych, że będą bezrobotni, lol. Po politologii i prawie
                                            najłatwiej się dostać na aplikację administracyjną, potem już etat
                                            specjalisty w centralnej budżetówce.
                                            • srebrnarybka Re: Oderwanie od reala 21.03.10, 21:16
                                              kobieto, przeczytaj sobie jakąkolwiek gazetę, żeby się dowiedzieć,
                                              że największe bezrobocie w Polsce jest po pedagogice i politologii.
                                              Słusznie zresztą, bo na większości politologii i europeistyk niczego
                                              nie uczą. Politologię masz teraz w każdej wyższej szkole gotowania
                                              na gazie w każdej gminie. W samej Warszawie jest 11 miejsc, gdzie
                                              możesz studiować politologię. Dodaj sobie do tego co najmniej
                                              wszytkie dawne miasta powiatowe, w ktorych działają prywatne wyższe
                                              szkoły tego i owego. W każdej jest politologia. A generalnie owa
                                              politologia sprowadza się do mikstury: trochę socjologii, trochę
                                              filozofii, trochę prawa, trochę ekonomii, trochę historii
                                              najnowszej. Czyli niczego porządnie, a wszystko powierzchownie,
                                              popłuczyny po popłuczynach. Więc trudno się dziwić, że potem idzie
                                              się handlować pietruszką.
                                              • triss_merigold6 Re: Oderwanie od reala 21.03.10, 21:51
                                                Zdaje się, że w oczekiwaniach rynku jestem lepiej zorientowana...
                                                Oczywiście, że politologów po byle szkółkach jest zbyt wielu,
                                                najtaniej taki kierunek otworzyć. Niemnej operatywny politolog po UW
                                                i dobrze wybranej specjalizacji, jak dobrze zacznie na studiach to
                                                pracę znajdzie. Dlaczego? Ponieważ jest zdywersyfikowany - może
                                                pracować w marketingu politycznym, w mediach, uczyć WOS, pracować w
                                                urzędach centralnych tylko musi się specjalistycznie dokształcić i
                                                mieć minimum umiejętności społecznych. A większość absolwentów szkół
                                                tego i owego jest zwyczajnie na to zbyt głupia.
                                                Przy okazji potwierdzasz tezę, że nie ma sensu kształcenie takiej
                                                liczby humanistów, rynek ich nie kupi ergo jeśli państwo ma w coś
                                                inwestować - to w inne kierunki: biotechnologię, cybernetykę,
                                                informatykę, inżynierskie, medyczne.
                                                • srebrnarybka Re: Oderwanie od reala 21.03.10, 22:20
                                                  politoogii nie uważam za kierunek humanistyczny ani w ogóle za
                                                  naukę. To "zdywersyfikowanie" to zwyczajna powierzchowność i tyle.
                                                  Politologów pracujących w mediach też na codzień oglądamy i nie ma
                                                  dnia bez kompromitującej wpadki jakiegoś celebryty, bo oni
                                                  zwyczajnie na niczym się nie znają.
                                                  Szkoły tego i owego w powiatach bym pozamykała. Na ogół państwo w
                                                  nie nie inwestuje, one są prywatne.
                                                  Natomiast historyk znajdzie prędzej pracę jako nauczyciel,
                                                  bibliotekarz, nawet właśnie w wydawnictwie, mediach a także jako
                                                  urzędnik. Cóż, większość moich kolegów ze studiów porobiła kariery
                                                  dyplomatów.
                                                  Ja też zapewne bezrobotna nie zostanę, mimo trudności, jakie mam
                                                  obecnie. Tyle, że chciałabym pracować w takim miejscy, by możliwie
                                                  najpełniej wykorzystać kwalifikacje, jakie mam.
                                      • airam.as Re: Redakcja 21.03.10, 20:14
                                        srebrnarybka napisała:


                                        > Wybacz, ale, cytując użyte tu sformułowania, taki pogląd uważam
                                        > właśnie za przejaw skundlenia duchowego. To, że jakieś badania nie
                                        > przekładają się dziś na dochód narodowy, nie oznacza, że są
                                        > bezużyteczne. Służą rozwojowi kultury narodowej. Podobnie można
                                        > uznać np., że bezużyteczna jest poezja,


                                        Po co dramatyzujesz? Pokazałam Ci jasno - mechanizm.
                                        Inaczej, chcesz uprawiać zawód dla własnej satysfakcji i domagasz się, aby Ci
                                        płacono za to?
                                        GUT. Ja też, uwierz, bardzo bym chciala żyć w ten sposob i nie narzekać.
                                        • srebrnarybka Re: Redakcja 21.03.10, 20:25
                                          Trzeba było wybrać zawód, który daje satysfakcję. Co więcej, duża
                                          liczba moich dawnych studentów jest w tej chwili nauczycielami i być
                                          może ktoś z nich uczy Twoje dziecko, część pracuje jako
                                          bibliotekarze, pracownicy wydawnictw, parę osób w mediach. Nie można
                                          więc wykluczyć, że korzystasz z ich pracy i pośrednio z mojej. Być
                                          może kiedyś czytałaś jakiś mój artykuł popularyzatorski (pisuję
                                          czasami takie) albo słyszałaś mój występ popularyzatorski w radio
                                          (miewam takie, nie mów o dochodach, bo płacą śmieszne grosze) lub
                                          widziałaś mnie w telewizji (byłam raz, ZA DARMO, w ogóle mi nie
                                          zapłacili) i także bezpośrednio z mojej pracy korzystasz.
                                          • airam.as Re: Redakcja 21.03.10, 20:40
                                            Jestem pod wrażeniem.
                                          • anndelumester Re: Redakcja 21.03.10, 21:37
                                            Prawda jest brutalna - nie płacą , bo nie negocjujesz stawek.
                                            Dajesz się wykorzystywać.
                                            Praca to praca, wolontariat to wolontariat. Trzeba być konsekwentnym w działaniu
                                            - albo masz misję i jak Siłaczka chcesz to społeczeństwo dźwignąć (moim zdaniem
                                            mrzonka), albo prezentujesz postawę , ze każda praca to płaca, a edukacja
                                            kosztuje. Tragedią tego kraju, jest wpojenie przez komunę ludziom przekonania,
                                            ze wiedza, edukacja jest za darmo i się należy. Nie jest i się nie należy.

                                            Za wszystkie teksty popularnonaukowe, które zostały opublikowane i gdzieś
                                            wykorzystywane brałam pieniądze.
                                            Pamiętam niemal histerię wśród współpracowników , gdy przyznałam się , ile
                                            dostałam za artykuł naukowy (1200 netto 5 lat temu) i jak musiałam wyszarpywać z
                                            gardła szefowi pieniądze za każdą godzinę zajęć. Trzeba się cenić. W każdej
                                            sytuacji.

                                            • srebrnarybka Re: Redakcja 21.03.10, 22:25
                                              Po pierwsze nie tylko ja nie negocjuję, ale wszyscy nie negocjują.
                                              Po drugie dla mnie gratyfikacją jest sama możliwość opublikowania
                                              wyników badań i dlatego cieszę się, jak mi je publikują, bo z tego
                                              się mnie rozlicza. Za teksty popularnonaukowe zwykle mi płacą, ale
                                              nie mogę pisać samych popularnonaukowych, bo wypadnę z obiegu jako
                                              naukowiec.
                                              Jak na uczelni we wrześniu postawiłam się szefowi, że nie zapłacono
                                              mi za naggodziny za cały poprzedni rok akademicki, usłyszałam, że
                                              powinnam się cieszyć, że jeszcze pracuję. Przy czym powiem
                                              nieskromnie, że na mojej uczelni jestem jedną z
                                              najlepiej "punktowanych" osób, którą się chwalą przy wszystkich
                                              możliwych wizytacjach, więc ze mną i tak się jeszcze pieszczą. Z
                                              osobami, które mają gorsze wyniki, nie byliby tak delikatni.
                                              • anndelumester Re: Redakcja 21.03.10, 22:41
                                                srebrnarybka napisała:

                                                > Po pierwsze nie tylko ja nie negocjuję, ale wszyscy nie negocjują.
                                                Chyba nie wszyscy.
                                                Jedna z bardzo znanych pań profesor, czas temu w wywiadzie mocno podkreślała
                                                konieczność godnej płacy za wszystko co robi. Łącznie z wywiadami dla mediów.
                                                > Po drugie dla mnie gratyfikacją jest sama możliwość opublikowania
                                                > wyników badań i dlatego cieszę się, jak mi je publikują, bo z tego

                                                Podziwiam za brak generowania kosztów, mnie nigdy nie było stać na pracę za
                                                "uścisk dłoni prezesa". Radość w oczach innych zamiast wynagrodzenia nie
                                                zadowala mnie wystarczająco, ale taki już mój charakter - nie nadaję się na
                                                niewolnika, ani nie jestem fanem systemu feudalnego.

                                                > Jak na uczelni we wrześniu postawiłam się szefowi, że nie zapłacono
                                                > mi za naggodziny za cały poprzedni rok akademicki, usłyszałam, że
                                                > powinnam się cieszyć, że jeszcze pracuję. Przy czym powiem
                                                > nieskromnie, że na mojej uczelni jestem jedną z
                                                > najlepiej "punktowanych" osób, którą się chwalą przy wszystkich
                                                > możliwych wizytacjach, więc ze mną i tak się jeszcze pieszczą. Z
                                                > osobami, które mają gorsze wyniki, nie byliby tak delikatni.

                                                Dajesz się szantażować pracodawcy i jeszcze się cieszysz.
                                                Niepojęte.
                                                • srebrnarybka Re: Redakcja 21.03.10, 22:45
                                                  cieszę się, że nie wywalono mnie z pracy we wrześniu zeszłego roku,
                                                  tylko sama odejdę w październiku obecnego. Mam dzięki temu rok
                                                  dłużej na szukanie pracy.
                                                  Ja mam zresztą całkiem przyzwoite dochody, bo pracuję na uczelni,
                                                  tyle, że moje stanowisko pracy jest właśnie likwidowane. 2400
                                                  zarabia profesor belwederski w PAN, ja nie pracuję w PAN.
                                • triss_merigold6 Re: Redakcja 21.03.10, 17:37
                                  Moja koleżnka po doktoracie i publikacjach zamieszczanych na liście
                                  filadelfijskiej (efekty badań) obronionym w instytucji PAN-owskiej,
                                  po kilku latach przepracowanych wtedy za 900 zł (full etat,
                                  labolatorium + mnóstwo zajęć ze studentami), po prostu szurnęła do
                                  Kanady. 3 uczelnie zagraniczne złożyły jej propozycję bardzo, bardzo
                                  przyzwoitej kasy i takich możliwości badawczych o jakich w Polsce
                                  nie mogłaby marzyć, bo długo nie przebiłaby się przez akademicką
                                  geriatrię. Długo się nie zastanawiała dziewczyna, a w wieku 30 lat
                                  znudziło jej się mieszkać z rodzicami i oszczędzać na wszystkim.
                                  • srebrnarybka Re: Redakcja 21.03.10, 17:46
                                    Twoja koleżanka zachowała się zupełnie racjonalnie, ale w
                                    humanistyce są trochę inne możliwości ze względu na różnice
                                    warsztatowe. Natomiast polecam uwadze następujacą kwestię: czy gdyby
                                    szanowne państwo ze naszych podatków płaciło takim osobom powiedzmy
                                    3 razy tyle, nie byłoby lepiej dla owego państwa, całego
                                    społeczeńtwa i nas wszystkich? Bo wtedy owi zdolni i twórczy
                                    naukowcy zostawaliby w kraju, pracując nad podniesieniem poziomu
                                    nauki w Polsce, a nie w Kanadzie? No, ale jeśli takich ludzi otacza
                                    pogarda, to nikt im pensji nie będzie podnosił, bo przecież, jak
                                    sama pisałaś, mamy wolny rynek.
                                    • triss_merigold6 Re: Redakcja 21.03.10, 18:04
                                      Akurat ta dziewczyna zajmowała się badaniami, których efekty mogły
                                      być wdrożone do produkcji (pasz dla zwierząt). Czymś rynkowym, a nie
                                      sztuką dla sztuki i dlatego dostała korzystne oferty. Oczywiście, że
                                      powinna otrzymywać tu w kraju wyższe wynagrodzenie, ale zaplecza
                                      labolatoryjnego by jej nie stworzono takiego jak otrzymała za
                                      oceanem.
                                      • srebrnarybka Re: Redakcja 21.03.10, 19:58
                                        Zaplecza jej by nie stworzono, ale gdyby płacono jej przyzwoicie,
                                        jest mniejsze prawdopodobieńtwo, że wyjechałaby. Gdyby pracowała w
                                        Polsce, badania w jej dziedzinie w Polsce miałyby wyższy poziom,
                                        wskutek tego byłaby większa możliwość np. współpracy
                                        międzynarodowej, wykorzystania międzynarodowych funduszy i poziom
                                        nauki w Polsce by się podnosił, a nie spadał, tak, jak dzieje się
                                        wskutek takich sytuacji.
                              • triss_merigold6 Nie bardzo rozumiem te manichejską wizję 21.03.10, 17:21
                                Nie bardzo rozumiem tę manichejską wizje świata. Zainteresowania i
                                ambicje pożyteczne dla ogółu można łączyć z zarabianiem więcej niż
                                minimum socjalne, zwłaszcza jeśli ktoś ma wysokie IQ, dobry
                                background kulturowy i niezłe formalne wykształcenie. Dlaczego
                                upierasz się przy PR? Są urzędy centralne w których naukowcy mogą
                                znaleźć pracę, są organizacje pozarządowe, podmioty unijne - żyć nie
                                umierać.
                                POnieważ miałam pragmatyczne podejście do pracy to - po pierwsze
                                nigdy nie pracowałam w czynie społecznym; po drugie - robiłam wiele
                                rzeczy na raz i w różnych miejscach ale zawsze było to jakoś
                                związane z kierunkami studiów, pomijając chwilowe bycie kelnerką czy
                                hostessą. Swoją pracą obecną jestem zachwycona pod każdym względem.
                                Pragmatyzm - robię zadania do których jestem przygotowana, efekty
                                namacalne, płacą przyzwoicie, full socjal, przed 16 jestem w bloku
                                startowym. W dupie mam czy to bardzo pożyteczne dla dorobku
                                kulturowego ludzkości.
                                Hobby niestety z pracą łączyć nie mogę, bo trudno żyć w Warszawie z
                                jazdy konnej i korzystania ze SPA, ale dziecko z końmi jest oswajane.
                                • srebrnarybka Re: Nie bardzo rozumiem te manichejską wizję 21.03.10, 17:40
                                  Są urzędy centralne w których naukowcy mogą
                                  > znaleźć pracę, są organizacje pozarządowe, podmioty unijne - żyć
                                  nie
                                  > umierać.

                                  Akurat nie znam takich, gdzie mogłabym znaleźć pracę i jednocześnie
                                  zachować możliwość pracy naukowej w mojej dziedzinie.

                                  W dupie mam czy to bardzo pożyteczne dla dorobku
                                  > kulturowego ludzkości.

                                  rozumiem, że to takie podejście jest dowodem tego udziału w wyższej
                                  kulturze, którego to podejścia ja, skundlona w matriksie, nie jestem
                                  w stanie doświadczyć.

                                  Hobby niestety z pracą łączyć nie mogę, bo trudno żyć w Warszawie z
                                  > jazdy konnej i korzystania ze SPA, ale dziecko z końmi jest
                                  oswajane.

                                  Gdyby dla mnie najważniejszym w życiu zamiłowaniem była jazda konna,
                                  poszłabym nan studia na AWF albo na SGGW, by móc pracować z końmi.
                                  Ponieważ akurat interesuje nie w życiu co innego, wybrałam studia
                                  odpowiadające moim zainteresowaniom i dlatego praca jest
                                  jednocześnie dla mnie hobby.
                                  • triss_merigold6 Re: Nie bardzo rozumiem te manichejską wizję 21.03.10, 17:55
                                    Cóż, urzędy realizują określone zadania i wymagają dość konkretnych
                                    kwalifikacji. I zwykle nie jest to znajomość łaciny tylko np. aktów
                                    prawnych UE.
                                    A co ma praca do udziału w kulturze? Z oferty kulturalnej korzystam
                                    z dzieckiem z przyjemnością, dziś byliśmy w Teatrze Polskim
                                    na "Przygody Sindbada Żeglarza", bilety po 40 zł, z wolontariatu nie
                                    byłoby mnie stać. Podobnie jak na nowości książkowe, "Alicję w
                                    krainie czarów" w 3D (również polecam) czy płyty dla dziecka albo
                                    wyjazdy do parków tematycznych. Dziecko widzi mnie generalnie dość
                                    zrelaksowaną + mam możliwości fajnego spędzania czasu z synem.
                                    Jest to IMO bardzo ok. - pokazywanie dziecku, że można mieć bardzo
                                    satysfakcjonującą pracę i przyzwoity standard jednocześnie.

                                    Nie zrozumiałaś: lubię jeździć konno, a nie pracować przy koniach.
                                  • szymon66 Nasze dzieci nie będą miały gdzie studiować 30.05.10, 14:58
                                    www.tvnwarszawa.pl/28415,1658260,0,1,awf_w_rozsypce_nie_ma_pieniedzy_na_remonty,wiadomosc.html
                                    AWF w rozsypce: nie ma pieniędzy na remonty - TVN
                                    Autor: Gość: student AWF IP: *.chello.pl 29.05.10, 22:57
                                    Dodaj do ulubionych Skasujcie
                                    Odpowiedz
                                    AWF w rozsypce: nie ma pieniędzy na remonty
                                    06:00 29.05.2010 / TVN Warszawa
                                    Uczelnia się sypie fot. AWF
                                    - Uczelnia się sypie i to dosłownie – mówi bezradnie rektor warszawskiej
                                    Akademii Wychowania Fizycznego, Alicja Przyłuska-Fiszer. Kanclerz uczelni z
                                    kolei twierdzi, że każda próba o dofinansowanie remontów kończy się porażką.
                                    Tymczasem w innych uczelniach sportowych w Polsce jest odwrotnie - bez
                                    problemu znajdują pieniądze na nowe inwestycje.
                                    Bielańska uczelnia to kompleks 46 budynków oraz kilku boisk. Odpadający tynk,
                                    zagrzybione pomieszczenia, przeciekające sufity - w takich warunkach na co
                                    dzień muszą uczyć się studenci - sportowcy reprezentujący nasz kraj na
                                    międzynarodowych zawodach.

                                    Rdza i zniszczone nawierzchnie
                                    Pilnego remontu wymaga kilkanaście budynków, w których odbywają się zajęcia
                                    dla studentów i treningi. - Z trudem znajdujemy pieniądze na bieżące naprawy.
                                    Nie myślimy o większych remontach, modernizacjach czy naprawach, bo nie mamy
                                    na nie pieniędzy - martwi się Tomasz Iwańczuk, kanclerz uczelni.

                                    W tym roku wygospodarowano pieniądze jedynie na częściową modernizację
                                    uczelnianej pływalni. Zbiornik przelewowy basenu z każdej strony zżera rdza.
                                    Bez trudu można z niego oderwać kawałki pokrytego rdzą metalu. - Wiele z tych
                                    urządzeń nie było wymienianych od końca wojny - tłumaczy kanclerz. Remont
                                    rozpocznie się w lipcu i obejmie tylko dolną część obiektu. - Będzie to
                                    modernizacja od strony technicznej. Wymienimy zbiorniki i pompy - wyjaśnia
                                    Iwańczuk.

