aquarianna
05.10.12, 09:51
Jestem trochę zaskoczona pewną sytuacją.
Syn był nieobecny w szkole przez 2 dni. Dzwonił do 4 osób z klasy żeby zapytać, jaki materiał przerabiano, co jest zadane. Nikt nie odbierał. Próbował kilka razy, o różnych porach. Wysłał smsy z prośbą o kontakt w miarę możliwości. Dodatkowo też info na skypie. Również zero odpowiedzi, przez dwa dni. Dopiero wczoraj późnym wieczorem, gdy dowiedziałam się, jak wygląda sytuacja zdecydowałam się sama zadzwonić do jednej z mam, żeby dowiedzieć się, co było zadane. Niestety, trochę za późno, by syn mógł wziąć się za odrabianie lekcji.
Nie jest to może problem, bo nauczyciele są raczej wyrozumiali, ale chodzi mi o podejście dzieci z klasy. Odebrałam to tak, jakby każdy miał w nosie prośbę swojego kolegi. Syn jest raczej lubiany w klasie, nie ma problemów z kontaktami, więc chyba nie tutaj leży problem. Raczej w takim czystym egoizmie, znieczulicy, lenistwie czy nie wiem jak to nazwać. Oczywiście mogłam od razu zadzwonić do rodziców, ale uznaję, że 11-latek chyba nie potrzebuje aż takiego niańczenia z mojej strony.
Jeśli do syna ktoś dzwoni czy pisze, zawsze jest chętny by odpisać czy wręcz pożyczyć zeszyty. Uczyłam go, że należy pomagać sobie nawzajem w takich sytuacjach i on tym bardziej poczuł się rozżalony, że jemu nikt pomóc nie chciał. Nie jest to pierwszy przypadek takiego zachowania (choć syn choruje bardzo rzadko), ale teraz mnie to już poruszyło.
A jak to jest u Waszych dzieci? W ogóle sądzicie, że warto ten temat poruszać na wywiadówce, by wychowawczyni pogadała z dzieciakami, jak powinna wyglądać wzajemna pomoc? A może teraz są inne zasady i to, o czym piszę i czego bym oczekiwała, to utopia?