eilian
31.01.12, 15:32
I klasa, 6-latki. Pani otwiera salę, wchodzą dzieci, za nimi matki, każda za tym swoim dziecięciem, właściwie nie wiem po co, niektóre pomagają się rozbierać (sądziłam, że dziecko w tym wieku bez problemu radzi sobie z tym samo), czy usadowić w ławce, inne po prostu stoją. Trwa to dłuższą chwilę, i tak jest codziennie. Na początku myślałam, że wszyscy tak przeżywają że dzieci do szkoły poszły i z czasem to minie, ale kończy się już pierwszy semestr i nic się nie zmienia. Aż się dziwię, że nauczycielka nic nie mówi, bo znacząco opóźnia to rozpoczęcie lekcji i sama wydaje się być tym zniecierpliwiona. Już pomijam dodatkowy brud od buciorów, zwłaszcza w niepogodę.
Te matki chcą wyjść na takie opiekuńcze, czy co? Ja daję Małemu buziaka, czasem tylko pomacham i się zmywam, po co miałabym tam stać (oczywiście czasem muszę też wejść, bo coś tam trzeba opłacić, albo z panią porozmawiać, ale to się zdarza może ze dwa razy miesiącu)? Ale czuję się trochę jak wyrodna matka, że tak zostawiam to swoje dziecko. Może w dobrym tonie byłoby tam swoje jednak odstać?
Ot, takie luźne spostrzeżenia...