                                    Mistrzowie trenują w rozpadających się halach
                                    Pilnego remontu wymaga oddany do użytku 10 lat temu stadion lekkoatletyczny.
                                    Jego tartanowa nawierzchnia pokryta jest dziurami. Uczelnia prowizorycznie
                                    łata ubytki.

                                    W sąsiadującej ze stadionem hali im. Kusocińskiego przez całe dnie odbywają
                                    się treningi. Zawodnicy i trenerzy muszą uważać, aby nie przewrócić się o
                                    odstające fragmenty posadzki. W zimie w takich warunkach trenuje tutaj np.
                                    mistrz olimpijski Tomasz Majewski.

                                    Potrzeba 150 mln zł
                                    Żeby wykonać kompleksowy remont, potrzebne są pieniądze - około 150 mln zł,
                                    które zdaniem władz uczelni są nieosiągalne.

                                    - Infrastruktura sportowa jest zaliczana przez Unię Europejską jako obiekty
                                    towarzyszące. Na budowę nowych boisk możemy dostać maksymalnie kilkanaście
                                    procent dofinansowania. Resztę musimy znaleźć sami - żali się Tomasz Iwańczuk.
                                    Z trudem znajdujemy pieniądze na bieżące naprawy. Nie myślimy o większych
                                    remontach, bo nie mamy na nie pieniędzy
                                    Kolejnym problemem dla uczelni jest przygotowanie dokumentacji projektowej i
                                    zdobycie różnego rodzaju pozwoleń. Jest to wymagane przy ubieganiu się o
                                    dofinansowanie.

                                    - Możemy zrobić dokumentację za kilkaset tysięcy złotych, ale staje się to
                                    ryzykowne, bo nie mamy pewności czy dostaniemy potem dofinansowanie - wyjaśnia
                                    Iwańczuk

                                    W ten sposób koło się zamyka. Zamiast budowy nowych boisk czy modernizacji
                                    istniejących już budynków, uczelnia, zniechęcona porażkami przy dofinansowaniu
                                    projektów, nie decyduje się na podjęcie żadnych działań w kierunku poprawy
                                    bazy sportowej i dydaktycznej dla studentów.

                                    Inne sobie radzą
                                    Zupełnie inaczej jest w innych miastach, gdzie również znajdują się Akademie
                                    Wychowania Fizycznego. - O dofinansowanie staramy się z kilku źródeł. Nigdy
                                    nie spotkaliśmy się z sytuacją, kiedy powiedziano nam "nie" przy staraniu się
                                    o pieniądze - tłumaczy Franciszek Romaniak, kanclerz Akademii Wychowania
                                    Fizycznego w Krakowie. - Nawet jeśli tak było na początku, to nigdy się nie
                                    poddawaliśmy i walczyliśmy o pieniądze do końca - dodaje.

                                    W zeszłym roku na uczelni w Krakowie wybudowano nowy stadion lekkoatletyczny.
                                    W tym roku planowane jest rozpoczęcie budowy nowoczesnego basenu.

                                    Z kolei gdański AWF dostał 18 milionów z funduszy europejskich na realizację
                                    kilku sportowych projektów wraz z polepszeniem bazy sportowej.

                                    Jednak oprócz dofinansowania potrzebny jest także tzw. wkład własny uczelni. -
                                    Proszę mi wierzyć naprawdę nie mamy tylu pieniędzy, żeby sfinansować
                                    dokumentację, a tym bardziej zapewnić wkład własny przy inwestycjach -
                                    podkreśla Iwańczuk.
                              • anndelumester Frustracja 21.03.10, 19:06
                                Najbardziej frustrująca sprawa dla rodzica to niemożność zapewnienia dziecku
                                poziomu równego temu, na którym samemu się wychowywało. To pierwsza frustracja -
                                druga - wybór czy zdrowie dziecka czy inne potrzeby.
                                Bardzo dobrze pamiętam ten etap w swoim życiu, gdy zadecydowałam, ze moje
                                zainteresowania nie mogą sprawić, ze będę do końca życia mieszkać w ciasnym
                                mieszkaniu, oblizywać sie na to lubię, a nie wydam, bo mam pilniejsze potrzeby,
                                a moje dziecko będzie skazane na to co nazywamy z mężem zejściem na psy - bo
                                pradziadek przedwojenny lekarz, (btw naukowiec) mógł zabierać 4 dzieci do
                                Bayreuth, a ja muszę wybierać miedzy książkami, czasopismami dla siebie,
                                książkami dla jednego dziecka i butami. Poza tym - o ile moja matka (btw
                                naukowiec) i ojciec (btw naukowiec przebranżowiony) mogli sobie w komunie
                                plumkać - bo wszystko było prawie za darmo i tak samo byle jakie , tak w
                                czasach kapitalizmu ja już nie bardzo.
                                Praca i pieniądze nie są celem samym w sobie - są środkiem do realizacji fajnych
                                rzeczy.
                                Rytm życia i potrzeby mojej rodziny wykluczają moją prace po 15-16 i pracę w
                                weekendy. Moje dziecko z uwagi na swoje pewne dysfunkcje wymaga solidnej,
                                przyjaznej, ale wymagającej szkoły od 9-15 - zajęcia popołudniowe - oprócz
                                rekreacji w jego przypadku odpadają , bo nie jest w stanie skupić uwagi.
                                Praca moja i męża pozwala na spokojne życie - bez pospiechu i tyrania 14 godzin
                                na dobę - na wspólne posiłki w tygodniu (i rano, i popołudniu i wieczorem), na w
                                zasadzie nieograniczone zakupy wszystkich tych pozycji "naukowo - kulturalnych",
                                o których wcześniej mogłam pomarzyć i drobnych acz przyjemnych dupereli typu
                                ciuchy, kosmetyki, wreszcie na przyzwoite wakacje w takim stylu jakie
                                preferujemy czyli swobodna włóczega GT (nie promocje z tłumem idiotów w
                                obciachowych pseudo -kurortach) i jako taką opiekę zdrowotną.
                                Paradoksalnie teraz , gdy sprawy bytowe mam wyluzowane, odczuwam większą
                                przyjemność z czytania pozycji kompletnie niszowych i jestem bardziej na
                                bieżąco w "moim" temacie, niż gdy pracowałam na uczelni. Może dlatego, że nie
                                muszę żenująco tłumaczyć ograniczonym osobnikom, koniecznosci prenumerowania
                                tego czy tamtego (btw za śmieszną cenę 15 euro), wyjazdu tu czy tam, kupna
                                książek za waluty, konieczności wysławiania się i pisania po polsku, logicznej
                                organizacji pracy i czasu, i tym podobnych oczywistych oczywistości. Z moim
                                charakterem, niechęcią do marnowania swojego czasu i pieniędzy bycie panem
                                siebie jest za... komfortem.

                                Jedyne co mnie teraz frustruje, to niepokój , gdzie moje dziecko będzie
                                studiować - na polskich uczelniach po moim trupie.




                                • srebrnarybka Re: Frustracja 21.03.10, 20:07
                                  Najbardziej frustrująca sprawa dla rodzica to niemożność zapewnienia
                                  dziecku
                                  > poziomu równego temu, na którym samemu się wychowywało.

                                  W takim razie cieszę się, że w dzieciństwie miałam świadomość
                                  ograniczonych możliwości finansowych moich rodziców.

                                  Zejściem na psy byłoby dla mnie niezrobienie habilitacji, skoro mój
                                  ojciec jest profesorem. Natomiast uważam, że dochody nie są
                                  miernikiem wartości człowieka, więc ewentualne niższe dochody, niż
                                  rodziców, nie oznaczałyby zejścia na psy, tak, jak wyższe, iż
                                  osiągnęłam więcej niż oni. Pieniądze - rzecz nabyta. To, co sobą
                                  reprezentuję, jest moje niezależnie od tego, ile zarabiam.

                                  Rozumiem, że jakieś okoliczności Twojego życia mogły uniemożliwić Ci
                                  pracę naukową. Jeśli to było z powodów niezależnych od Ciebie -
                                  współczuję. Cały czas natomiast nie rozumiem, dlaczego pogardzasz
                                  mną z tego powodu, że ja mam habilitację.
                                  • anndelumester Re: Frustracja 21.03.10, 21:22
                                    > Rozumiem, że jakieś okoliczności Twojego życia mogły uniemożliwić Ci
                                    > pracę naukową. Jeśli to było z powodów niezależnych od Ciebie -
                                    > współczuję. Cały czas natomiast nie rozumiem, dlaczego pogardzasz
                                    > mną z tego powodu, że ja mam habilitację.
                                    Nigdzie nie napisałam, że pogardzam. To nadinterpretacja.
                                    Dziwi mnie po prostu postawa, którą prezentujesz - przypominam sobie dyskusję
                                    nt, szkół niepublicznych - będąc osobą inteligentną i wykształconą, a jednak
                                    działającą w prostym, bajkowym schemacie - biedny = dobry, szlachetny, mądry,
                                    zły = bogaty i prymitywny.
                                    Poza tym mierzi mnie sytuacja, gdy środowiska naukowe graja w klasyczną grę
                                    "tak, ale"z jednej strony narzekają na niedobory finansowe, a z drugiej strony
                                    rękami i nogami bronią się przed zmianami, promując ubóstwo i miernotę
                                    intelektualną. Prawda jest taka, że już pod koniec lat 90. na studia
                                    doktoranckie przyjmowano w ramach łapanki - i oprócz 5% fascynatów cała reszta
                                    to były osoby, które nigdy nie znalazłyby żadnej innej pracy. Z powodów braku
                                    predyspozycji społecznych czy intelektualnych.
                                    A przecież less is more - wystarczy przyjąć niewiele, ale wybitnych na podstawie
                                    egzaminu z dwóch języków, testu wiedzy ogólnej, testu rozumienia tekstu, eseju
                                    na wybrany temat (zdolność syntezy i analizy na piśmie oraz logicznego wywodu to
                                    jakaś umiejętność z kosmosu), rozmowy kwalifikacyjnej przed komisja i portfolio
                                    naukowego.
                                    Taka rekrutacja nie daje szans nepotyzmowi i upychaniu krewnych i znajomych
                                    Królików - zmorze polskiej "nauki". Prawdziwa jakość obroni się sama, a
                                    przyzwoicie opłacona będzie robić rzeczy na najwyższym poziomie.
                                    A jednak geruzja decyduje, ze jest inaczej , przyjmuje się byle kogo, kto
                                    produkuje byle jakie prace, a potem ma pretensje.
                                    Naszego społeczeństwa nie stać na opłacanie masy miernot, które są kiepskie w
                                    dydaktyce, ich wypociny nadają się co najwyżej na przykłady bełkotu
                                    pseudonaukowego. A jednak prof. i hab. się pod czymś takim podpisują - i nie w
                                    filiach zawodowych w Wąchocku, tylko na znanych i lubianych uniwersytetach.
                                    Pracujesz w PAN, o ile dobrze zrozumiała, więc na pewno słyszałaś o żałosnych
                                    cyrkach związanych z PSB. Dno den i 4 kilometry mułu - animozje personalne,
                                    fochy i przepychanki maluczkich, totalne oderwanie od rzeczywistości, inny matrix...
                                    I to ma być dobrze opłacane?
                                    To jest ta wyższa kultura?
                                    • srebrnarybka Re: Frustracja 21.03.10, 22:12
                                      Nigdzie nie napisałam, że pogardzam. To nadinterpretacja.

                                      - Twoje posty na to wskazują.

                                      Nigdzie nie napisałam, że pogardzam. To nadinterpretacja.
                                      > Dziwi mnie po prostu postawa, którą prezentujesz - przypominam
                                      sobie dyskusję
                                      > nt, szkół niepublicznych - będąc osobą inteligentną i
                                      wykształconą, a jednak
                                      > działającą w prostym, bajkowym schemacie - biedny = dobry,
                                      szlachetny, mądry,
                                      > zły = bogaty i prymitywny.

                                      - działam nie w żadnym schemacie, tylko na podstwie doświadczenia.
                                      Znam osoby, które wypruwały sobie żyły, by posłać dzieci do szkół
                                      prywatnych i głównym skutkim tego było nabawienie się przez dzieci
                                      snobizmu, pogardy dla mniej zamożnych i roszczeniowej postawy wobec
                                      życia, a poziom nauki nie był wyższy, niż w szkołach publicznych.


                                      To, co piszesz na temat środowiska naukowego, to jest właśnie jakiś
                                      bajkowy schemat pod publiczkę. Dla jasnośći dodam, że na studium
                                      doktoranckie byłam przyjęta po procedurze kwalifikacyjnej nieco
                                      podobnej do opisanej przez Ciebie, było do w '88 r. Mój ojciec jet
                                      profesorem w innej dziedzinie, niż ja, studiowałam w innym mieście,
                                      by nie było podejrzeń o nepotyzm i nigdy z jego poparcia nie
                                      korzystałam. Owszem, w środowiskach naukowych istnieją niekiedy
                                      rzeczy niegodne, ale generalnie uważam, że procedury kwalifikacyne
                                      działają sprawnie, przynajmniej w tych ośrodkach, które dbają o
                                      reputację. Istnieją uczelnie gorsze i lepsze, środowisko te rzeczy
                                      wyczuwa. Nepotyzm odgrywa minimalną rolę. W mojej dyscyplinie rzadko
                                      zdarza się, by potomstwo uprawiało tę samą dyscyplinę, co ojciec lub
                                      matka. W pary znanych mi wypadkach wcale nie przyspieszyło to
                                      kariery, czasem potrafi nawet szkodzić. Z drugiej strony nie ma też
                                      nic nienormalnego w fakcie, że ojciec lub matka, zapalony miłośnik
                                      dyscypliny naukowej, którą uprawia, zarazi taką pasją swoje dziecko
                                      i ono też pragnie prowadzić badania w tej samej dyscyplinie.
                                      Co więcej - wybacz, ale kto dał Ci prawo oceniać całe środowisko tak
                                      surowo, skoro sama nie udowodniłaś, że potrafisz napisać doktorat
                                      czy habilitację z historii? Może Twoja zawiść bierze się jednak z
                                      zazdrości, iż nie było Ci dane tego osiągnąć?
                                      Nie pracuję w PAN, napisałam, że pracuję na uczelni i zarabiam
                                      więcej, niż 24000 brutto, bo na uczelniach zarabia się więcej. O
                                      sporze o PSB słyszałam. To nie ma nic wspólnego z poziomem naukowym.
                                      PSB jest niewątpliwie chlubą polskiej nauki i jest wydawany na
                                      bardzo wysokim poziomie. Awantura dotyczy sposobu finansowania i
                                      sporu kompetencyjnego pomiędzy poszczególnymi komórkami. To rzecz
                                      ludzka. Spór zapewne przebiegałby zresztą łagodniej, gdyby nauki
                                      humanistyczne były lepiej dofiansowane i gdyby dotacja dla PSB nie
                                      była tak łakomym kąskiem dla zwaśnionych stron.
                                      • anndelumester Re: Frustracja 21.03.10, 22:33
                                        Awantura dotyczy sposobu finansowania i
                                        > sporu kompetencyjnego pomiędzy poszczególnymi komórkami. To rzecz
                                        > ludzka. Spór zapewne przebiegałby zresztą łagodniej, gdyby nauki
                                        > humanistyczne były lepiej dofiansowane i gdyby dotacja dla PSB nie
                                        > była tak łakomym kąskiem dla zwaśnionych stron.
                                        To co napisałaś utwierdza mnie w przekonaniu, ze na polską humanistykę szkoda
                                        każdej wydanej publicznie złotówki. Prymat prywatnych żenujących potyczek i
                                        rozgrywek nad pracą? Która poważna firma pozwoliłaby sobie na coś takiego.

                                        > Co więcej - wybacz, ale kto dał Ci prawo oceniać całe środowisko tak
                                        > surowo,
                                        Płacę podatki smile
                                        To proste, prawda?
                                        Nie ma tak dobrze, ze bierze się kasę - nawet małą - z publicznej kieszeni i
                                        strzela fochy. Wizja bycia państwem w państwie jest kusząca, ale nie sądzę, żeby
                                        taki stan rzeczy długo potrwał.
                                        I jeszcze jedno, bardzo mnie ciekawi, dlaczego skoro jest tak świetnie jak
                                        piszesz , jest tak źle?
                                        • srebrnarybka Re: Frustracja 21.03.10, 22:50
                                          Oczywiście myśleć, mówić i pisać sobie możesz, co tylko chcesz, bo
                                          żyjemy, chwała Bogu, w wolnym kraju. Ale jakoś tak nie mam zaufania
                                          do oceny prac naukowych przez osobę, która sama nie udowodniła
                                          własnymi pracami, że jest do tego kompententna. I tyle.
                                          W sprawie PSB nadal nie rozumiem, o co Ci chodzi. Słownik jest
                                          redagowany bardzo profesjonalnie i można się nim chlubić. A że dwie
                                          niedofinansowane komórki spierają się o dotację, trudno się dziwić,
                                          skoro państwo z budżęetu przeznacza w ogóle żenująco mało na ich
                                          pracę. Merytorycznie bardzo dobrą pracę, podkreślam.
                                  • triss_merigold6 Bieda uszlachetnia? 21.03.10, 21:28
                                    Sugerujesz, że bieda uszlachetnia? Kiedyś miałam bardzo kiepski
                                    finansowo okres w życiu i absolutnie nie czułam się uszlachetniona.
                                    Wręcz przeciwnie - depresyjnie wk....a.
                                    Czuję się uszlachetniona kiedy mogę w Empiku nabyć dowolną książkę
                                    dla dziecka, iść bez stresu do fryzjera czy nagle skorzystać z
                                    prywatnego laryngologa. Bo mam luz psychiczny pozwalający na
                                    dokształcanie się i lektury dla przyjemności.
                                    Na szczęście miałam pracowitego dziadka i pracowitego ojca, dzięki
                                    którym dostałam "z domu" dobre zaplecze finansowe z mieszkaniem
                                    włącznie. Mój pracowity i ambitny ojciec nigdy by nie pozwolił na
                                    to, żebyśmy z siostrą niedojadały, nosiły stare buty lub nie mogły
                                    wyjechać na wakacje.
                                    Zejściem na psy byłoby dla mnie niezadbanie o to samo wobec własnego
                                    dziecka/dzieci. Wszystko jedno, z lenistwa czy źle ulokowanych
                                    ambicji. Dziecko = odpowiedzialność, również za dobry standard.

                                    To co sobą reprezentujesz jest zależne od punktu odniesienia. Jeśli
                                    rynek pracy Cię nie kupuje, to brutalnie rzecz biorąc, jesteś dla
                                    rynku pracy bezwartościowa. Niezależnie od tego jak świetnie znasz
                                    łacinę czy sztukę Etrusków.
                                    • srebrnarybka Re: Bieda uszlachetnia? 21.03.10, 22:53
                                      Sugerujesz, że bieda uszlachetnia?

                                      - nie tyle bieda, co dystans do spraw materialnych. Daje cholerną
                                      niezależność.
                                      Mój ojciec też był bardzo pracowity.
                                      To, co sobą reprezentuję, jest we mnie. Rynek pracy jest kapryśny,
                                      ja nie.
                                      • dynema Re: Bieda uszlachetnia? 01.04.10, 14:22
                                        > - nie tyle bieda, co dystans do spraw materialnych. Daje cholerną
                                        > niezależność.

                                        I ten dystans maja najczesciej osoby o wyzszych dochodach.

