Córka 8-latka, II klasa. Typ zdecydowanie bardziej humanistyczno-artystyczny niż ścisły - ma bogate słownictwo, uwielbia książki, wszelkie prace plastyczne i taniec; matematyka nigdy jej zbytnio nie interesowała, choć lubi rozwiązywać zagadki logiczne.
Cóż, od matematyki uciec się nie da, zwłaszcza w szkole - no, i tu zaczynają się schody. Działania na liczbach (dodawanie/odejmowanie i mnożenie/dzielenie w zakresie 20) córka wykonuje dość wolno, często pomagając sobie liczeniem na palcach. Nie mam z tym problemu, zwłaszcza, że sama byłam kiepskim matematykiem; w końcu najważniejsze jest to, żeby poprawnie obliczyć wynik. Kłopot w tym, że opanowanie nowego materiału przychodzi córce z coraz większym trudem i zajmuje coraz więcej czasu. Niby rozumie, o co w danym działaniu chodzi, ale jak ma zastosować, to wychodzą jakieś kosmiczne rzeczy. Najgorsze, że bardzo szybko się przy tym zniechęca - blokuje się, przestaje myśleć, stwierdza tylko: "Nie wiem, nie umiem; nigdy nie nauczę się matematyki, i już!", a potem usilnie stosuje metodę chowania głowy w piasek, na zasadzie "Może pani mnie z tego nie zapyta."
Tłumaczę córce tę nieszczęsną matematykę na różne sposoby: rysujemy, wykonujemy działania na przedmiotach (np. kredkach), budujemy skojarzenia, wyszukuję jej gry matematyczne w Internecie... wszystko na nic. Wystarczy jedno niepowodzenie, jakiś drobiazg, który jej nie wychodzi - i od razu się wycofuje, przyjmując tę bierną postawę "nie wiem, nie umiem". Bardzo trudno się przez tę jej bierność przebić; a ona zdaje się nie przyjmować do wiadomości, że nie da się "wymigać od matematyki", tylko trzeba się z nią zmierzyć i mieć wreszcie problem z głowy.
Niestety, kończą mi się pomysły i metody. Matematyczne zaległości córki zaczynają się nawarstwiać, dochodzi nowy materiał i za chwilę może zrobić się z tego duży problem. Nie mam czasu, ochoty ani cierpliwości wałkować z nią matematyki po kilka godzin każdego popołudnia, zresztą nie tędy droga. Poza tym, nie na wiele by się to zdało przy takim nastawieniu, jakie córka ma obecnie. To jest krok do znienawidzenia matematyki - a tego chciałabym uniknąć, bo sama borykałam się z tym przez większą część szkolnej edukacji (uprzedzając pytanie: nie przekazuję córce, choćby podświadomie, niechęci do matematyki, raczej próbuję pokazać, że to może być fajna zabawa).
Będę wdzięczna za wszelkie podpowiedzi.