                                        Najwiekszy odsetek przestepcow - szczegolnie sprawcow kradziezy z
                                        rozbojami i morderstw, pochodzi z ubiogich rodzin.
                            • verdana Re: Redakcja 21.03.10, 17:17
                              Nie zakladam tego jako pewnik, fakt. Ale jako mozliwość. ja i moj
                              mąż nie zarabiamy specjalnie duzo, ale zdecydowanie oboje nie
                              jestesmy sklonni zmienić pracy na inną - własnie dlatego, ze nasza
                              jakość życia dramatycznie by spadła.
                              Pewnie, ze zamiana jednej średniej pracy na drugą jest OK. Mowię
                              tylko o przypadkach wyjątkowego zaangazowania w nie najlepiej platną
                              pracę.
                  • anndelumester Histeryzujesz 21.03.10, 14:14
                    i, tak jak napisała Triss, dorabiasz ideologię.
                    Pauperyzacja na życzenie powoduję skundlenie kulturowe, niestety, a z czasem
                    obwarowywanie się we własnym matrixie.
                    Zbaczamy z tematu głównego, ale chciałam Ci przypomnieć , że korzystanie z
                    kultury wyższej i wysokiej, kosztuje (o masowej nie wspominam, chociaz Alicja
                    dla 3 osób w kinie 3D to prawie 80 zeta). A trudno nazwać osobę nie biorącą
                    udziału w kulturze kulturalną.
                    Ceny książek, czasopism, teatru, filmów dvd (jako osoba żyjąca z praw autorskich
                    nie pochwalam piractwa) koncertów (btw polecam bardzo
                    www.misteriapaschalia.pl/pl/3/155/172/bilety - dziecko płaci full bilet,
                    ale odmówić dziecku wstyd) są jakie są. Czasami zdarza nam się dojeżdżać do
                    Wrocławia czy Wawy, wiec trzeba doliczyć transport i nocleg, - bo oferta
                    krakowska jest taka sobie.

                    Dobrze , że porzuciłam tak "szacowną" uczelnię (rotfl) na rzecz PR - moje
                    dziecko - wychowywane bez telewizora - najtańszej i najbardziej dostępnej formy
                    rozrywki - musi mieć zapewniona rozrywkę na poziomie, a bilet nawet tanich linii
                    lotniczych do Paryża czy Londynu, trochę kosztuje. Ale nie moge pozwolić by coś
                    co było oczywiste dla przodków mojego dziecka - czyli zwiedzanie, wyjazdy na
                    imprezy kulturalne, wakacje w ciekawych miejscach, edukacja na poziomie a nie
                    tania przechowalnia i opieka proponowana przez licencjonowane produkty Wyższych
                    Szkół Solarystyki Stosowanej i Tipsologii Teoretycznej - zastąpiło żałosne
                    smęcenie o etosie, patosie i kabanosie. Albo nawet nie o tym - polecam
                    wypowiedzi ustne i pisemne rektora mojej Alma Mater - kabaret za darmo. On i
                    jego poprzednik chyba mieli bardzo ubogie duchowo i materialnie dzieciństwo.
                    • airam.as Re: Histeryzujesz 21.03.10, 14:31
                      anndelumester napisała:
                      Albo nawet nie o tym - polecam
                      > wypowiedzi ustne i pisemne rektora mojej Alma Mater - kabaret za darmo. On i
                      > jego poprzednik chyba mieli bardzo ubogie duchowo i materialnie dzieciństwo.
                      >

                      smile))
                    • srebrnarybka Re: Histeryzujesz 21.03.10, 15:38
                      Pauperyzacja na życzenie powoduję skundlenie kulturowe, niestety, a
                      z czasem
                      > obwarowywanie się we własnym matrixie.

                      Jeśli podlegam pauperyzacji, to nie na MOJE życzenie, tylko na
                      życzenie społeczeństwa, które tak właśnie wycenia moją
                      wysokokwalifikowaną pracę. Gotowość do życia w ubóstwie dowodzi
                      szlachetności i kultury duchowej, bo istnieją dobra, których za
                      pieniądze kupić nie można, a nie odwrotnie. Jeżeli środowisko ludzi
                      ceniących przede wszystkim dobra duchowe i intelektualne, a nie
                      materialne, nazywasz matrixem - Twoja sprawa.
                      Udział w kulturze "wysokiej" kosztuje - owszem, ale są też rzeczy,
                      na których można oszczędzać. Z dzieciństwa pamiętam, że w domu
                      nieraz się nie dojadało, telewizor został kupiony ze spadku, gdy
                      miałam 11 lat, ale na lekcje angielskiego się supłało. Przecież nie
                      mówię, że naukowiec w ogóle nie zarabia i nie dorabia, tylko o tym,
                      że nie dorabia tyle, ile PRowiec za nic nierobienie.
                      Co zaś tyczy kulturalnej edukacji Twojego dziecka: cóż, być może
                      masz pieniądze, by więcej razy zabrać go do teatru, niż kto inny,
                      ale i tak wszystkich sztuk teatralnych Twoje dziecko nie obejrzy.
                      Natomiast otrzymało ono na całe życie jeden bardzo ważny komunikat:
                      że oto dla matki ważniejsze są wyższe zarobki niż udział w
                      twórczości naukowej. I nie ma znaczenia, ile sztuk obejrzy jako
                      konsument. Będzie natomiast wiedzieć, że twórczość naukowa i tzw.
                      kultura wyższa to jakaś snobistyczna zabawka, którą bawią się godni
                      pogardy idioci pauperyzujacy się w matriksie, a to, co warto robić -
                      to tłuc kasę.
                      Skoro masz takie podejście do pracy naukowej, to dobrze, że
                      zwolniłaś miejsce na uczelni i przeszłaś do PR. Miejmy nadzieję, że
                      Twoje miejsce zajął ktoś, kto pracę naukową ceni i uważa za jedną z
                      najwyższych wartości.
                      • verdana Re: Histeryzujesz 21.03.10, 15:46
                        A tłumaczenie dziecku, że nie wazne gdzie pracujesz i co robisz,
                        tylko ile zarabiasz nie powoduje skundlenia kulturowego? szybko
                        dziecko dowie się, ze czas przeznaczony na rozrywkui kulturalne to
                        czas finansowo stracony. Że lepiej porzucić cikawaą, slabo płatną
                        pracę, na rzecz nieciekawej, ale dochodowej. Może nawet domyśli się,
                        ze to samo dotyczy męża - lepszy ten, co dobrze zarabia, od tego co
                        kocha - czy nie ma tu pewnej analogii?
                        • anndelumester Re: Histeryzujesz 21.03.10, 15:56
                          A nie można i kochać i zarabiać i jeszcze mieć czas dla dziecka?
                          Przed czterdziestką - mając ugruntowaną pozycję zawodową to nie jest jakiś wyczyn.
                          Czasami zadziwiasz mnie Verdano swoją manichejską wizją świata - albo mądry,
                          biedny i kocha, albo zły, podły, głupi i z pieniędzmi. Życie jest trochę
                          bardziej wymiksowane jednak.
                          • verdana Re: Histeryzujesz 21.03.10, 17:21
                            Nie bardzo, bo nieźle zarabiam i wobec tego sama siebie bym do zlych
                            zaliczyła.
                            Jednak co innego, gdy rodzic daje dziecku przyklad, ze pracuje się
                            TYLKO dla kasy. Widze sporo takich wypadkow i nie bardzo szczęśliwe
                            są te osoby... Moja przyjaciółka, ktora porzucila dobry zawod dla
                            tłumaczeń tekstów, ktorych nie znosi - cóż, z beztroskiej dziewczyny
                            przerodzila się w zgorzkniałą kobietę, jej dzieciaki miały wszystko,
                            o czym zamarzyły, a od matki zwialy, gdzie pieprz rosnie.
                      • anndelumester Re: Histeryzujesz 21.03.10, 15:56
                        Miejmy nadzieję, że
                        > Twoje miejsce zajął ktoś, kto pracę naukową ceni i uważa za jedną z
                        > najwyższych wartości.
                        Spoko, zaniedbanych, niedouczonych i deficytami dzieci wiecznych starszych
                        asystentów jest cała masa, gdzieś je trzeba upchnąć. Lista filadelfijska wprost
                        pęka w szwach od ich wypocin, i tłoczno od nich na międzynarodowych
                        konferencjach, gdzie ci poligloci ze swadą prowadzą intelektualne pogwarki.
                        Wszak Polska to potęga w naukach wszelkich big_grin
                        • srebrnarybka Re: Histeryzujesz 21.03.10, 16:29
                          Akurat lista filadelfijska nie jest dobrym miernikiem poziomu
                          humanistyki. Jest w Polsce wielu humanistów przeciętnych, jest wielu
                          dobrych, są i bardzo dobrzy. Gdybym była złośliwa, to mogłabym
                          powiedzieć, że najłatwiej krytykować osobie, która z trudu pracy
                          naukowej zrezygnowała. Co, może nie udało się napisać doktoratu i
                          teraz ta pogarda wobec ludzi, którym się udało coś zrobić w nauce?
                • anndelumester Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 00:52
                  Nie podejrzewam ludzi o takim potencjale intelektualnym, że nie wiedzieli w co
                  się pakują. Planowanie życia zawodowego w dorosłości niestety tak wygląda, że
                  trzeba zdawać sobie sprawę , ze w życiu bywa różnie bardzo, a ideami dzieci się
                  nie nakarmi, nie zapłaci czesnego i nie opłaci spraw podstawowych i tych
                  bardziej zbędnych acz przyjemnych.

                  Dlatego , wracając do bohatera naszej dyskusji, jeśli pan spłodził dwoje dzieci
                  ma obowiązek je utrzymywać, i ja się eksżonie nie dziwię, ze chce jak najwięcej,
                  bo tak instynkt samozachowawczy podpowiada. Dziwię się natomiast drugiej
                  partnerce, że niezaradnemu z obciążeniami finansowemu dała sobie zrobić dziecko.
                  Tłumaczenia, ze więcej się nie da jakoś do mnie nie przemawiają - skoro na
                  jednym etacie mało, może trzeba jakieś mało prestiżowe, ale dobrze płatne
                  zajęcie dodatkowe - osoba sprzątająca kasuje za jedno mieszkanie ok. 100 - 200
                  zł - klienci się prawie biją i umawiają z dużym wyprzedzeniem. O branży
                  remontowo budowlanej nie wspominam, bo tam zarobki też do niskich nie należą.
                  Chcieć to móc, a wypinać się na własne dzieci - wstyd i żenada.
                  • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 01:14
                    Może mój potencjał intelektualny najwyższy nie jest, ale ja akurat
                    wiedziałam, w co się pakuję. Mój Ojciec jest profesorem
                    uniwersytetu, obecnie emerytownym. Jedyna w klasie w podstawówce nie
                    miałam telewizora w domu, został kupiony, gdy byłam w V klasie, a
                    mama dostała niewielki spadek. (Było to dawno temu, wtedy telewizor
                    był droższy w stosunku do przeciętnych dochodów, niż dziś). Czasem
                    niedojadaliśmy. Ale na lekcje angielskiego dla mnie się
                    wyskrobywało. I wtedy, i teraz, czuję się z tego dumna i cieszę się,
                    że rodzice nauczyli mnie dystansu wobec dóbr materialnych.
                    Nieodpowiedzialność byłaby wtedy, gdyby mój Ojciec zamiast pisać po
                    kilkanaście godzin na dobę (wtedy częściej płacono honoraria, więc
                    był z tego także wymierny dochód), lenił się i oglądał mecz przed
                    TV.
                    No i jeszcze jedno przynajmniej: ludzie "o takim potencjale
                    intelektualnym" mają to do siebie, że nie oceniają ludzi wedle
                    zarobków i zamożności, a wedle tego, co oni sobą reprezentują. To
                    się nazywa kultura.
                    A jako przykład rozwinę sprawę rozwodu, wzmiankowaną przeze mnie
                    powyżej. Owa matka zarabia 6000 zł w agencji PR, czyli wykonując
                    rzecz społecznie niepotrzebną, a nawet szkodliwą, tzn. zajmuje się
                    robieniem ludziom wody z mózgu. I te czynności wyceniane są na 6000
                    zł. Jej eksmąż jest wykwaifikowanym opiekunem dzieci
                    niepełnosprawnych, czyli robi rzecz społecznie niezwykle potrzebną i
                    szlachetną. I społeczeństwo, w którym jego ciężką pracę wycenia się
                    na 1/3 tego, co dostaje panienka robiąca ludziom wodę z mózgu, jest
                    chore. Ale by to dostrzec, potrzeba faktycznie pewnego potencjału.
                    • dynema Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 01.04.10, 14:49
                      > szlachetną. I społeczeństwo, w którym jego ciężką pracę wycenia
                      się
                      > na 1/3 tego, co dostaje panienka robiąca ludziom wodę z mózgu,
                      jest
                      > chore. Ale by to dostrzec, potrzeba faktycznie pewnego potencjału.

                      Az sie zapienilas. Widac nie jestes tak obojetna na element
                      finansowy jak pisalas powyzej. Przemysl to - jak Ciebie to gryzie,
                      to to zmien.
                  • morekac Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 02:54
                    A czy pan się wypina? Czy zostało to gdzieś napisane? Nie wiadomo
                    (chyba), ile płaci teraz, czy zalega, czy robił cokolwiek, aby nie
                    płacić itp. Nie wiadomo, czy to ona jego porzuciła czy on ją. Ale
                    już wiadomo, że gość jest winny. Bo nieodpowiedzialny i mało zarabia
                    (jakby to jakaś zbrodnia była).Ale ludzie są często
                    nieodpowiedzialni: nie mają gdzie mieszkać, biorą kredyty, mało
                    zarabiają, tracą pracę, nie chce im się harować po 25h na dobę - i
                    jeszcze, bezczelni, śmią mieć dzieci.
                    Zakładając hipotetyczną sytuację, że pan i pani byliby sobie ze sobą
                    nadal, 8-latkowi zrobiliby braciszka, pani nie pracowałaby przez
                    czas jakiś - ile wydaliby na tego 8-latka z 2.2 tys? 600 zł? I też
                    okazałoby się, że można...
                  • morekac Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 03:00
                    > że niezaradnemu z obciążeniami finansowemu dała sobie zrobić
                    dziecko
                    Ta pierwsza też sobie dziecko z niezaradnym strzeliła wink. Widocznie
                    niezaradny jest tylko w zarabianiu kasy, a nie w innych dziedzinach.
                    • jakw Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 06:47
                      morekac napisała:

                      > Ta pierwsza też sobie dziecko z niezaradnym strzeliła wink.
                      Widocznie
                      > niezaradny jest tylko w zarabianiu kasy, a nie w innych
                      dziedzinach.
                      >
                      Oj, po prostu obie litowały nad jego niezaradnością...
                • triss_merigold6 Ryzyko wąskich specjalizacji 20.03.10, 16:45
                  Takie ryzyko bardzo wąskich i nieprzydatnych rynkowo specjalizacji.
                  Nie wierzę, że profesor nauk humanistycznych nie jest w stanie pisać
                  artykułów naukowych i popularnonaukowych na potrzeby budżetówkowych
                  instytutów, wydawnictw, biuletynów, zesztyów etc. Nie wierzę, że nie
                  jest w stanie robić nieźle płatnych opracowań, analiz czy generować
                  kilka razy w miesiącu banalnych tekstów "rocznicowych". Widze komu
                  moja fabryka płaci i jakie pieniądze. Żyła złota.
                  • verdana Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 20.03.10, 17:01
                    To uwierz, ze za książki, artykuly itd się nie płaci lub płaci
                    śmieszne sumy. Uwierz też, ze nie wszyscy mają ochotę pisać teksty
                    rocznicowe - jest kilkanascie osób, ktorzy takie teksty tłuką na
                    kazdy temat, tyle, ze musza się liczyć z tym, ze nie będą przez
                    środowisko traktowani powaznie.
                    Owszem, zarobic można wyłącznie niemal wykladajac na prywatnych
                    uczelniach, ale nie na wszystko jest zapotrzebowanie.
                    • triss_merigold6 Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 20.03.10, 17:36
                      Że za artykuły naukowe publikowane w uczelnianych czasopisamch
                      płacone są komiczne kwoty, to wiem doskonale. Wydawać można ksiązki
                      również poza uczelniami, prawda? Poza tym budżetowe jednostki, min.
                      ministerstwa rozpisują często otwarte konkursy na analizy
                      strategiczne - w ub. roku np. taki konkurs ogłoszony przez UKIE
                      wygrali panowie z AON, inna rzecz, że zrobili za ciężką kasę shit,
                      ktory im odesłano do poprawek pod groźbą oddania sprawy do sądu (o
                      dziwno poprawili znakomicie i w terminie).
                      Dobra, nie wierzę, że filolog nie może tłumaczyć, prof ekonomii brać
                      zleceń od spółek skarbu państwa, a prof polonistyki redagować
                      czegokolwiek.
                      • verdana Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 20.03.10, 18:04
                        He, he.
                        Wydaje poza uczelniami. Ile mi placą? Za pierwsza mieli zaplacić 50
                        zł (nie, nie opuscilam żadnego zera). Za pozostałe - zero (nie, nie
                        popuscilam żadnej cyfry). Prace naukowe nie przynosza dochodu
                        wydawnictwu, więc tną koszty - a publikowac trzeba.
                        Jaka analizę strategiczna moze przeprowadzić historyk znajacy się na
                        XI- wiecznej Turcji i Balkanach? Albo jezykoznawca, zajmujacy się
                        fleksją?
                        Jesli chodzi o redagowanie, to wydawnictwa nie zatrudniaja już
                        redaktorów na etat - na stanowisko "dochodzacych" redaktorów jest
                        tak ze 40 osób na miejsce. Filologowie moga tłumaczyc, o ile sa
                        anglistami - jakos zapotrzebowania na filologie białoruską brak.
                  • morekac Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 20.03.10, 18:00
                    To policz jeszcze ilość tych biuletynów i ilość
                    profesorów/docentów/doktorantów.
                    • triss_merigold6 Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 20.03.10, 18:12
                      To trzeba się trochę postarać, pochodzić za dobrymi fuchami,
                      poszukać.
                      Nie twierdzę, że koszty utrzymania 8-latka MUSZĄ wynosić 2 tysiące
                      zł, ale ubolewanie nad trudną sytuacją finansową profesorów
                      belwederskich jest IMO kuriozalne. Gospodarka się urynkowiła 20 lat
                      temu, był czas przywyknąć. Jeśli ktoś jest niezaradną d... to będzie
                      grosze zarabiał i jako hydraulik i jako profesor.
                      • airam.as Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 20.03.10, 19:47
                        > To trzeba się trochę postarać, pochodzić za dobrymi fuchami,
                        > poszukać.
                        > Nie twierdzę, że koszty utrzymania 8-latka MUSZĄ wynosić 2 tysiące
                        > zł, ale ubolewanie nad trudną sytuacją finansową profesorów
                        > belwederskich jest IMO kuriozalne. Gospodarka się urynkowiła 20 lat
                        > temu, był czas przywyknąć. Jeśli ktoś jest niezaradną d... to będzie
                        > grosze zarabiał i jako hydraulik i jako profesor.

                        Calkowicie się zgadzam.
                        Owszem, profesor fizyk, matematyk, chemik czy informatyk ma dzisiaj większy popyt na swoją wiedzę, niż prof filologii serbskiej czy białoruskiej. Tym niemniej, każdy z tych wymienionych - może stwierdzić - że ma wąską specjalizację. A to nieprawda.
                        Są granty, współpraca międzynarodowa, dydaktyka (np. nadgodziny, skrypty), prowadzenie magisteriów/doktoratów, konsultacje naukowe czy praca na prywatnej uczelni itp., i za wszystko dostaje sie pieniądze. Ale nader wszystko - rozszerzenie swojej wąskiej specjalizacji, skoro ta uwiera. Chęć, znaczy, i praca własna - wystarczą smile
                        Mówienie i użalanie się, że tytularny prof PANu zarabia trochę ponad 2 tys zl jest śmieszne, jak dla mnie, i świadczy nawet nie tyle o niezaradności, ile o wygodnictwie. Na zasadzie, wolę pracować za dwa tysiące i narzekać, jak to źle profów w Polsce wynagradzają, powolując się na "pracę dla idei", niż zabrać się za rozszerzenie swoich kwalifikacji.

                        ps.To co ma powiedzieć np nauczyciel gry na tamburynie o swojej specjalizacji? wink
                        • morekac Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 21.03.10, 09:27
                          I nawet nie wiadomo, czy mowa o jakimś profesorze... Może facet jest
                          po prostu ochroniarzem i stoi po 12 godzin w sklepie... Może ma 2
                          lewe ręce do cegieł, stolarki i układania kafelków... Może nie ma
                          zdolności do prowadzenia biznesów...
                          • airam.as Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 21.03.10, 12:42
                            morekac napisała:

                            > I nawet nie wiadomo, czy mowa o jakimś profesorze... Może facet jest
                            > po prostu ochroniarzem i stoi po 12 godzin w sklepie... Może ma 2
                            > lewe ręce do cegieł, stolarki i układania kafelków... Może nie ma
                            > zdolności do prowadzenia biznesów...

                            No tak...Za to ma zdolności do robienia dzieci....
                            Równowaga w przyrodzie musi być smile
                            • verdana Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 21.03.10, 13:18
                              Jest wiele zawodów i wiele miejsc - gdzie nie da sie dorobic, ani
                              znaleźć lepszej pracy. Bezrobocie, o ile pamietam, jest wysokie. Są
                              miejscowosci, gdzie praca za ponad dwa tysiace to i tak dobra praca.
                              Rozpatrywanie wszystkiego z punktu wiedzenia wielkomiejskich,
                              wykształconych inteligentek daleko nie prowadzi.
                              A dwoje dzieci to nie dwanaścioro. I nie świadczy o krancowej
                              nieodpowiedzialnosci.
                              • airam.as Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 21.03.10, 14:25
                                O nieodpowiedzialności świadczy brak świadomości co do własnych możliwości
                                zawodowych (lub ich ograniczeń) robiąc w tym samym czasie kolejne dzieci, nawet,
                                jeśli sie wie, że nawet jednego dziecka nie da się utrzymać i zabezpieczyć. Bo
                                dziecko - to nie sa wydatki na czas niemowlęctwa i kolejnych pięć lat. To jest,
                                co najmniej - do 18 roku życia. Więc albo - trzeba zapewnić dziecku rozwoj
                                finansując to, albo - samemu się zając kształceniem i wychowaniem dziecka. Bo
                                sytuacja - kiedy samemu się nie potrafi/nie chce/nie może, a na zewnętrzną
                                opiekę/naukę finansowo nie stać, i plodzić przy tym dzieci - jest
                                potwierdzeniem, że dorosły człowiek, rodzic - jest niedojrzały.

                                Żeby była jasność - ja nie mówię o tym, że dziecko 8 letnie MUSI mieć 2 tys na
                                utrzymanie miesięczne. Absolutnie - nie. Jak się chce, to się utrzyma dziecko za
                                800 zl. Ojca mojego dziecka i mnie stać na wiele, ale nasze dziecko nie biega na
                                6 rodzajów zajęć pozalekcyjnych - bo dla nas, jako rodziców - to absurd i
                                spychologia jeśli chodzi o wychowanie własnego dziecka. Bo nikt lepiej nie
                                zajmie się dzieckiem jak własny rodzic. Nasze dziecko może mieć o wiele więcej
                                niż ma - ale nie chce. Samo z siebie nie chce. Z kieszonkowych nie kupuje nic -
                                bo zbiera na jakieś swoje bliżej nieokreślone plany.
                                I uważam, że w dużym stopniu to sami rodzice nakręcają jakieś abstrakcyjne
                                wydatki na własne dzieci. Dziecko nie ma np. jakichś potrzeb, ale rodzic, z
                                własnej próżności - generuje je, na siłę wręcz. A potem jęczy - że kasy brakuje.
                                Po co to?

                                I uleganie jakiejś powszechnej euforii, że dziecko : basen, konie, szermierka,
                                taniec, karate, języki.. itp - tylko KASĘ dawaj! - to jest nonsens. To jest
                                miecz obosieczny.
                                Lepiej mniej, ale lepiej. smile
                              • anndelumester Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 21.03.10, 14:44
                                > A dwoje dzieci to nie dwanaścioro. I nie świadczy o krańcowej
                                > nieodpowiedzialności.
                                Zabrzmiało jak z dowcipu o Leninie. Dobry tatuś - a mógł zrobić 12, i wszystko
                                co zarobi/dostanie przepijać.
                            • morekac Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 21.03.10, 16:11
                              A ja chciałam przypomnieć, że średnia pensja w 2009r wyniosła 3,1
                              tys (brutto)- na netto to daje ok 2,2 tys. Czyli gośc zarabia
                              przeciętnie - podejrzewam, że w tej liczbie przeciętnie
                              zarabiających jest spora grupa: żołnierzy, policjantów, strażaków,
                              strażników miejskich, ratowników medycznych, nauczycieli. Ale
                              wiadomo - wszyscy zawsze mogą dorobić,a w ostateczności wziąć
                              łapówkę... Life is brutal.
                            • morekac Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 21.03.10, 16:14
                              Dwójka dzieci to nie jakaś straszna zdolność... W odstępie kilku
                              lat - nawet roweru nie musiał używać...
                              Ale już był w okolicy wątek o tym, jak nieodpowiedzialni są
                              ludzie,którzy mając dwupokojowe mieszkanie mają aż dwójkę dzieci wink.
                              • airam.as Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 21.03.10, 16:21
                                Nie popadajmy w skrajności.

                                Chodzi o to, że jeśli wiem, kim jestem i na co mnie stać, to odpowiednio planuję.
                                Siły na zamiary, słowem...
                      • verdana Re: Ryzyko wąskich specjalizacji 21.03.10, 17:25
                        Nie, Triss.
                        Pensja prof. w PAN-ie wynosi 2400 zł brutto. Ja mam ine prace, u
                        mnie jest OK - ale sporo osób nie może znaleźć zatrudnienia - bo
                        moja instytucja zakazuje pracy na pierwszym etacie gdzie indziej.
                        Historykow się zwalnia, nie zatrudnia - wybacz, ale naprawde dla
                        częśći z nich, ludzi b. dobrych nie ma nigdzie przyzwoitej pracy. Te
                        przepisy wprowadzono nie 20, ale z 5 lat temu - trochę późno dla
                        niektórych , aby się przekwalifikować na hydraulika.
                        Ja prosperuję, bo mam inne wykształcenie.
                        • triss_merigold6 Historycy 21.03.10, 19:19
                          Mam wstręt do borejkowszczyzny, więc uważam, że jeśli ktoś o bardzo
                          wysokim (formalnie najwyższym w kraju) wykształceniu i wysokim IQ,
                          pracuje za 2400 brutto MAJĄC DZIECI, to jest w jakimś sensie ułomny.
                          Może społecznie? Może emocjonalnie? To brak odpowiedzialności.

                          Historycy? Proszę bardzo: mówiącego składnie historyka kupi PTTK do
                          oprowadzania wycieczek, historyków przewodników zatrudnia Wilanów,
                          Zamek Królewski i Muzeum Powstania Warszawskiego. Kursy
                          przygotowawcze z historii do matur cieszą się niezmienną
                          popularnością. Historyków do robienia materiałów rocznicowych i
                          większych projektów bierze CEO. Sporo ludzi po historii pracuje w
                          IPN (można się brzydzić instytucją, wiem). To takie pierwsze z
                          brzegu przykłady.
                          Rozumiem, że nie jest to rozwiązanie idealne dla profesora ale można
                          w ten sposób dorabiać zamiast smęcić.
                          • srebrnarybka Re: Historycy 21.03.10, 20:14
                            mówiącego składnie historyka kupi PTTK do
                            > oprowadzania wycieczek, historyków przewodników zatrudnia Wilanów,
                            > Zamek Królewski i Muzeum Powstania Warszawskiego.

                            nie żartuj, tam się zarabia grosze. Nie mówiąc o tym, że zabiera to
                            czas konieczny do pisania publikacji naukowych.

                            Kursy
                            > przygotowawcze z historii do matur cieszą się niezmienną
                            > popularnością.

                            I większość moich znajomych naukowców na tych kursach dorabia.
                            • triss_merigold6 ROTFL 21.03.10, 20:55
                              ROTFL. Zabiera czas na pisanie artykułów naukowych za które nie
                              płacą, tak? To już się staje przekomiczne.
                              30 - 40 zł za godzinę netto za grupę polską, 60 zł za obcojęzyczną
                              to PTTK. Dużo to nie jest ale lepiej niż 2400 brutto.
                              Ja też tłukę kursy, od dobrych 10 lat z przerwami. Naprawdę do tego
                              wystarczy być magistrem z doświadczeniem dydaktycznym, habilitacja
                              jest doskonale zbędna.
                              • srebrnarybka Re: ROTFL 21.03.10, 21:08
                                Zabiera czas na pisanie artykułów naukowych za które nie
                                > płacą, tak?

                                Za pisanie tych artykułów płacą owe 2400 miesięcznie. Tego nie płacą
                                za samo posiadanie stopnia dr hab. albo tytułu profesorskiego, ale
                                za prowadzenie badań naukowych i publikowanie ich wyników. Napisanie
                                porządnego artykułu naukowego zajmuje czas.

                                Ja też tłukę kursy, od dobrych 10 lat z przerwami. Naprawdę do tego
                                > wystarczy być magistrem z doświadczeniem dydaktycznym, habilitacja
                                > jest doskonale zbędna.

                                Też tak uważam. I dlatego żałuję, że nasze prześwietne państwo, w
                                ramach dbanie o ten "kapitał kulturowy" nie płaci ludziom z
                                habilitacjami tak, by mogli prowadzić badania naukowe wykorzystując
                                w pełni posiadane kwalifikcje. "Kapitał kulturyowy" państwa by się
                                wzbogacił, a podniesienie pensji kilkunastu tysiącom naukowców nie
                                doprowadziłoby kraju do bankructwa.
                                • triss_merigold6 Re: ROTFL 21.03.10, 21:38
                                  Retoryka zadziwiająco podobna do retoryki górników niezdolnych
                                  przyswoić, że ich kopalnie są nierentowne.
                                  Z punktu widzenia interesów ekonomicznych państwa i przyszłego rynku
                                  pracy, absolwentów studiów humanistycznych jest aż nadto. Są zbędni
                                  w takiej masie.
                                  Co do poziomu kadry naukowej to przyglądałam się z bliska. Z bardzo
                                  bliska. Część owej kadry to byli ludzie o imponującym dorobku i
                                  świetni dydaktycy przy okazji, a część miernoty odczytujące wykłady
                                  z pożółkłych karteczek. Miernoty, które nie potrafiły odebrać maila
                                  i niestety nie korzystały z dorobku naukowego kultury zachodniej z
                                  powodu braku znajomości jakiegokolwiek języka obcego.
                                  • srebrnarybka Re: ROTFL 21.03.10, 22:31
                                    absolwentów studiów HUMANISTYCZNYCH nie jest za dużo. Za dużo jest
                                    absolwentów pseudo-studiów typu politologia, stosunki międzynarodowe
                                    (nie wiem, czym się różni, ale występuje osobno), albo europeistyka.
                                    Za dużo jest pseudo-szkół tego i owego. Ale skąd one się wzięły? Ano
                                    stąd, że na początku lat 90tych pensje na uczelniach były głodowe i
                                    wykłądowcy zaczęli tworzyć takie prywatne szkółki w pobliskich
                                    gminach i powiatach, żeby dorobić. No, i część z nich tak się już
                                    przyzwyczaiła, że woli kursować od szkoły do szkoły i tłuc na
                                    okrągło te same dyrdymały niż prowadzić badania naukowe i odświeżać
                                    wiedzę. Ale gdyby na początku lat 90 tych dawało się przyżyć za
                                    pensję profesora uniwerytetu, zapewne ta patologia nie osiagnęłaby
                                    aż takich rozmiarów.
                                    Przykro mi, ale kończę dyskusję. Jutro mam zajęcia i będę uczyć
                                    moich studentów tych nikomu niepotrzebnych bzdetów.
                                    • anndelumester Re: ROTFL 21.03.10, 23:12
                                      srebrnarybka napisała:

                                      > absolwentów studiów HUMANISTYCZNYCH nie jest za dużo. Za dużo jest
                                      > absolwentów pseudo-studiów typu politologia, stosunki międzynarodowe
                                      > (nie wiem, czym się różni, ale występuje osobno), albo europeistyka.


                                      Litości...
                                      A słyszałaś o Szkole nauk Politycznych we Lwowie - powstała 108 lat temu, trochę
                                      później bo w okresie międzywojennym, największą uczelnią politologiczną była
                                      Szkoła Nauk Politycznych w Krakowie.
                                      Mw. od lat 40. XX wieku wiadomo co to za dyscyplina, na pewno nie wymysł lat 90.
                                      Ja rozumiem, ze nauki społeczne mogły być metodologicznie uznawane za novum, ale
                                      w XIX wieku, w XXI ??????????
                                      • srebrnarybka Re: ROTFL 21.03.10, 23:52
                                        owszem, takie elitarne szkoły istniały i kształciły bardzo wysoko
                                        wykwalifikowanych urzędników, zresztą nie udają nauki, bo to żadna
                                        nauka nie jest. Podobnie, jak obecnie istnieje Wyższa Szkoła Służby
                                        Publicznej, czy jakoś tak, elitarna uczelnia kształcąca przyszłych
                                        członków korpusu służby państwowej, zresztą przyjmuje ludzi, którzy
                                        są już magistrami innych NAUK I nie udaje, że jest uczelnią naukową,
                                        tylko zawodową na bardzo wysokim poziomie. Natomiast politologie
                                        krzewiące się w każdej gminie nie są ani studiami zawodowymi, bo do
                                        zawodu wysokokwalifikowanego urzędnika nie przygotowują, ani też
                                        żadnymi naukami, bo są powierzchowną mieszaniną rozmaitych nauk. I
                                        nie udawajmy: politoogia jest mieszaniną rozmaitych nauk, a nie
                                        samodzielną nauką. Ale na dobrym uniwersytecie, jak warszawski, jest
                                        uczona na wysokim poziomie, poza tym szanse jej absolwentów wynikają
                                        z tego, że są w Warszawie i mają możliwość załapania się do
                                        rozmaitych urzędów na praktyki i nawiązania kontaktów. Ale nazywanie
                                        tego humanistyką, czyli naukami o kulturze, jest nieporozumiemiem.
                                        • srebrnarybka Re: ROTFL 21.03.10, 23:57
                                          Istnieją nauki społeczne o jasno ustalonej metodologii. To
                                          socjologia i ekonomia.
                                          Natomiast nauka polegająca tylko na nauczeniu, jakie są instytucje
                                          UE, to nie jest żadna nauka, tylko kurs wieczorowy. Zaś okraszania
                                          tego tradycją np. od Karola Wielkiego jest wybiórczym popisywaniem
                                          się wiedzą historyczną na poziomie wykłądowców ze studium wojskowego
                                          (jako młodsze ode mnie osoby nie miałyście takiej atrakcji na
                                          studiach). Wykładowcy ci, na ogół oficerowie wyrzuceni ze służby
                                          liniowej za nieudolność, popisywali się przed studentami swoją
                                          rzekomą wiedzą humanistyczną, wskutek czego stawali się powszechnym
                                          pośmiewiskiem. Teksty typu: "w czasie średniowiecznych bitew nad
                                          walczącymi powiewały rycerskie PROPORCJE" stanowiły normę. No, i
                                          zresztą właśnie wykłądowcy owych studiów z braku lepszych zajęć
                                          stanowią często kadrę tych wszystkich politologii i stosunków
                                          międzynarodowych w Pcimiu Dolnym...
                                          • anndelumester ciekawe, kto im daje akredytację ? 22.03.10, 09:28
                                            Ciekawe , kto firmuje je swoimi nazwiskami i dokonaniami..
                                            Nie ja - ja się czepiam poziomu "naukawców", wiec jestem bardzo podejrzana,
                                            Triss chyba też nie?
                                            Może UFO ?
                                            Albo Rada Fantomasów - na szczęście ojciec wszechwiedzący google pokazuje -
                                            ojej te same nazwiska na lepszych uniwersytetach i te same w powiatowych
                                            wyższych szkołach zawodowych flizowania i administracji w Pcimiu.
                                            Oni wszyscy to "oficerowie wyrzuceni ze służby liniowej za nieudolność" ?
                                            Pisałaś czas temu, w innym wątku o zachowaniach lekarzy - o bezkarności i
                                            kolesiostwie , a więc jesteś w stanie zauważać patologię środowiskową, może więc
                                            czas przyjrzeć się bacznie temu co się dzieje w Twojej branży.
                                            • srebrnarybka Re: ciekawe, kto im daje akredytację ? 23.03.10, 13:53
                                              Akredytacje poniekąd daje Triss i podobni jej urzędnicy nie mający
                                              pojęcia o dziedzinach, którymi zarządzają. Przeżyłam parę lat temu
                                              akredytację na mojej uczelni, niezbyt wybitnej, na której czuję się
                                              źle, ale gdzieś pracować muszę. Uczelnia jest państwowa. "Nalot"
                                              akredytacyjny składał się z 3 przyzwoitych profesorów naszej
                                              dyscypliny, paru urzędniczek i studenta. Sprawdzanie odbywało się
                                              zgodnie z rubrykami wymyślonymi przez urzędników typu Triss, którzy
                                              skończyli politologię i znają się na zarządzaniu. Zatem kwestie
                                              poziomu sprawdzono "formalnie" - czy jest odpowiednia liczba dr i
                                              dr hab., zresztą to sprawdzić najłatwiej, dorobek pracowników był
                                              znany. Natomiast komisja nie pytała o rzeczy, o których rozsądniejsi
                                              pracownicy wiedzą, że są słabością, bo tego rubryki nie przewidują.
                                              Komisja, zgodnie z rubrykami wymyślonymi przez urzędników typu
                                              Triss, sprawdzała, czy jest na korytarzu automat z kawą, bo musi być
                                              wg wymagań, czy kible są odnowione (zanzaczam, że jesteśmy uczelnią
                                              państwową, więc na kafelki do kibla można przeznaczyć tyle, ile da
                                              ministerstwo, nie ma możliwości zdefraudować czesnego na willę
                                              rektora kosztem kafelków w kiblu), czy wszyscy mają aktualne badania
                                              okresowe, czy koło naukowe studentów ma osobny pokój (lokalowe
                                              warunki mamy marne, ale ten pokój trzeba było odddać studentom, żeby
                                              dostać akredytację). Jedyna rzecz związana z dydaktyką, która ich
                                              zainteresowałą, to to, że z jakiegoś przedmiotu wykłąd prowadził dr,
                                              a ćwiczenia ktoś świeżo po hab., obaj kompetentni, ale akurat
                                              każdemu z nich brakowało do pensum tyle, ile im przydzielono. I to
                                              był jedyny zarzut merytoryczny, poza tym komisja interesowała się
                                              kiblami i pokojem studentów. Komisja akredytacyjna nie jest
                                              wszechwładna, działa w ramach wymyślonych przez urzędników, takich
                                              jak Triss. Zatem nie dziwię się, że te powiatowe szkoły tego i owego
                                              dostają akredytację. Nie ma problemy ściągnąć paru oficerów studium
                                              wojskowego albo innych urzędników wywalonych z jakiegoś urzędu,
                                              ustawić automat z kawą, wukafelkować kibel, na jednym pokoju
                                              wywiesić tabliczkę "koło naukowe" i otworzyć politologię. I wg
                                              rubryk wymyślonych przez Triss wszystko gra.
                                              • airam.as Re: ciekawe, kto im daje akredytację ? 23.03.10, 21:47
                                                Srebrnarybko, zejdź na ziemię i przejrzyj na oczy.
                                                Największą krzywdę nauce robią sami naukowcy-niezdary, analfabeci i krętacze. Nie urzędnicy.
                                                Pracowałam dziewięć lat na uczelni technicznej i przeżyłam dwie akredytacji. Nawet nie chce wyobrażać, co się dzieje na uczelniach/wydziałach tzw. humanistycznych.

                                                ps. Myślę natomiast, że ktoś taki jak Triss ze swoim podejściem, bardzo szybko by sprawił, aby odpowiednie wydziały albo by zniknęły w ogóle, albo zaczęły by być rentowne.
                                                No ale to marzenie ściętej głowy, jeśli chodzi o naukę polską.
                                                • triss_merigold6 Re: ciekawe, kto im daje akredytację ? 23.03.10, 21:50
                                                  5 lat przepracowałam na uczelni i mam dość sprecyzowane poglądy.P
                                                  Ciekawe, że to stara kadra najbardziej broniła się przed systemem
                                                  wewnętrznego oceniania przez studentów, w efekcie objął on tylko
                                                  doktorantów. Jak sądzisz dlaczego?
                                                  • fogito Re: Triss na prezydenta :) 23.03.10, 21:58
                                                    Tak trzymać. Mądrze gadasz Kobieto!
                                                  • triss_merigold6 No way 23.03.10, 22:03
                                                    Po lekturze ksiązki "Paranoja polityczna. Psychologia nienawiści" i
                                                    zrobieniu jednej (z dwóch zrobionych) specjalizacji z marketingu
                                                    politycznego nic już nie jest takie samo. Tzw. mechanizmy władzy na
                                                    co dzień oglądam i nie zachwycają, oględnie ujmując.
                                                  • fogito Re: No way 23.03.10, 22:51
                                                    triss_merigold6 napisała:

                                                    > Po lekturze ksiązki "Paranoja polityczna. Psychologia nienawiści"
                                                    i
                                                    > zrobieniu jednej (z dwóch zrobionych) specjalizacji z marketingu
                                                    > politycznego nic już nie jest takie samo. Tzw. mechanizmy władzy
                                                    na
                                                    > co dzień oglądam i nie zachwycają, oględnie ujmując.

                                                    Triss - a gdzie twoje poświęcenie dla narodu! Obecni kandydaci na
                                                    prezydenta nie zachwycają a nawet przerażają. Powiedz sobie - "nie
                                                    chce a musze" i do dzieła big_grin
                                                    I jak widać masz podstawy, więc dasz radę wink
                                                  • srebrnarybka Re: ciekawe, kto im daje akredytację ? 23.03.10, 22:44
                                                    W mojej uczelni była i chyba jest nadal tzw. ewaluacja czyli
                                                    anonimowe oceny wystawiane przez studentów. Ale na Boga, nie mogą
                                                    być one jedynymi ocenami. Ktoś, kto nic jeszcze nie umie, nie może
                                                    ocenić, czy dorobek profeora X jest więcej wart od dorobku profeora
                                                    Y. To może ocenić tylko profeor Z.
                                                • srebrnarybka Re: ciekawe, kto im daje akredytację ? 23.03.10, 22:42
                                                  Nie twierdzę, że nie ma wśród naukowców krętaczy i pozorantów. Ale
                                                  są we wszystkich naukach, nie tylko humanitycznych prawdziwych,
                                                  czyli tych uczących o kulturze. Natomiast Ande i Triss z założenia
                                                  uważają za krętaczy i darmozjadów WSZYSTKICH historyków czy
                                                  filozofów, niezależnie od ich poziomu. I co jeszcze - właśnie w tym
                                                  problem, że procedury akredyacyjne, opanowane przez urzędników,
                                                  którzy każą sprawdzać, czy wykładowcy mają aktualne badania
                                                  okresowe, bo to umieją, a nie umieją ocenić poziomu prac naukowych,
                                                  nie potrafią zmusić tych naukowców, którzy są nie na poziomie, do
                                                  lepsze pracy. Bo nikt nie ocenia poziomu naukowców, ale to, czy
                                                  uczelnia ma automat z kawą na korytarzu.
                                                  • airam.as Re: ciekawe, kto im daje akredytację ? 23.03.10, 23:29
                                                    srebrnarybka napisała:

                                                    > Nie twierdzę, że nie ma wśród naukowców krętaczy i pozorantów. Ale
                                                    > są we wszystkich naukach, nie tylko humanitycznych prawdziwych,
                                                    > czyli tych uczących o kulturze. Natomiast Ande i Triss z założenia
                                                    > uważają za krętaczy i darmozjadów WSZYSTKICH historyków czy
                                                    > filozofów, niezależnie od ich poziomu. I co jeszcze - właśnie w tym
                                                    > problem, że procedury akredyacyjne, opanowane przez urzędników,
                                                    > którzy każą sprawdzać, czy wykładowcy mają aktualne badania
                                                    > okresowe, bo to umieją, a nie umieją ocenić poziomu prac naukowych,
                                                    > nie potrafią zmusić tych naukowców, którzy są nie na poziomie, do
                                                    > lepsze pracy. Bo nikt nie ocenia poziomu naukowców, ale to, czy
                                                    > uczelnia ma automat z kawą na korytarzu.

                                                    Jest w tym część prawdy, ale na dobrą sprawę, to dziekani poszczególnych wydziałów i rektorzy uczelni urządzają taką szopkę. Bo... nie maja czym się pochwalić, oprócz automatów z kawą na korytarzu.
                                                    Dlaczego? No bo nie o naukę im chodzi, tylko o stanowiska. Proste.
                                                    Fajnie - jak się ma paru sensownych profów na wydziale i ich doić - zrób doktorat temu, zrób habilitację temu, napisz artykuł temu itp... a my się odwdzięczymy...

                                                    Dobrze Balcerowicz kiedyś mówił - polska nauka ma za dużo kasy. Jakąkolwiek kasę otrzyma z budżetu państwa - to roztrwoni.
                                                    Mechanizmy funkcjonowania trzeba zmieniać i racjonalizować, a nie topić pieniądze w błocie.
                                                    Nie chce mi się o tym gadać i rozwijać tematu, przepraszam.
                                                  • srebrnarybka Re: ciekawe, kto im daje akredytację ? 23.03.10, 23:56
                                                    Bo... nie maja czym się pochwalić
                                                    > , oprócz automatów z kawą na korytarzu.

                                                    Więc dlatego komisje akredytacyjne w ogóle nie powinny się
                                                    automatami z kawą ani badaniami okresowymi interesować. Bo wiadomo,
                                                    ze od tego poziom nauczania nie zależy. Ale skoro mają takie
                                                    rubryki, to muszą je wypełnić. No, a w ministerstwie siedzi
                                                    dostatecznie dużo urzędników niemających pojęcia o nauce, którą
                                                    kontrolują, żeby powymyślać takie wymagania.

                                                    Owszem, są i niekompetentni dziekani i rektorzy. Ale proponowane
                                                    przez ministerstwo zmiany, czyli np. zniesienie habilitacji, tylko
                                                    może pogłębić te zjawiska, bo zwiększy liczbę hochsztaplerów. O
                                                    zniesienie habilitacji najgłośniej bili się ci, którzy nie byli w
                                                    stanie jej napisać.

                                                    Fajnie - jak się ma paru sensownych profów na wydziale i ich doić -
                                                    zrób doktor
                                                    > at temu, zrób habilitację temu, napisz artykuł temu itp... a my
                                                    się odwdzięczym
                                                    > y...

                                                    Takich rzeczy nie robią sensowni profowie. Sensowny prof na taką
                                                    propozycję nie pójdzie. Cóż, mnie niedawno władze uczelni groziły
                                                    komisją dyscyplinarną za sprzeciw przy lipnym doktoracie. Ale się
                                                    nie ugięłam. Nazwisko mam jedno.
                                                  • airam.as Re: ciekawe, kto im daje akredytację ? 24.03.10, 00:36
                                                    srebrnarybka napisała:
                                                    Ale proponowane
                                                    > przez ministerstwo zmiany, czyli np. zniesienie habilitacji, tylko
                                                    > może pogłębić te zjawiska, bo zwiększy liczbę hochsztaplerów. O
                                                    > zniesienie habilitacji najgłośniej bili się ci, którzy nie byli w
                                                    > stanie jej napisać.
                                                    >

                                                    Zjawiska nie pogłebi, choć zgadzam się,że jest to krzywdzące dla tych habilitowanych ,którzy na habilitację zapracowali własnym umysłem, a nie koneksjami. Zrównanie dr hab z doktorami - jest krzywdzące dla dr hab. Zgadzam się. Poniekąd.
                                                    Ale wiesz jak się robi dziś doktoraty i habilitacje? Jedzie się np do Ostravy i załatwia się, to co trza.
                                                    Natomiast - jest to (brak habilitacji) sensowne rzecz ujmując obiektywnie. Ta propozycja jest wzorowana na Stanach. Robisz doktorat - i już. I, masz alternatywę, albo dzięki dorobkowi naukowemu zostajesz profem na jakiejś uczelni - w sensie, dostajesz kontrakt itp ( a nie żadnym belwederskim dożywotnio żerującym na budżecie państwa), albo zostajesz dr tak długo, aż się wykażesz. Czyste reguły, rynkowe zasady. Proste, jasne i klarowne.
                                                  • srebrnarybka Re: ciekawe, kto im daje akredytację ? 24.03.10, 08:27
                                                    Jedzie się np do Ostravy i
                                                    > załatwia się, to co trza.

                                                    Zjawisko Ostrawy jest mi dobrze znane. Wystarczy dla jego
                                                    zlikwidowania wpisać do ustawy o nostryfikacji zastrzeżenia, iż
                                                    uznaje się habilitację zagraniczną pod warunkiem, iż wymagania w
                                                    kraju, który ją nadał są porównywalne z polskimi.
                                                    Co do reszty - to, co piszesz, jest, wybacz, nonsensowne.
                                                    To, że coś jest wzorowane na USA, nie musi znaczyć, że jest
                                                    najlepsze. Kiedyś każda rzecz kopiowana z ZSRR była najlepsza, teraz
                                                    każda rzecz kopiowana z USA. Bo my, Polacy, niczego nie możemy
                                                    wymyślić.
                                                    Dlaczego obniżenie wymagań do uzyskania stanowiska profesora, czyli
                                                    zniesienie habilitacji, tzn. przeprowadzenia poważnych badań
                                                    naukowych i opublikowania na ich podstawie poważnej monografii
                                                    miałoby zmniejszyć liczbę hochsztaplerów? Moim zdaniem zwiększy.
                                                    Wymagania do doktoratu są niższe, więc człowiek po jego uzyskaniu
                                                    nie powinien mieć uprawnień takich, jak ten, co zrobił habilitację.
                                                    Przy czym procedura habilitacji: konieczność oceny dorobku
                                                    delikwenta przez 4 recenzentów z różnych ośrodków, w tym dwóch
                                                    wyznaczonych przez Centralną Komisję przy Ministerstwie,
                                                    utrudnia "kolesiostwo". Dlaczego ta procedura miałaby zniknąć?
                                                  • airam.as Re: ciekawe, kto im daje akredytację ? 24.03.10, 09:03
                                                    srebrnarybka napisała:

                                                    > Wymagania do doktoratu są niższe, więc człowiek po jego uzyskaniu
                                                    > nie powinien mieć uprawnień takich, jak ten, co zrobił habilitację.


                                                    Podnieść wymagania do doktoratu, aby nie było tak, że każdy bezrobotny magister mając wejścia usadawiał się na uczelni latami symulując robienie doktoratu. A ci, co mają dorobek naukowy nieraz nie gorszy niż habilitowani muszą bezskutecznie żebrać o etat...
                                                    A zresztą, przecież i tak Cie nie przekonam . Wiadomo, własna koszula bliższa ciałusmile
                                                  • anndelumester Re: ciekawe, kto im daje akredytację ? 23.03.10, 23:40
                                                    > Nie twierdzę, że nie ma wśród naukowców krętaczy i pozorantów. Ale
                                                    > są we wszystkich naukach, nie tylko humanitycznych prawdziwych,
                                                    > czyli tych uczących o kulturze. Natomiast Ande i Triss z założenia
                                                    > uważają za krętaczy i darmozjadów WSZYSTKICH historyków czy
                                                    > filozofów, niezależnie od ich poziomu.

                                                    A gdzie Ty widzisz wielki kwantyfikator w moich wypowiedziach?
                                                    Po raz kolejny powtarzam - czytanie ze zrozumieniem i mniej histeryczny stosunek
                                                    do swojej pracy i wykształcenia sposobem na lepsza komunikację (no tak , ale
                                                    teoria komunikacji to pewnie nie nauka według Ciebie smile.
                                                  • srebrnarybka Re: ciekawe, kto im daje akredytację ? 23.03.10, 23:59
                                                    Akurat nie Ty, ale Triss. Triss, a także ktoś jeszcze inny,
                                                    twierdzili, że taka nauka jak historia jest w ogóle nie potrzebna i
                                                    w ogóle nie powinno się nikomu płacić za prowadzenie badań naukowych
                                                    w tej dziedzinie (a także za kształcenie studentów, którzy zostają
                                                    przecież nauczycielami), bo takie badania są zupełnie zbędne. Można
                                                    najwyżej je popularyzować, ale prowadzić nowych nie ma sensu. Czyli
                                                    w całej Europie historia, archeologia, historia sztuki, filozofia
                                                    będą się rozwijać, a w Polsce będzie się jedynie popularyzować
                                                    badania sprzed 100 lat, bo obecne nie tworzą dochodu narodowego.
                                        • triss_merigold6 Małe sprostowanie 23.03.10, 21:00
                                          Małe sprostowanie: istniej KSAP czyli Krajowa Szkoła Administracji
                                          Publicznej, która w założeniu miała kształcić urzędników mianowanych
                                          tworzących korpus służby cywilnej państwa.
                                          • srebrnarybka Re: Małe sprostowanie 23.03.10, 22:39
                                            Przecież pisałam o tej szkole, tylko nie pamiętałam nazwy. Ta szkoła
                                            po pierwsze nie udaje placówki naukowej, bo tam się nie uprawia
                                            nauki, tylko uczy pewnego, bardzo prestiżowego zawodu, po drugie
                                            przyjmuje absolwentów innych studiów, którzy jakąś naukę już
                                            opanowali.
                                  • srebrnarybka Re: ROTFL 23.03.10, 14:09
                                    Ciekawa jestem za to, w jaki sposób Ty i podobni Tobie urzędnicy po
                                    politologiach i europeistykach wzbogacacie nasz dochód narodowy i co
                                    takiego twórczego robicie? Z efektami działalności takich urzędnikow
                                    w Ministrstwie Nauki mam do czyenienia od lat. Co roku nowe pomysły,
                                    wdrażania, sprawozdania, kontrole, co roku wymuzanie innych
                                    standardów, przy czym to są pomysly wydumane przez urzędników przy
                                    biurku, którzy nie mają pojęcia o pracy w szkole wyższej i o żadnej
                                    z dyscyplin naukowych, którymi zarządzają. Ale przez to, że ciągle
                                    wymyślają nowe, bzurdne przepisy, mają pracę, bo ktoś musi
                                    kontrolować "wdrożenie: reformy, którą po roku się odwołuje i wdrażą
                                    inną. I dla jakości pracy w szkole wyższej byłoby najlepiej zwolnić
                                    3/4 urzędnikow ministerstwa nauki, żeby nam nie zawracali głowy
                                    produkując bzdurne przepisy. I tyle.
                                    • anndelumester Re: ROTFL 23.03.10, 17:51
                                      Ciekawa jestem za to, w jaki sposób Ty i podobni Tobie urzędnicy po
                                      > politologiach i europeistykach wzbogacacie nasz dochód narodowy
                                      Płacąc podatki.
                                      Nie jestem urzędnikiem.

                                      Wyleczyłam się z pracy, współpracy i korzystania z jakichkolwiek instytucji
                                      publicznych. Jazdę obowiązkowo typu ZUS, US - traktuję jako obowiązkowe
                                      cierpeinie, które nie uszlachtenia. Nie korzystam, nie uczestniczę - bo do szału
                                      doprowadza mnie marnowanie mojego czasu (przede wszystkim).
                                      Pracuję w prywatnej firmie (etat) do tego jestem współwłaścicielem innej firmy.
                                      Podatki jakie odprowadzam nie są małe. Do tego dochodzi nakręcanie koniunktury
                                      plus konsumpcja (wiec tez podatki) smile
                                      • srebrnarybka Re: ROTFL 23.03.10, 18:14
                                        To było do Triss, która jest urzędniczką.
                                        Czytam ze zrozumieniem, więc wiem, że pracujesz w PR. O tym, co
                                        sądzę o tej pracy, napisałam już i nie chcę tego powtarzać, by nie
                                        być niegrzeczną.
                                        Podatki płacę także. Uczę studentów, którzy być może będą uczyli
                                        Twoje dziecko. Pisuję teksty popularne, czasem występuję w radio i
                                        TV, więc nie wykluczam, że i w ten sposób miałaś okazję skorzystać z
                                        mojej pracy czyli z tych "bzdetów", które produkuję po moich
                                        banalnie prostych studiach.
                                        • anndelumester Re: ROTFL 23.03.10, 18:40
                                          > Czytam ze zrozumieniem, więc wiem, że pracujesz w PR. O tym, co
                                          > sądzę o tej pracy, napisałam już i nie chcę tego powtarzać, by nie
                                          > być niegrzeczną.
                                          Spoko, ja mam dystans do swojej roboty i nie reaguje histerycznie - nie ma we
                                          mnie też zbytniej solidarności zawodowej.
                                          > Podatki płacę także. Uczę studentów, którzy być może będą uczyli
                                          > Twoje dziecko. Pisuję teksty popularne, czasem występuję w radio i
                                          > TV, więc nie wykluczam, że i w ten sposób miałaś okazję skorzystać z
                                          > mojej pracy czyli z tych "bzdetów", które produkuję po moich
                                          > banalnie prostych studiach.
                                          Owszem kupuje dużo czasopism, płace abonament (moje dziecko reagowało histerią
                                          na reklamę nadawana w Dwójce PR (ze moze jej nie być)i razem opłaciliśmy
                                          abonament (szkoda, ze nie można go rozdzielić i płacić tylko za radio) i jestem
                                          w stanie odróżnić bzdety od rzeczy napisanych, wyprodukowanych przyzwoicie. Tak
                                          jak średnio rozgarnięty człowiek odróżnia bełkot (pisemny czy ustny) od ciekawej
                                          pogadanki, przykuwającej uwagę i logicznie skonstruowanej. Przykro mi, że miałaś
                                          trudno na studiach.
                                          Trudno miałam w LO i tam musiałam się uczyć na prawdę, nigdy potem nie uczyłam
                                          się więcej i intensywniej - nawet na studiach. Trudne studia to moim zdaniem
                                          medycyna i muzyka (kolega takie skończył prawie jednocześnie i przyznaje sam -
                                          czasami w sesji było ciężko), na wybrane kierunki na uniwersytecie dostawałam
                                          się bez problemu, dwa z nich skończyłam. Nie pamiętam żadnego stresującego
                                          momentu, raczej fascynację pewnymi działami i znudzenie innymi (a raczej
                                          prowadzącymi). Jedyne czego żałuję, to to, że Międzywydziałowe Indywidualne
                                          Studia Humanistyczne otwierzyli długo po tym jak ja skończyłam swoje, chociaż i
                                          tak miałam dużą swobodę w wybieraniu przedmiotów i tematów - bo wtedy Wydziały
                                          jeszcze się tak strasznie miedzy sobą nie rozliczały i biurokracja nie była
                                          upierdliwa.
                                          • srebrnarybka Re: ROTFL 23.03.10, 22:49
                                            Ja nie miałam "trudno" na studiach, byłam jedną z najlepszych
                                            studentek i uczylam się bez problemu. Tyle tylko, że historia jest
                                            nauką bez dna. Nie ma momentu, kiedy się już wszystko przeczytało i
                                            wszystko umie. Jeżeli ktoś się interesuje, zawsze będzie miał coś do
                                            czytnaia przed sobą. Jeżeli Ty czytałaś tylko tyle, ule potrzeba na
                                            egzamin, to nie jest żadne studiowanie.
                                            Przykro mi, że mimo Twoich wybitnych zdolności i łatwości
                                            przyswajania nie byłaś w stanie napisać doktoratu. Jeśli to takie
                                            łatwe ...
                                            • anndelumester Re: ROTFL 23.03.10, 23:15
                                              Ponawiam pytanie, skąd wiesz ile przeczytałam i co napisałam?
                                              Z tego, że na forach internetowych nie powtarzam jak katarynka kim są moi
                                              rodzice i jakież to wybitne osiągnięcia naukowe mam za sobą i dopiero wtedy
                                              przechodzę do meritum, albo i nie smile)
                                              Nie mam takich potrzeb.
                                              Masz z tym jakiś problem, że ktoś może uważać, że czytanie książek i publikacji
                                              historycznych jest przyjemne i ciekawe i nie ma nic wspólnego z ciężką pracą
                                              pazurami?
                                              No to Ci piszę po raz kolejny: To nie jest ciężka praca i nie są trudne studia.
                                              Znam trudniejsze kierunki wymagające większego wysiłku intelektualnego czy
                                              choćby biegłości w czytaniu ze zrozumieniem oraz lotności umysłowej.
                                              eot


                                              • srebrnarybka Re: ROTFL 23.03.10, 23:29
                                                Jeżeli miałaś czas na studiowanie czegoś jeszcze poza historii i
                                                mimo to dużo wolnego czasu, to znaczy, że nie mogłaś przeczytać zbyt
                                                dużo.
                                                O swoich osiagnięciach naukowych piszę wtedy, gdy wymaga tego
                                                meritum.
                                                Ja też uważam, że czytanie książek historycznych jest ciekawe i
                                                dlatego ten zawód wybrałam. Ale nie znaczy to, że przyzwoite
                                                wykonywanie zawodu historyka nie jest też pracą i to ciężką. To tak,
                                                jak z chodzenie po górach: ludzie chodzą dla przyjemności, ale nie
                                                znaczy to, że się przy wchodzeniu na szczyt nie umęczą.
                                                Historia wymaga biegłości w czytaniu ze zrozumieniem i lotności
                                                umysłowej. Bez tego można wykuć się na egzamin, ale inteligentnej
                                                pracy się nie napisze.
                                        • triss_merigold6 Nie Ty jedna 23.03.10, 21:21
                                          Nie Ty jedna masz na koncie publikacje naukowe. Studentów uczyłam,
                                          uczę młodzież, która przynajmniej z tego praktycznie korzysta zdając
                                          matury z dobrą punktacją, za podręczniki do dziś dostaję tantiemy
                                          autorskie. Pracowałam jako przewodnik, również krzewiąc wśród ludu
                                          wiedzę historyczną. Zdecydowanie jednak bardziej POD KAŻDYM WZGLĘDEM
                                          opłaca mi się bycie urzędnikiem na etacie redaktora. Z powodu kasy,
                                          satysfakcji i braku kontaktu z feudalną geriatrią. Oraz ponieważ
                                          jesteśmy zinformatyzowani, a mój dawny wydział nadal życzy sobie
                                          przesyłania artykułów na dyskietkach.P

                                          Nie nadymaj się tak, nie Ty jedna masz wkład w edukację. Róznica
                                          jest taka, że Ty poza strukturą uczelni utoniesz natychmiast, a ja
                                          sobie poradzę lekkim twistem. To cenne z punktu widzenia dobra
                                          dziecka, nie sądzisz?
                                          • srebrnarybka Re: Nie Ty jedna 23.03.10, 22:52
                                            Czy ja gdziekolwiek napisałam, że tylko ja jedna mam na koncie
                                            publikacje naukowe? Ponieważ twierdzisz, że z mojej pracy nie ma
                                            pożytku, piszę, jaki jest. Oczywiście podobne rzeczy robi wielu
                                            moich kolegów.
                                            Poza strukturą jasne, ze sobie poradzę, tyle, że ja chcę pracować
                                            naukowo, bo uważam to za wielką wartość.
                                            Jaki jest pożytek z pracy urzędników - już napisałam.
                                    • triss_merigold6 Re: ROTFL 23.03.10, 21:14
                                      Szczęśliwie nie pracuję ani w MEN, ani w Ministerstwie Nauki i
                                      Szkolnictwa Wyższego. Zresztą, jak wynika z obserwowania debat na
                                      temat reformy polskiego szkolnictwa wyższego, to właśnie kadra
                                      rękami i nogami broni się przed zmianami i modernizacją dość
                                      anachronicznych i niewydolnych struktur. Broni się np. przed
                                      zwolnieniem żywych trupów, które poza firmowaniem katedry swoim prof
                                      dr hab, nie robią już absolutnie nic z powodu demencji. Również to
                                      kadra broni się przed zniesieniem habilitacji i kontraktowaniem
                                      przez państwo określonych, pożytecznych rynkowo, typów studiów.
                                      Zarządzanie w nowoczesny sposób uczelnie vide warszawska SGGW radzą
                                      sobie znakomicie, a nawet inwestują w solidną infrastrukturę.

                                      Z dochodów są mi odciągane wysokie podatki (zbyt wysokie, biorąc pod
                                      uwagę, że nie nadużywam NFZ, nie korzystam z lokalu komunalnego,
                                      MOPS czy innych form pomocy) + dużo konsumuję. Przez konsumpcję dla
                                      zaspokojenia potrzeb swoich i dziecka, generuję wpływy do budżetu
                                      państwa. Z dobrodziejstwa praw autorskich tez korzystam, co roku
                                      dostaję kasę za popełnione kiedyś podręczniki.
                                      • srebrnarybka Re: ROTFL 23.03.10, 22:57
                                        Kobieto, gdyby zniesiono habiitację, to mógłby wykładać każdy
                                        hochsztapler, a juz obecnie jest ich za dużo. RAdziłąbym mieć taką
                                        wiedzę, jak owe "żywe trupy", a potem krytykować. Zmiany wprowadzane
                                        przez urzędasów rujnują naukę. Chociażby idiotyczne licencjaty,
                                        które np. zmuszają do ścieśnienia programu historii wykłądanego
                                        dawniej w 5 lat do 3 lat. I to ma być postęp? że dawniej było 60
                                        godzin wykładu historii średniowiecznej, a teraz 30? To co, student
                                        będzie lepiej uczony?
                                        Żywe trupy są rozliczane ze swoich publikacji. Kobieto, nawet ja po
                                        habilitacji nie mam pewności zatrudnienie, jestem zatrudniona na
                                        kontrakt 5etni, a teraz i tak likwidują mi kierunek. To ślussarz po
                                        zawodówce ma stały etat, a profesora nadzwyczajnego zatrudnia się na
                                        5 lat?
                                        • anndelumester Re: ROTFL 23.03.10, 23:30
                                          Ślusarz - ma albo własną działalność, albo etat. Bywa różnie. Rynek i
                                          konkurencja weryfikuje go na bieżąco.

                                          Co do demencji i konkurencji - mój instytut na początku lat 90. zrobił rewolucję
                                          - student miał wybór tematu wykładu i prowadzących - podobnie ćwiczenia. No i
                                          się zrobiło strasznie - bo przynudzające przysypiające żywe trupy - czytające na
                                          swoich wykładach swoje podręczniki sprzed 30 lat miały pustki, a inni z resztą
                                          świetni mieli dziki tłum i studentów siedzących na parapetach. Na jeden wykład
                                          btw ze średniowiecza przychodzili ludzie z innych instytutów i wydziałów.
                                          Dlaczego? Bo był doskonały. Do jednych wołami na seminaria, proseminaria i
                                          monografy nie dało się zaciągnąć 5 sztuk, a do innych były kolejki.

                                          I nie dlatego, ze było łatwiej. Było po prostu przyjemniej, ciekawej - miało się
                                          wrażenie studiowania, a nie wegetacji.
                                          Eksperyment ujawnił pewne smutne prawdy i szybko z niego zrezygnowano na rzecz
                                          innych form "sprawiedliwego" podziału studentów. No bo jak to tak, nie wypada,
                                          żeby u pana X. było 10 sztuk a u pana Y. 60.
                                          • srebrnarybka Re: ROTFL 24.03.10, 00:03
                                            Przed wojną był prosty sposób, który zapobiegał czemuś takiemu, jak
                                            czytanie włąsnych podręczników sprzed 30 lat, co uważam za haniebne.
                                            Otóż przed wojną nie było na humanistyce czegoś takiego, jak wykłądy
                                            kursowe. Były tylko wykłądy monograficzne, które musiały być oparte
                                            na własnych badaniach. Kto nie prowadził nowych badań, nie mógł
                                            wykładać na uniwersytecie, bo nie miał co wykłądać. Niestety do tego
                                            powrócić się nie da, także ze względu na ograniczenia narzucane
                                            przez urzędników.
              • morekac Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 23:51
                Tylko że profesor belwederski może nie nadawać się na zwierzę
                korporacyjne. Poza tym przekwalifikowanie się to w praktyce
                zaczynanie od zera.
                • jakw Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 06:53
                  morekac napisała:

                  > Tylko że profesor belwederski może nie nadawać się na zwierzę
                  > korporacyjne.
                  Profesor na 99,99999% nie nadaje się do korporacji.
                  Najprawdopodobniej jest za inteligentny, umie samodzielnie myśleć i
                  ma mnóstwo tego typu złych (z punktu widzenia korporacji) nawyków.
                  • hankam Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 15:17
                    I raczej, z punktu widzenia korporacji, jest za stary.
                    Chyba, że potrzebny jest jako paprotka.
          • morekac Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 20:57
            900 zł to ma być połowa kosztów utrzymania, litości. Za 1.8 tys dziecko, owszem,
            można utrzymać na dobrym poziomie.
            >liczy
            > sie to ile moze zarobic w konkretnym zawodzie a nie to ile zarabia
            Problem powstanie, jeśli w jego zawodzie zarabia się właśnie tyle i ani grosza
            więcej nie można wyciągnąć. Może to budżetówka?
            • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 08:34
              morekac napisała:

              > 900 zł to ma być połowa kosztów utrzymania, litości. Za 1.8 tys
              dziecko, owszem
              > ,
              > można utrzymać na dobrym poziomie.

              Chyba na podstawowym poziomie wydając owe pieniądze na jedzenie.
              Jeśli dojdą jakieś wydatki na leczenie, szkołę, wyjazdy, czy
              ewentualne zajęcia pozalekcyjne, to już na pewno nie.

              > Problem powstanie, jeśli w jego zawodzie zarabia się właśnie tyle
              i ani grosza
              > więcej nie można wyciągnąć. Może to budżetówka?

              Jak budżetówka to pracuje w określonych ściśle godzinach i pozostaje
              masę czasu na dorobienie.
              Zresztą, po co te gdybania. Standard życia dziecka ma się
              teoretycznie nie pogorszyć i o to powinna zadbać matka. Litowanie
              się nad facetem, który mało zarabia chyba nie powinno zaprzątać jej
              głowy.
              • morekac Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 10:09
                Fogito - ja się nie lituję - tylko po prostu twierdzę, że niewielkie ma szanse
                na otrzymanie tej kwoty. Półtora roku temu wyliczyłam utrzymanie dwójki
                nastolatek na 3,5 tys/miesiąc. Na przyzwoitym poziomie, ale bez 'ekstrawagancji'
                typu zajęcia dodatkowe codziennie czy prywatna szkoła, I uważam jeszcze, że
                jeśli to mama, a nie ojciec podejmuje wyłączną decyzję o tym, że dziecko będzie
                na jakieś zajęcia chodziło - to ona powinna za to płacić. Co innego - jeśli tata
                stwierdza, ok - stać mnie, niech młody chodzi na 3 języki, tenis i szermierkę, a
                co innego, jeśli realnie ojca stać na wydanie 500 zł na dziecko.
                >Jak budżetówka to pracuje w określonych ściśle godzinach i pozostaje
                > masę czasu na dorobienie.
                Pożyć też kiedyś trzeba?

                Standard życia dziecka ma się
                > teoretycznie nie pogorszyć i o to powinna zadbać matka.
                Nie wierzę,że 4-latek jeździł na obozy narciarskie, kolonie,uczęszczał na 5
                języków itp. Równie dobrze można napisać, że matka powinna na to wszystko zarobić...
              • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 10:22
                Jak budżetówka to pracuje w określonych ściśle godzinach i pozostaje
                > masę czasu na dorobienie.

                Ów przysłowiowy profesor belwederski, a także dr. hab., dr niehab.,
                czy nawet doktorant - mgr, nie pracują w ściśle określonych
                godzinach. Wymaga się od nich określonej liczby publikacji, a ich
                pisanie, czy prowadzenie badań i zbieranie materiałów, zajmuje czas.
                Śmiem twierdzić, że pracują oni więcej, niż 8 godzin dziennie.
                Zresztą to, że ktoś przebywa w biurze 8 godzin, nie znaczy, że
                pracuje.
    • 0golone_jajka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 21:23
      Jak ma gość sporo zajęć dodatkowych to czemu nie.
      Tenis 300
      Angielski 150
      Niemiecki 150
      Basen 100
      Komórka 50
      Kieszonkowe 50
      To już 8 paczek na drobiazgi poszło. A tu jeszcze komitet rodzicielski, obiady w szkole, kino czy kręgle raz w miesiącu, jedzenie, ubranie. No i na wakacje trzeba gdzieś pojechać. Narty w zimie, morze w lecie - to są koszty. 2 tys. zł to nie jest przesadzona suma, niestety, jeśli wziąć WSZYSTKO pod uwagę.
      • verdana Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 21:27
        Tak, tylko dziecko nie musi żyć na poziomie wyższym niż rodzice.
        Rodzice nie zarabiaja dosyć - trzeba m.in. obnizyć wydatki na
        dziecko. Taka jest prawda. A jeśli jest jeszcze drugie dziecko, to
        sąąd bierze takze pod uwagę jego dobro - w pełnych rodzinach też na
        ogół suma wydawana na starsze dziecko spada, gdy rodzi się mlodsze.
        Tak więc sad może nie przyznać 900 zł alimentów, o ile facet zarabia
        mało i nie ma szans dorobić.
      • morekac Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 19.03.10, 23:57
        Dolicz jeszcze do tego szofera, który tego 8-latka na te zajęcia
        dostarcza. Osobnik normalnie pracujący nie wyrobiwink
        • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 08:30
          morekac napisała:

          > Dolicz jeszcze do tego szofera, który tego 8-latka na te zajęcia
          > dostarcza. Osobnik normalnie pracujący nie wyrobiwink

          To niech ten 'normalnie zarabiajacy' zacznie malować mieszkania albo
          przekwalifikuje się na hydraulika. Zarobi krocie w W-wie i będzie go
          stać na 10 dzieci.
          • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 10:23
            To niech ten 'normalnie zarabiajacy' zacznie malować mieszkania albo
            > przekwalifikuje się na hydraulika. Zarobi krocie w W-wie i będzie
            go
            > stać na 10 dzieci

            Owszem, to jest jakieś wyjście, zwłaszcza np. dla profesora
            belwederskiego. Takie rzeczy robili Czesi w najgorszych czasach
            komunizmu.
            • dhirkae Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 12:33
              W pełni popieram egzekwowanie alimentów na dziecko, jednak wymaganie kwoty 900 zł od mężczyzny zarabiającego 2200 zł to jakaś pomyłka. Wele osób pisze, że matka dąży do zaspokojenia jak najlepszego bytu swojemu potomkowi i dlatego nie ogląda się na zarobki byłego męża. Weźcie jednak pod uwagę, że 900 zł to prawie 1/2 zarobków tego faceta. Nie przypuszczam, żeby jakikolwiek sąd się na coś takiego zgodził (a przynajmniej mam taką nadzieję:/). Verdana ma rację, dziecko nie powinno ponosić konsekwencji rozpadu rodziny, ale z drugiej strony, nie powinno żyć na dużo wyższym poziomie kosztem rodziców! Jeśli w pełnej rodzinie zmniejszają się dochody albo rodzi się kolejne dziecko, logiczne jest, że obniża się standard życia CAŁEJ rodziny. Ojciec tego dziecka raczej nie utrzyma się za 1300 zł. To jakaś bzdura, żeby skazywać go na wegetację, bo dziecko MUSI mieć angielski, niemiecki,jazdę konną, tenisa, karate i najlepiej jeszcze zajęcia w prywatnej szkoleuncertain To dopiero jest hodowanie dzieci, a nie wychowywanie...

              A co do samego faceta, to podejrzewam, że będzie wolał nie płacić nic, niż oddawać połowę swoich zarobków. To trochę podobna zależność jak przy krzywej Laffera (zbyt duża stawka podatku prowadzi do spadku wpływów do budżetu - bo nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie tyle płacił).
              • dorotammc Refleksje 20.03.10, 15:31
                ...po przeczytaniu większości postów mam smutne. Widzę pianę na
                ustach wielu kobiet, które "z definicji" wiedzą, że ten tata to
                skońzczony chu... nieodpowiedzialny i ma płacić, chocby nie wiem co,
                każdą sumę, jakiej życzy sobie matka. Po pierwsz - skąd panie
                wiedzą, kto kogo z tym pierwszym małżeństwie zrobił w bambuko i kto
                kogo pogonił. Po drugie, gdyby żyli pod jednym, to racjonalnie
                wydawaliby pieniądze, a nie zawsze sztywno określona kwotę, BO TAK,
                bo dziecko MUSI mieć 6 zajęć pozalekcyjnych. Nie, nie musi, jeśli
                roziny nie stać. I jeśli nie można wydać 2 tys. mies na dziecko, to
                by sie nie wydawało. Ale sytuacja nagle diametralnie się zmienia,
                gdy w grę wchodzą alimenty. Zero dyskusji, masz płacic tyle i tyle,
                bo dziecko MUSI chodzic na 6 zajęć pozalekcyjnych... Tego nie
                pojmuję. Facet ma drugie dziecko, żonę, sam tez ma jakieś podstawowe
                życiowee potrzeby. PYTAM - dlaczego ze całej tej grupy osób
                najlepiej ma się wieść tylko jednej z nich, czyli dziecku z
                pierwszego małżeństwa? Myślę, że każdy powinien po równo ponosic
                ciężary i radości życia. To tyle. A koleżance nie odradzę
                wpisywania, że wydaje na dziecjko 2 tys. mies. Po tym, co
                przeczytałam, cos zrozumiałam. Niech sąd spojrzy na PRAWDĘ i
                rozsądek matki lub jego brak. Wedle sędziego.
                • fogito Re: Refleksje 21.03.10, 09:33
                  dorotammc napisała:

                  > ...po przeczytaniu większości postów mam smutne. Widzę pianę na
                  > ustach wielu kobiet, które "z definicji" wiedzą, że ten tata to
                  > skońzczony chu... nieodpowiedzialny i ma płacić, chocby nie wiem
                  co,
                  > każdą sumę, jakiej życzy sobie matka.

                  Tatuś, który się wyprowadza ma płacić tyle, żeby dziecku nie
                  pogorszyły się warunki życia. Ile to będzie zależy od tych warunków
                  właśnie.

                  Po pierwsz - skąd panie
                  > wiedzą, kto kogo z tym pierwszym małżeństwie zrobił w bambuko i
                  kto
                  > kogo pogonił.

                  To nie ma znaczenia w kwestii zabezpieczenia finansowego dziecka.

                  Po drugie, gdyby żyli pod jednym, to racjonalnie
                  > wydawaliby pieniądze, a nie zawsze sztywno określona kwotę, BO
                  TAK,
                  > bo dziecko MUSI mieć 6 zajęć pozalekcyjnych.

                  Na 6 zajęć dodatkowych to te 2000 może nie starczyć wink

                  Nie, nie musi, jeśli
                  > roziny nie stać. I jeśli nie można wydać 2 tys. mies na dziecko,
                  to
                  > by sie nie wydawało.

                  Zapewne, ale mówimy o utrzymaniu standardu życia dziecka z powodu
                  rozwodu rodziców a nie pogorszenia sytuacji materialnej rodziny,
                  która żyje razem.

                  Ale sytuacja nagle diametralnie się zmienia,
                  > gdy w grę wchodzą alimenty. Zero dyskusji, masz płacic tyle i
                  tyle,
                  > bo dziecko MUSI chodzic na 6 zajęć pozalekcyjnych...
                  Tego nie
                  > pojmuję. Facet ma drugie dziecko, żonę, sam tez ma jakieś
                  podstawowe
                  > życiowee potrzeby. PYTAM - dlaczego ze całej tej grupy osób
                  > najlepiej ma się wieść tylko jednej z nich, czyli dziecku z
                  > pierwszego małżeństwa?

                  Dlatego, że było pierwsze? A może po to, żeby ten kogo na to nie
                  stać nie rozmnazał się na potęgę? Na szczęście sąd jest od tego,
                  żeby zapewnieć porzuconemu przez ojca dziecku godziwe alimenty.
                  Każda kobieta, która bierze sobie faceta z odzysku z przychówkiem
                  powinna mieć świadomość, ze ten facet będzie płacił alimenty i że
                  jej nowa rodzina będzie miała mniej. To chyba jest jasne i oczywiste
                  dla każdego. Nie wymaże się pierwszego dziecka gumką myszką, chociaż
                  wielu próbuje to zrobić.

                  Myślę, że każdy powinien po równo ponosic
                  > ciężary i radości życia.

                  Jak napisała koleżanka niżej - matka, która zostaje z dzieckiem i je
                  wychowuje, de facto wkłada więcej w to wychowanie i dlatego dla
                  wyrównania tej opieki ojciec być może będzie musiał wyłożyć więcej
                  pieniędzy.


                  To tyle. A koleżance nie odradzę
                  > wpisywania, że wydaje na dziecjko 2 tys. mies. Po tym, co
                  > przeczytałam, cos zrozumiałam. Niech sąd spojrzy na PRAWDĘ i
                  > rozsądek matki lub jego brak. Wedle sędziego.

                  No właśnie - niech sąd spojrzy i zdecyduje. A matka niech przedstawi
                  kosztorys wydatków na dziecko, włacznie ze zwolnienieami lekarskimi
                  na dziecko i nieprzespanymi nocami wink Nipoliczalne, prawda?
                • triss_merigold6 Re: Refleksje 21.03.10, 09:33
                  Widzisz, jak planuję teraz drugie dziecko to od roku systematycznie
                  ZWIĘKSZAM swoje dochody i gonię aktualnego partnera do roboty.
                  Tatuś, który był uprzejmy założyć nową rodzinę powinien zrobić
                  dokładnie to samo - zwiększyć dochody. Proste, prawda?
                  • verdana Re: Refleksje 21.03.10, 17:27
                    Nie.
                    Bo część osób nie moze zwiekszać swoich dochodów, bowiem doba ma 24
                    godziny, a bezrobocie nadal mamy.
                    I Triss, Ty zwiększasz dochoddy - skąd wiesz, że Pan ich tez nie
                    zwiekszył? Mógł wcześniej zarabiać 1500.
                    • triss_merigold6 Re: Refleksje 21.03.10, 19:29
                      Fakt, mógł zarabiać jeszcze mniej.
                      Nie upieram się, że utrzymanie zdrowego, chodzącego do publicznej
                      szkoły 8-latka MUSI kosztować 2 tysiące złotych. Zwłaszcza poza
                      dużym miastem, gdzieś gdzie ogólnie koszty życia są mniejsze.
                      Ale upieram się, że od człowieka z wysokim wykształceniem,
                      mieszkającego w dużym mieście, ze znajomymi, z drobkiem zawodowym
                      można i należy oczekiwać większych dochodów niż od mieszkańca byłego
                      PGR po zawodówce rolniczej czy pracownika warsztatu w małym
                      miasteczku.
                      Potencjał mają nieporównywalny i to sądy biorą na szczęście pod
                      uwagę - możliwości zarobkowe, a nie faktyczne dochody.
                      • verdana Re: Refleksje 23.03.10, 17:57
                        To nie jest złosliwość, tylko ciekawość. Czy matki też?
                        • triss_merigold6 Matki zwłaszcza 23.03.10, 20:54
                          Tak sądy biorą pod uwagę dochody i możliwości zarobkowe matek.
                          Zwłaszcza matek. Praktycznie niemożliwe jest zdarcie nawet
                          symbolicznych alimentów od dziadków dziecka (rodziców niepłacącego
                          tatusia) jeśli matka ma dochody nieuprawniające do zaliczki
                          alimentacyjnej z FA. Ponieważ, jak argumentują sądy - jest w stanie
                          utrzymać dzieci, a rodzic ma taki obowiązek w pierwszej kolejności.
                          • verdana Re: Matki zwłaszcza 25.03.10, 18:33
                            Akurat przy dziadkach to rozumiem - dla mnie w ogóle jest to
                            przyklad odpowiedzialnosci zbiorowej, ktora w cywilizowanym prawie
                            nie powinna mieć miejsca. Ale jeślli matka zarabia mało, a mogłaby
                            więcej i chce podwyzszenia alimentów od ojca - to jak to jest?
    • hankam Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 15:22
      Kwota 2000 miesięcznie wydaje mi się calkowicie realna.
      Ja wydaję więcej, ale wliczylam w to niepubliczną szkolę, za to moje dziecko
      dopiero wkracza w okres nastoletni.
      • verdana Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 20.03.10, 17:03
        Ja wydawałam zdecydowanie mniej. Przy wiecej niż jednym dziecku suma
        wydawana na dzieci zazwyczaj spada - jakos nigdy nie zarabiałam
        tyle, by na dzieci wydawać 6 tysiecy miesiecznie.
        Prywatna szkoła jest dla osób, ktore na to maja pieniądze, nie jest
        jednak czymś, za co ma obowiazek placić źle zarabiający rodzic.
    • triss_merigold6 Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 09:06
      Moja znajoma niedawno uzyskała 2,5 tys. zł alimentów na 6-latka.
      Sama zarabia przyzwoicie, ojciec dziecka bardzo dobrze. Sąd
      uwzględnił koszty opiekunki, która zostaje z dzieckiem, kiedy jest
      chore. Koleżanka zwolnień nie bierze (kiedyś brała), tatuś zwolnień
      nie brał nigdy i nie ma takiego zamiaru - tłumaczy się pracą.
      Alimenty w wysokości 900 zł to żaden cud w dużym mieście.
      BTW koszty utrzymania wcale nie muszą rozkładać się 50/50, jeśli
      dziecko mieszka z matką to matka ma znacznie większy wkłąd w
      czynności opiekuńczo-wychowawcze i w ten sposób realizuje swoją
      część obowiązku alimentacyjnego.
      • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 09:19
        triss_merigold6 napisała:

        > BTW koszty utrzymania wcale nie muszą rozkładać się 50/50, jeśli
        > dziecko mieszka z matką to matka ma znacznie większy wkłąd w
        > czynności opiekuńczo-wychowawcze i w ten sposób realizuje swoją
        > część obowiązku alimentacyjnego.

        Dobrze, że to napisałaś, bo zapomniałam w feworze dyskusji. Chyba
        większość o tym zapomina - tak jakby wkład w wychowanie był tylko
        wkładem pieniężnym.
        • triss_merigold6 Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 09:31
          Że mężczyźni lubią o tym zapominać to mnie nie dziwi zupełnie. Dziwi
          mnie natomiast "zapominanie" o tym drobiazgu przez kobiety, które
          same sobie strzelają w stopę. Codzienne przygotowywanie posiłków,
          odprowadzanie/przyprowadzanie do przedszkola/szkoły, pamiętanie o
          tym, że trzeba dokupić blok rysunkowy/pidżamę/jogurt/syropek etc.,
          sprzątanie po dziecięcych zabawach, chodzenie po lekarzach i
          użeranie się z NFZ - to wszystko są czynności opiekuńczo-
          wychowawcze. Pan bierze w tym aktywny udział? Super, alimenty mogą
          być równe dla każdego rodzica.
          Tylko dlatego sama nie występuję o wyższą kwotę alimentów, ponieważ
          zmuszam eksa do brania zwolnień na dziecko równo ze mną i do
          zajmowania się małym kiedy mam sobotnie fuchy (zajmuje się na zmianę
          z moim aktualnym partnerem).
          Wydatki na 5-latka mogę wyliczyć lekkim twistem: samo przedszkole
          publiczne z zajęciami dodatkowymi to 400zł, wyjście do teatru 80 zł
          (pięciolatek nie pójdzie sam więc płacę za drugi bilet dla siebie),
          wyjście do kina 50 zł (identycznie - sam nie pójdzie), zestaw leków
          przy byle infekcji wirusowej - minimum 50 zł etc.
          • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 09:39
            triss_merigold6 napisała:

            > Że mężczyźni lubią o tym zapominać to mnie nie dziwi zupełnie.
            Dziwi
            > mnie natomiast "zapominanie" o tym drobiazgu przez kobiety, które
            > same sobie strzelają w stopę.

            Bo kobieta większość tych czynności robi z powołania i za darmo :0 A
            tatuś może, ale nie musi. Ech, życie. Żeby jeszcze polskie sądy
            zasądzały wyższe alimenty, to moze jeden pan z drugim zastanowił
            się, czy warto budować kolejną rodzinę, która często gęsto nie jest
            wcale ostatnią. Ale skoro same kobiety użalają się nad losem
            niewiernych tatusiów (uogólniam oczywiście) to trudno będzie to
            zmienić.
            • verdana Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 13:20
              Rozumiem, ze nie istnieje możliwość, ze to pani wykopała pana. I że
              wykopany pan ma resztę życia żyć samotnie - bo ma zobowiązania. To
              dopiero jest dyskryminacyjne myslemnie - jak kobieta, to musi byc
              niewiniątko, zdradzone przez ponurego chasma.
              • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 15:38
                verdana napisała:

                > Rozumiem, ze nie istnieje możliwość, ze to pani wykopała pana. I
                że
                > wykopany pan ma resztę życia żyć samotnie - bo ma zobowiązania. To
                > dopiero jest dyskryminacyjne myslemnie - jak kobieta, to musi byc
                > niewiniątko, zdradzone przez ponurego chasma.

                Niekoniecznie, ale jak facet porządny, dobrze zarabia, dba o rodzinę
                i nie zdradza to raczej się takiego za drzwi nie wykopuje.

                • verdana Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 15:42
                  Nie? Nie mozna sie w innym zakochać, nie może nie wychodzic w łóżku,
                  nie mozna uznać pana za nudziarza? Rozumiem, że jak ktos szuka
                  sponsora, to pana zarabiającego z domu nie wykopie, ale sa tez
                  kobiety, ktore patrza nie tylko na kasę.
                  Dosyć to przerazająca wizja świata, w ktorym sa tylko skrzywdzone
                  kobiety, a jak któraś ma porzadnego męża, to nigdy go nie rzuci...
                  • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 17:01
                    verdana napisała:

                    > Nie? Nie mozna sie w innym zakochać, nie może nie wychodzic w
                    łóżku,
                    > nie mozna uznać pana za nudziarza?

                    Można, ale to jednak mniejszość wypadków. Jak sa dzieci, to rzadko
                    nuda jest wystarczającym powodem do rozwodu.

                    Rozumiem, że jak ktos szuka
                    > sponsora, to pana zarabiającego z domu nie wykopie, ale sa tez
                    > kobiety, ktore patrza nie tylko na kasę.

                    Jasne. Nie chodzi o sponsorowanie, tylko o zapewnienie rodzinie bytu
                    na odpowiednim poziomie. Rozumiem, że jak się ma dwadzieścia lat i
                    masę ideałów w głowie, to można i o chlebie i wodzie marzyć pod
                    księżycem. Ale jak się ma dzieci i rodzinę to realia są troszeczkę
                    inne. Chociaż znam takich, co marzą i klepią biedę całe życie.
                    Gorzej, że mają pretensje o to do całego świata.

                    > Dosyć to przerazająca wizja świata, w ktorym sa tylko skrzywdzone
                    > kobiety, a jak któraś ma porzadnego męża, to nigdy go nie rzuci...

                    Bo to niestety większość. A co do pana w/w dyskusji - cały czas nie
                    wiemy, jakie są realia, bo autorka postu nie podaje. Więc możemy
                    sobie gdybac na potęgę.
                    • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 17:28
                      Nie chodzi o sponsorowanie, tylko o zapewnienie rodzinie bytu
                      > na odpowiednim poziomie.

                      A jaka różnica? I co to jest odpowiedni poziom?

                      A swoją drogą w omawianym wypadku rozwiedziony mąż, od którego
                      eksżona chce podwyższonych alimentów, zarabia właśnie niezbyt dużo.
                      Jeśli tyle zarabiał przed rozwodem, to może właśnie żona uznała, że
                      nie zapewnia rodzinie bytu na odpowiednim poziomie i go wykopała?
                      Oczywiście gdybamy, ale jeśli przed rozwodem zarabiał mniej więcej
                      tyle samo, to nie był to wypadek, że żona nie wykopie z domu męża
                      dobrze zarabiającego.
                      • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 18:19
                        srebrnarybka napisała:

                        > Nie chodzi o sponsorowanie, tylko o zapewnienie rodzinie bytu
                        > > na odpowiednim poziomie.
                        >
                        > A jaka różnica? I co to jest odpowiedni poziom?

                        Jeśli nie widzisz różnicy - a powinnaś przy swoim wykształceniu - to
                        zajrzyj do słownika.
                        A odpowiedni poziom to taki, który pozwala nakarmić dziecko i
                        wychować bez zastanawiania się czy starczy do pierwszego.


                        > A swoją drogą w omawianym wypadku rozwiedziony mąż, od którego
                        > eksżona chce podwyższonych alimentów, zarabia właśnie niezbyt
                        dużo.
                        > Jeśli tyle zarabiał przed rozwodem, to może właśnie żona uznała,
                        że
                        > nie zapewnia rodzinie bytu na odpowiednim poziomie i go wykopała?
                        > Oczywiście gdybamy, ale jeśli przed rozwodem zarabiał mniej więcej
                        > tyle samo, to nie był to wypadek, że żona nie wykopie z domu męża
                        > dobrze zarabiającego.

                        No włąśnie - gdybamy. Każda sytaucja jest inna więc dobrze byłoby
                        wiedzieć jakieś konkrety.
                        • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 20:09
                          tyle, że pod słowem "wychować" można różne rzeczy rozumieć.
                          • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 20:15
                            srebrnarybka napisała:

                            > tyle, że pod słowem "wychować" można różne rzeczy rozumieć.

                            a dlaczego w cudzysłowiu? Matka dzieciom będzie wiedziała co to
                            znaczy wychować.
                            • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 20:27
                              chodzi o finansowe podstawy tego wychowania. Co innego będzie pod
                              tym rozumiała matka (i ojciec) w zależności od poziomu życia rodziny.
                              • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 22.03.10, 12:01
                                srebrnarybka napisała:

                                > chodzi o finansowe podstawy tego wychowania. Co innego będzie pod
                                > tym rozumiała matka (i ojciec) w zależności od poziomu życia
                                rodziny.

                                I dlatego na szczęście to sądy podejmują decyzje a nie ojcowie,
                                którzy zakładają kolejne rodziny. Bo dla nich pewnie to i 100 zł na
                                dziecko byłoby za dużo. Znam takie wypadki niestety.
                                Każda sytuacja jest indywidualna, ale nie należy zapominać o
                                niewymiernym wkładzie w wychowanie dziecka tego rodzica, który z
                                dzieckiem zostaje. I dlatego nie zawsze jest równo po połowie, choć
                                zapewne wielu by tak chciało.
                    • verdana Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 17:28
                      To ja mam nietypowe znajome.
                      Jedna wyrzucila faceta za pracoholizm. Jedna - za brak osiągnięć
                      łóżkowych.. Jedna poznała innego pana.
                      • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 18:20
                        verdana napisała:

                        > To ja mam nietypowe znajome.
                        > Jedna wyrzucila faceta za pracoholizm. Jedna - za brak osiągnięć
                        > łóżkowych.. Jedna poznała innego pana.

                        No to bardzo dojrzałe znajome masz. Pozazdrościć uncertain
                        • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 13:59
                          To tylko potwierdza, że uważasz, że najważniejszą zaletą faceta jest
                          to, ile zarabia, a reszta nieważna. Dojrzałością bym tego nie
                          nazwała, na to są zupełnie inne określenia.
                          • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 14:58
                            srebrnarybka napisała:

                            > To tylko potwierdza, że uważasz, że najważniejszą zaletą faceta
                            jest
                            > to, ile zarabia, a reszta nieważna. Dojrzałością bym tego nie
                            > nazwała, na to są zupełnie inne określenia.

                            Facet jest od przynoszenia mamuta od zarania dziejów. Taki, który
                            nie zarabia wystarczająco na swoją rodzine to nie facet tylko
                            nieudacznik. W końcu, co innego on ma robić - rodzić i karmić nie
                            będzie.
                            Gdyby kobiety w Polsce były bardziej wymagające dla swoich misów
                            rysiów to żyłoby im się o niebo lepiej. No ale my mamy ten polski
                            instynkt macierzyński i lubimy się opiekować bidulkami, co to tysiąc
                            złoty zarobią i na więcej siły nie mają uncertain
                            • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 15:42
                              Oboje rodzice powinni zapewnić dzieciom byt, to oczywiście, Ale
                              jeżeli uważasz, że obowiązki rodziców i życie rodzinne w ogóle
                              sprowadzają się do zapewnienia kasy, urodzenia dziecka i
                              wykarmienia, to jest to żenujący prymitywny i zwierzęcy obraz. Tyle
                              potrzebują zwierzęta. Koleżanka Verdany potrzebowała więcej, np.
                              udanego seksu.
                              • anndelumester Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 18:09
                                Bardzo polecam książkę Richarda Wranghama (Srebrnarybka z pewnością ją zna, bo
                                było o niej głośno w uznanych czasopismach, naukowych również) - facet jest
                                profesor antropologii biologicznej na Uniwersytecie Harvarda, więc z pewnością
                                odpowiada poziomem wybrednym gustom intelektualnym, do tego renoma uczelni daje
                                podejrzenia graniczące z pewnością, ze jego stopnie naukowe nie są za ser i gęsi
                                - pt. Walka o ogień - jak gotowanie stworzyło człowieka. Książka , a zwłaszcza
                                bogata bibliografia - pokazuje jednoznacznie co się działo i dzieje z facetami,
                                gdy nie zdobywają przysłowiowego mamuta i jak to się rzuca nie tylko na mózg ,
                                ale na życie społeczne etc.
                              • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 21:23
                                srebrnarybka napisała:

                                > Oboje rodzice powinni zapewnić dzieciom byt, to oczywiście, Ale
                                > jeżeli uważasz, że obowiązki rodziców i życie rodzinne w ogóle
                                > sprowadzają się do zapewnienia kasy, urodzenia dziecka i
                                > wykarmienia, to jest to żenujący prymitywny i zwierzęcy obraz.

                                To są podstawy a nie "prymitywny i zwierzęcy obraz". Reszta to są
                                przyjemne dodatki. Jednakże brak podstaw może spowodować problemy i
                                nie będzie żadnego żcyia rodzinnego a tym bardziej udanego seksu.
                                Jak na osobę wykształconą - podobno - ciężko ci idzie zrozumienie
                                słowa pisanego.

                                Tyle
                                > potrzebują zwierzęta. Koleżanka Verdany potrzebowała więcej, np.
                                > udanego seksu.


                                Zwierzęta nie zapewniają sobie kasy a co do seksu - psy kopulują
                                nawet na ulicy. Może znajdź lepsze porównania.
                                • triss_merigold6 Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 21:43
                                  Srebrnarybka nie uznaje piramidy potrzeb Maslowa? Dziwne, bo KRiO
                                  uznaje i nakłada na rodziców obowiązek zaspakajania potrzeb dzieci.
                                  BTW dzieci niedożywione w dzieciństwie mają niższe IQ.
                      • dorotammc Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 23:18
                        Miło usłyszeć głos rozsądku osoby znającej życie, a nie tylko
                        teoretyków typu "fogito".
                        Mnie też poraża tak płaskie i roszczeniowe, apodyktyczne podejście
                        do eks, do mężczyzn w ogóle. To wizja jakaś roszczeniowo-bajkowa, a
                        nie realna, ze świata dorosłych ludzi. I to zdrobnienie pełne
                        jadu "tatuś" jest powalające i ośmieszające te kobiety, które
                        zapewne przez własne doświadczenia majją tyle żalu do facetów.
                        Facet pogoniony przez laskę ma do końca życia zostac sam i nie ma
                        prawa do szczęścia? I każdy kto tylko sobie tak wymyśli może
                        podnieśc swoje dochody? To my chyba nie w tym samym kraju żyjemy...
                        • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 22.03.10, 09:55
                          dorotammc napisała:

                          > Miło usłyszeć głos rozsądku osoby znającej życie, a nie tylko
                          > teoretyków typu "fogito".

                          Wolałabyś, żebym w praktyce przeszła rozwód i potem dawała ci złote
                          rady. Póki co nie zanosi się.


                          > Mnie też poraża tak płaskie i roszczeniowe, apodyktyczne podejście
                          > do eks, do mężczyzn w ogóle. To wizja jakaś roszczeniowo-bajkowa,
                          a
                          > nie realna, ze świata dorosłych ludzi.

                          Hmmm coraz bardziej jestem przekonana, że to ty jesteś tą drugą
                          żoną, która będzie musiała znieść wysokie alimety męża.
                          Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

                          > Facet pogoniony przez laskę ma do końca życia zostac sam i nie ma
                          > prawa do szczęścia? I każdy kto tylko sobie tak wymyśli może
                          > podnieśc swoje dochody? To my chyba nie w tym samym kraju żyjemy...


                          Prztytul go do serca a potem wyślij do roboty, to może uda mu sie
                          zarobić na dwójkę dzieci.
                          A do szczęścia ma prawo. Ale ma również obowowiązki. I na szczęście
                          Polska to nie środkowa Afryka i można sporo zarobić jak się chce.
                          Albo wyjechać do UK, jak ktoś nie daje rady w kraju.
                          • dorotammc Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 22.03.10, 22:36
                            Nadal śnisz, młoda niedoświadczona teoretyczko. Ale może lepiej,
                            żeby życie nigdy Cię nie obudziło, nie każdy musi na własnej skórze
                            sie przekonac, co to znaczy rzeczywistość. Więc nie, nie życzę Ci
                            rozwodu, tylko szczęscia, które uchroni Cię od trudnych życiowych
                            wyborów. Niektórym ludziom tak właśnie udaje się przejść przez
                            życie, i dobrze.
                            • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 22.03.10, 22:44
                              dorotammc napisała:

                              > Nadal śnisz, młoda niedoświadczona teoretyczko.

                              Dziękuję za komplement. To miło zostać nazwaną młodą w wieku 38 lat.
                              Ty na pewno jesteś starsza ode mnie... chociaż wątpię.

                              Ale może lepiej,
                              > żeby życie nigdy Cię nie obudziło, nie każdy musi na własnej
                              skórze
                              > sie przekonac, co to znaczy rzeczywistość.

                              Ja już się przekonałam jak wygląda rzeczywistość, bo miałam paskudne
                              dzieciństwo dzięki tatusiowi, który nie mógł się powstrzymać.

                              Więc nie, nie życzę Ci
                              > rozwodu, tylko szczęscia, które uchroni Cię od trudnych życiowych
                              > wyborów. Niektórym ludziom tak właśnie udaje się przejść przez
                              > życie, i dobrze.

                              Może rozód nie będzie moim udziałem, ale ja długo czekałam z
                              podjęciem ostatecznej decyzji. Po to właśnie aby była to decyzja
                              przemyślana i aby moje dziecko miało dobrego ojca.
                      • jakw Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 22.03.10, 22:44
                        verdana napisała:

                        > Jedna wyrzucila faceta za pracoholizm.
                        A biedak pewnie chciał dochody zwiększyć...
                        • verdana Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 17:56
                          Dokladnie!!!!!
                          A okazało się, ze moja przyjaciółka chciała mieć męża i ojca
                          dzieciom, a nie tylko dochody.
                          • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 21:25
                            verdana napisała:

                            > Dokladnie!!!!!
                            > A okazało się, ze moja przyjaciółka chciała mieć męża i ojca
                            > dzieciom, a nie tylko dochody.

                            Można mieć wszytko w jednym.
                            • jakw Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 25.03.10, 19:49
                              > Można mieć wszytko w jednym.
                              Rozumiem, że masz to "wszystko w jednym". Co zrobisz, gdy pan
                              zostanie zwolniony z pracy i jego dochody najpierw spadną, a potem w
                              końcu znajdzie pracę pt. "wymagana dyspozycyjność" za połowę
                              dotychczasowej pensji? Za drzwi, bo "mamuta" nie przyniósł?
                              • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 25.03.10, 20:08
                                jakw napisała:

                                > > Można mieć wszytko w jednym.
                                > Rozumiem, że masz to "wszystko w jednym". Co zrobisz, gdy pan
                                > zostanie zwolniony z pracy i jego dochody najpierw spadną, a potem
                                w
                                > końcu znajdzie pracę pt. "wymagana dyspozycyjność" za połowę
                                > dotychczasowej pensji? Za drzwi, bo "mamuta" nie przyniósł?

                                Na takie okazje są oszczędności robione w latach tłustych. Słyszałaś
                                o czymś takim? My jesteśmy zabezpieczeni na wszelkie ewentualności i
                                nie szastamy pieniędzmi wtedy kiedy je mamy.
                                Poza tym to jest facet zaradny i dałby sobie radę we wszelkich
                                warunkach.
                                • jakw Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 31.03.10, 17:43
                                  Ale co zrobisz gdy lata chude będą trwały dłużej niz lata tłuste?
                                  Albo ten zaradny facet ulegnie wypadkowi bądź zachoruje (absolutnie
                                  nie życzę) i nie będzie mógł wykazać swojej zaradności we wszystkich
                                  warunkach. Wystawisz go za drzwi czy nie?
                                  • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 31.03.10, 20:32
                                    jakw napisała:

                                    > Ale co zrobisz gdy lata chude będą trwały dłużej niz lata tłuste?

                                    Póki co po wielu latach chudych mamy 10 lat tłustych smile I odkładamy
                                    na wszelki wypadek.

                                    > Albo ten zaradny facet ulegnie wypadkowi bądź zachoruje
                                    (absolutnie
                                    > nie życzę) i nie będzie mógł wykazać swojej zaradności we
                                    wszystkich
                                    > warunkach.

                                    Facet ma wysokie ubezpieczenie na zycie. A jako chory nie będzie
                                    musiał być zaradny, bo ja się nim zajmę. Odpukać... Póki co to ja
                                    jestem w gorszej kondycji i nawet nie mam ubezpieczenia na życie, bo
                                    jemu to niepotrzebne surprised

                                    >Wystawisz go za drzwi czy nie?

                                    Oczywiście, że nie. Poza tym mam wyzsze wykształcenie i zawsze
                                    znajdę pracę.

                                    ps. za drzwi wystawiam tylko zdrowych leni a nie chorych zaradnych.
                                    • jakw Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 31.03.10, 21:18
                                      fogito napisała:

                                      > Facet ma wysokie ubezpieczenie na zycie.
                                      A na chorobę ma?

                                      > Poza tym mam wyzsze wykształcenie i zawsze
                                      > znajdę pracę.
                                      Jakąś pewnie znajdziesz (przy czym nie stawiałabym równości między
                                      wyższym wykształceniem a byciem niebezrobotnym), pytanie tylko czy
                                      chociaż na pół mamuta dla was wszystkich starczy?


                                      > ps. za drzwi wystawiam tylko zdrowych leni a nie chorych zaradnych.
                                      Widzę, że jednak masz wyjątki od zasady:"Taki, który nie zarabia
                                      wystarczająco na swoją rodzine to nie facet tylko nieudacznik"
                                      wink
                                      • srebrnarybka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 31.03.10, 21:25
                                        Jeżeli fogito jest profesorem belwederskim i znajdzie pracę w
                                        instytucie panowskim, to z mamutem kiepsko.
                                        • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 01.04.10, 08:34
                                          srebrnarybka napisała:

                                          > Jeżeli fogito jest profesorem belwederskim i znajdzie pracę w
                                          > instytucie panowskim, to z mamutem kiepsko.

                                          Na szczęście nie jestem. Ale po wielu latach w firmie zagranicznej
                                          mam jako takie doświadczenie w zdobywaniu mamuta. Poza tym cały czas
                                          zapominacie o zgomadzonych oszczędnościach na lata chude tongue_out
                                        • airam.as Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 01.04.10, 14:52
                                          srebrnarybka napisała:

                                          > Jeżeli fogito jest profesorem belwederskim i znajdzie pracę w
                                          > instytucie panowskim, to z mamutem kiepsko.


                                          Srebrnarybko, po iluś już Twoich postach, w których wspominasz o belwederskim,
                                          zaczynam podejrzewać, że masz kompleks. Chcesz, a nie możesz? I żal? Bo
                                          chciałoby się świat dostosować do siebie, a się nie da?
                                          Sorki z góry za uszczypliwość.
                                      • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 01.04.10, 08:38
                                        jakw napisała:

                                        > fogito napisała:
                                        >
                                        > > Facet ma wysokie ubezpieczenie na zycie.
                                        > A na chorobę ma?

                                        Też smile


                                        > > Poza tym mam wyzsze wykształcenie i zawsze
                                        > > znajdę pracę.
                                        > Jakąś pewnie znajdziesz (przy czym nie stawiałabym równości między
                                        > wyższym wykształceniem a byciem niebezrobotnym), pytanie tylko czy
                                        > chociaż na pół mamuta dla was wszystkich starczy?

                                        Ciągle zapominasz o oszczędnosciach w akcjach, obligacjach i
                                        nieruchomościach. Starczy na kilka mamutów smile



                                        > > ps. za drzwi wystawiam tylko zdrowych leni a nie chorych
                                        zaradnych.
                                        > Widzę, że jednak masz wyjątki od zasady:"Taki, który nie zarabia
                                        > wystarczająco na swoją rodzine to nie facet tylko nieudacznik"
                                        > wink

                                        NIe nie mam. Facet zaradny bierze pod uwagę wypadki losowe i choroby
                                        i dlatego zabezpiecza rodzinę zanim jedno z w/w się wydarzy. Czy to
                                        tak trudno zrozumieć?
                                        • airam.as Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 01.04.10, 14:47
                                          fogito napisała:

                                          > NIe nie mam. Facet zaradny bierze pod uwagę wypadki losowe i choroby
                                          > i dlatego zabezpiecza rodzinę zanim jedno z w/w się wydarzy. Czy to tak trudno
                                          zrozumieć?

                                          I już cię lubię, Fogito smile

                                          • jakw Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 01.04.10, 18:38
                                            Trudno - bo imho zrzucasz mu na głowę całą odpowiedzialność za twoją
                                            finansową przyszłość.
                                            • jakw Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 01.04.10, 18:39
                                              sorry, to miało być do fogito.
                                    • airam.as Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 01.04.10, 14:48
                                      fogito napisała:
                                      >
                                      > ps. za drzwi wystawiam tylko zdrowych leni a nie chorych zaradnych.

                                      I za to też - szacun smile
            • anndelumester Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 21.03.10, 14:27
              > Bo kobieta większość tych czynności robi z powołania i za darmo
              Tak, tak z uśmiechem na twarzy na dodatek.
    • zawsze_wolna_nilka Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 18:17
      Zastanawiam się zawsze, dlaczego w rozliczeniach matki nie
      podają...kosztów zabawek, zorganizowania urodzin, dziecięcego
      wystroju pokoju, kupna krzesła i biurka do szkoły, tapczanu zamiast
      łóżeczka, kosztów remontu czy odświeżenia dziecięcego kąta, kosztów
      wakacji...
      lezc tylko takie zasadnicze rozliczenie kosztów PRZEŻYCIA, bez
      wszystkiego, na co składa się dzieciństwo.
      Mnie nie jest potrzebna kołderka w misie, ani klocki walające się
      po pokoju. Gdybym nie mieszkała z dziećmi, nie musiałabym odnawiać
      ścian upstrzonych łapkami albo pierwszymi gryzmołami. Gdyby dzieci
      nie były pod moją opieką, nie musiałabym płacić opiekunce, żeby
      załatwić sprawę lub po prostu się rozerwać.
      Jestem w stanie przejść obojętnie obok sprzedawcy waty cukrowej na
      festynie, a do kina w ogóle nie muszę chodzić. Nie skusi mnie żadna
      reklama i trend na zabawkę panujący wśród rówieśników.

      Jesli rodzice się rozchodzą, a matka zostaje obarczona opieką i
      wychowaniem, dlaczego opinia publiczna wymaga, żeby jeszcze zgodziła
      się na spapranie dziecku dzieciństwa?
      Ojciec moich dzieci oferował kiedyś bardzo niską sumę na utrzymanie
      ich (100€ na miesiąc na oboje). Zgodziłam się, pod jednym warunkiem.
      Osobą płacącą tę kwote będę ja, a on bierze dzieci do siebie.
      Zgadnijcie, co zdecydowałwink
      • anndelumester Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 18:47
        > Zgadnijcie, co zdecydowałwink
        Koleżanka zrobiła podobnie - przy rozwodzie, zaproponowała panu, żeby wziął
        dziecko na stałe - a ona je będzie co drugi tydzień brała na weekend i płaciła
        mu alimenty. Pan przerażony wizją zatrucia świeżej, właśnie rozkwitającej
        miłości stałym pobytem bardzo aktywnego przedszkolaka bez szemrania zostawił
        żonie mieszkanie, płaci bardzo wysokie alimenty (na pewno ponad 5 tys.).
        Nie ma jak kochający ojciec, wszystko dla dziecka, aż łza się w oku kręci...
        Ale może to jest sposób na opornych osobników.
        • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 21:29
          anndelumester napisała:
          > Nie ma jak kochający ojciec, wszystko dla dziecka, aż łza się w
          oku kręci...
          > Ale może to jest sposób na opornych osobników.

          Szkoda, że nie ma badań na temat iluż to panów dobrowolnie dzieci po
          rozwodach zabrałoby do siebie. Wiem, że tacy są, ale chyba jest ich
          garstka.
      • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 21:28
        zawsze_wolna_nilka napisała:

        >?
        > Ojciec moich dzieci oferował kiedyś bardzo niską sumę na
        utrzymanie
        > ich (100€ na miesiąc na oboje). Zgodziłam się, pod jednym
        warunkiem.
        > Osobą płacącą tę kwote będę ja, a on bierze dzieci do siebie.
        > Zgadnijcie, co zdecydowałwink

        To jasne - zabrał dzieci a ty balujesz wink Żartuję oczywiście. Typowe
        zachowanie niestety. Mam nadzieję, że płaci więcej.
        • triss_merigold6 Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 21:40
          Zawsze proponuję porażającą lekturę forum "W stronę ojca" -
          wyjątkowe popisy panów trwale bezrobotnych lub rencistów dołem
          sprawnych, którzy uważają, że 250 zł alimentów, matka (pardon,
          WŁAŚCICIELKA dziecka) wyda na tipsy, fryzjera, torebki Chanel, buty
          od Prady i jeszcze gacha utrzyma.
          Znam jednego (JEDNEGO) faceta, który mieszka z synem po rozwodzie.
          Jest pod każdym względem świetnym, dbającym ojcem. Początkowo syn
          mieszkał z matką ale ona się go chętnie pozbyła, bo przeszkadzał w
          balangach.
          • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 22:01
            triss_merigold6 napisała:

            > Zawsze proponuję porażającą lekturę forum "W stronę ojca" -
            > wyjątkowe popisy panów trwale bezrobotnych lub rencistów dołem
            > sprawnych, którzy uważają, że 250 zł alimentów, matka (pardon,
            > WŁAŚCICIELKA dziecka) wyda na tipsy, fryzjera, torebki Chanel,
            buty
            > od Prady i jeszcze gacha utrzyma.

            To ja chyba zajrze z ciekawości, bo mnie by nawet 2500 na takie
            ekstrawagancje nie wystarczyło. ALe mąż twierdzi, że ja rozrzutna
            jestem i pewnie ma chłopak rację surprised

            • triss_merigold6 Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 22:11
              2500 zł na buty Blahnika nie starczy, nawet po przecenie.
              IMO wdrożenie i udokumentowanie owych założeń przyniosłoby takiej
              matce Nobla z mikroekonomii.
              Forum to czytuję pasjami, bawi mnie zwłaszcza uzasadnianie chęci
              ustalenia opieki naprzemiennej "ponieważ wtedy ojciec nie musiałby
              płacić haraczu alimentacyjnego właścicielce", tak jak gdyby dziecko
              mieszkając o ojca, nie generowało kosztów.
              • fogito Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 23.03.10, 22:54
                triss_merigold6 napisała:

                > 2500 zł na buty Blahnika nie starczy, nawet po przecenie.
                > IMO wdrożenie i udokumentowanie owych założeń przyniosłoby takiej
                > matce Nobla z mikroekonomii.

                To ja szansy na Nobla nie mam i butów owych też nie mam uncertain

                > Forum to czytuję pasjami, bawi mnie zwłaszcza uzasadnianie chęci
                > ustalenia opieki naprzemiennej "ponieważ wtedy ojciec nie musiałby
                > płacić haraczu alimentacyjnego właścicielce", tak jak gdyby
                dziecko
                > mieszkając o ojca, nie generowało kosztów.

                Oj tam - o chlebie i wodzie z ojcem przesiedzi to kosztów nie
                wygeneruje przeciez.

                Chyba wiele straciłam nie czytając tego forum i zamierzam to zmienić.
              • buba13 Re: Czy to dużo? Mało? Normalnie? 03.06.10, 13:48
                Blahnika za 2500 spokojnie kupisz, w zależności od kursu nawet 4
                pary (nie każde i nie zawsze, ale da radę)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka