Dodaj do ulubionych

nie chce sie uczyc!!!ZERO

09.11.04, 11:42
nie wiem czemu pisze, no bo jakiej niby rady w tej sytuacji można komuś
udzielić. mój 11 letni syn nie chce sie uczyć. Chodzi do szkoły, nie ma
opuszczonej (nigdy) ani jednej godziny, ale si e nie uczy. Ani nagrody, ani
kary nie skutkują. Psych. powiedziała, ze jest jescze niedojrzały (w wieku 7
lat brak gotowości szkolnej) i to mu przejdzie. KURDE!! ale kiedy, to V
klasa, za rok egzamin do gimnazjum tu...PLAZA .strasze go teraz szkoła z
internatem prowadzonym przez zakonnice (ja na serio myślę o tym)bo juz nic
innego nie skutkuje. W zasadzie piszę do mam, żeby podzielic sie swym żalem i
dowiedzieć sie jak one sie czują, jak żyja z dzieciakiem który ni w ząb nie
chce sie uczyć. Czy pozwalaja np. nie zdac (nauka życia?). syn uwaza ze na
pewno zda, że aż tak źle nie jest a ja jestem umęczona ciagłym gonieniem go
do lekcji, pamiętaniem o jego klasowkach i przezywanie gehenny gdy własnie
pisze owa klasówkę. Jak z tym zyć, jak sobie MAMY drogie radzicie ze sobą??
Obserwuj wątek
    • izunia6 Re: nie chce sie uczyc!!!ZERO 09.11.04, 12:19
      Może spróbuj totalnie odpuścić - powiedz mu, to co czujesz. Że masz dość
      przejmowania się jego lekcjami, że to jego szkoła i jego życie, i jego problem.
      Przestań się interesować jego zadaniami domowymi, jego sprawdzianami. Może w
      ciągu paru miesięcy osiągnie dno, może zagrożą mu paroma jedynkami i wtedy się
      otrząśnie. Szczerze mówiąc w V klasie nie trzeba się dużo uczyć, żeby całkiem
      łatwo przechodzić z klasy do klasy, może robisz z tego generalnie za duży
      problem. Czego ten biedak ma się uczyc? A odrabia zadanie domowe?
      No jest jeszcze metoda na naprawdę duży prezent jak będzie miał na koniec
      średnią... i tu wpisz ile. Ale to musi być coś, na czym mu bardzo zależy -
      rower, komputer, no i w razie czego, absolutnie trzeba spełnić zobowiązanie.
    • jagawi Re: nie chce sie uczyc!!!ZERO 09.11.04, 13:28
      a ja jestem umęczona ciagłym gonieniem go
      > do lekcji, pamiętaniem o jego klasowkach i przezywanie gehenny gdy własnie
      > pisze owa klasówkę.

      A probowalas nie gonic, nie przypominac, generalnie - nie brac odpowiedzialnosci za obowiazki
      swojego dziecka? Nic tak nie demotywuje jak nadopiekunczosc. Ja nigdy nie wiem, kiedy moj syn (tez V
      klasa) ma klasowki, nie sprawdzam, czy odrobil lekcje, nie denerwuje sie gdy wpadnie czasem gorsza
      ocena, powtarzam, ze nie oceny sa wazna, a to co w glowie... i w zeszlym roku wyciagnal srednia ponad
      5.
      • nerwus4 Re: nie chce sie uczyc!!!ZERO 09.11.04, 14:10
        Droga Jagawi!
        problem w tym , ze ja w tym roku sobie odpuściałm pamiętanie o klas. itp. I
        wiesz co?? tragedia.
        I jeszcze jedno , on z premedytacją nie ograbia lekcji. Wiesz, co innego
        zapomnieć a co innego olać.
        moje pytanie w głownym poście brzmiało. Jak sobie mamy takich dzieci radza ze
        sobą . Moze znasz jakies kolezanki które maja to nieszczęście , ze ich dzieciak
        to leń. ja poporostu nie moge normalnie funkcjonowac-ciagle myslę o tym (syn
        nie wie jakich rzeczy jak np. ze usypiam myśląc o nim , o jego przyszłości). Ja
        z nim rozmawiam ale to RAK, mówi kiedy chce i w dodatku jest taki zamkniety w
        sobie , okropny domator.
        Dobra , już nie zawracam Wam głowy. ale jesli któraś zna taka mamę to prosze ja
        pzdr ode mnie i spytac aie jak sobie radzi z myslami na temat dzieciaka. Bo ja
        jakoś tak trace serce do niego
        • jagawi Re: nie chce sie uczyc!!!ZERO 09.11.04, 16:03
          Przede wszystkim nie trac serca. Moze maly ma po prostu powazny problem, typu dysleksja, moze
          warto pogadac z psychologiem. Moj bazgral potwornie (czasem sam siebie nie mogl rozczytac)
          myslalam ze to lenistwo, okazalo sie, ze ewidentna dysgrafia (dostal skierowanie do por. psych. ze
          szkoly)... A moze za duzo od niego wymagasz, tak sie boi, ze nie sprosta Twoim oczekiwaniom, ze na
          wszelki wypadek nic nie robi? Czasem dzieci strasznie dziwnie kombinuja. Moj panicznie sie bal, jak byl
          przedszkolakiem, ze sie zgubi w supermarkecie. Zupelnie nie wiedzialam, dlaczego tak kurczowo sie
          mnie trzyma, nie puszcza nawet na moment. W koncu okazalo sie, ze myslal, ze dzieci, ktore sie zgubia
          swoim rodzicom, trafiaja do domow dziecka (sam to wymyslil, nikt go nigdy nie straszyl...).
          Polecam lekture ksiazki "Jak mowic do dzieci, zeby nas sluchaly, jak sluchac dzieci, zeby do nas
          mowily" - nie jestem maniakiem poradnikow psychologicznych, ale akurat ta ksiazka jest naprawde
          nieglupia.
          • verdana Re: nie chce sie uczyc!!!ZERO 09.11.04, 16:30
            Kochana!
            Jak to się stało, że zostałaś matką mojego dziecka?
            Dobre rady (psychologów, kolezanek itd) można sobie odpuscić. Bo jak dziecko
            nie chce się uczyć, to się nie uczy. Znam to.
            Najpierw chadzaliśmy do psychologów. (dysortografia)
            Potem do reedukatorów.
            Potem błagałam, prosiłam i zaklinałam (chociaż nie pilnowałam i nie sprawdzałam
            lekcji - to powyżej moich mozliwości psychicznych). Sporadyczne kontrole
            wykazywały nie tyle brak odrobionych lekcji, ile totalny brak wszystkich
            zeszytów.
            Potem go przeniosłam do innej szkoły.
            Potem ledwo-ledwo zdał do liceum, jednego z najniżej w rankingach. Na półrocze
            miał trzy jedynki - to bym przeżyła. Ale pozostałe stopnie to były dwóje i ze
            dwie trójki.
            Przeniosłam go do Prywatnego Liceum - poziom poniżej zera, ale liceum małe,
            kameralne, w dodatku zainteresowały go pewne przedmioty.
            W klasie maturalnej coś drgnęło.
            Na psychologię się nie dostał - świetnie zdał z trzech przedmiotów, z
            angielskim nie ma szans - dysortografia.
            Poszedł na psychologię kliniczną do prywatnej uczelni, o bardzo wysokiej
            renomie. Uczy się razem z ludźmi z warszawskich renomowanych liceów. Ale oni
            czasem oblewają egzaminy - a on jak dotychczas wszystkie zdaje. Dobrze zdaje.
            Jest działaczem samorządu.
            Nie pamiętam już, jakie miał stopnie w piątej klasie. Na pewno złe. Ale
            straciło to wszelkie znaczenia.
            A psychologowie mi mówili, zebym wyluzowała. A ja nie wierzyłam, brałam
            lekarstwa uspakajające i płakałam po nocach. We dnie wrzeszczałam - efektem
            jest nerwica i moja i syna. I po co?
            A mój ojciec oblał maturę, a teraz jest profesorem SGH...


            • nerwus4 Re: nie chce sie uczyc!!!ZERO 10.11.04, 08:34
              jeju!! jak miło wiedziec ze nie jestem sama na świecie. ty płakałaś po nocach??
              to tak jak ja.
              Powiedz mi proszę (bo rozumiem, ze zdawał za kazdym razem) czy prosiłas
              nauczycieli, żeby go przepychali dalej??? czy miałas mysli zeby go zostawić w
              klasie moze to go otrząśnie????
              bardzo dzieuję Ci za odpowiedź, jakoś tak mi lepiej , jestem taka jak mój nick -
              nerwus i mimo, ze w życiu jestem raczej optymistka to w tej sytuacji moja
              nadzieja na lepsze jest na ukończeniu.
              Prosze odp. na moje pytania, jak tylko znajdziesz chwilę. Dziekuję pzdr
              • verdana Re: nie chce sie uczyc!!!ZERO 10.11.04, 09:54
                Nie przepychałam go, zdawał sam. Nie jest tak łatwo zostawić dziecko w szkole
                podstawowej (teraz jest trochę gorzej, bo w gimnazjum już mozna). Ale jak były
                szanse, ze z LO wyleci, to go jednak przeniosłam do liceum zawodowego, u
                rozpaczy mego ojca-profesora i matki-pisarki. To była najlepsza decyzja, jaka
                podjęłam w życiu. Dostosowanie poziomu szkoły do dziecka, a nie odwrotnie.
                W moim przypadku zostawienie w klasie niewiele by dało, bo syn był
                inteligentny, tylko kompletny, denny leń. Z tym, ze jego lenistwo spowodowane
                było pewnymi czynnikami obiektywnymi. W pierwszych klasach dostawał same złe
                stopnie z powodu dysortografii. Jego nauczycielka wiedziała, ze ma
                zaświadczenie, a mimo to obniżała wszystkie stopnie - odechciało mu się uczyć i
                tak zostało.
                Zastanów się, czy w przypadku Twojego też nie ma jakiś obiektywnych przyczyn?
                Bo mnie psychologowie mówili, że zazwyczaj mozna znaleźć coś takiego.
                O egzamin gimnazjalny kompletnie się nie martw. Niezależnie od wyników rejonowe
                gimnazjum ma obowiązek go przyjąć - a w wypadku dziecka, które się nie uczy i
                tak nie warto szukać jakiegoś super-gimnazjum, bo jeszcze będzie gorzej. Tak że
                ten egzamin, wbrew powszechnie podsycanej panice, dla większości dzieci jest
                kompletnie nieważny.
                A o internacie też myślałam. Ale po pierwsze mnie nie stać, po drugie to chyba
                nie jest dobre rozwiązanie, jeśli problemy są tylko w szkole, a nie w
                zachowaniu.
                I moze jeszcze jedna rada. Przesatań patrzeć na syna jako ucznia, a zacznij -
                jako człowieka. Pomyśl sobie, ze wprawdzie się nie uczy, ale jest miły,
                sympatyczny, grzeczny - czy coś takiego. Ostatecznie wyniki szkolne okazują się
                dla przyszłości człowieka kompletnie nieistotne. Prawdę mówiąć, dla kariery
                zawodowej też (ja sama ledwo skończyłam liceum - w pierwszych trzech klasach co
                roku byłam zagrożona przynajmniej z fizyki i chemii, a reszty przedmiotów
                miałam trójeczki, a teraz jestem profesorem. Prymuska klasy zawaliła studia.)
                Pozdrawiam i zyczę takiego jak u mnie, optymistycznego zakończenia.
                PS. Córka mojej przyjaciółki, najlepsza uczennica szkoły, która przez 12 lat
                była przedmiotem mojej zazdrości jest razem z moim synem na roku, na tej samej
                uczelni. W czasie egzaminy wstępnego dostała o 1/3 punktów mniej, niż mój syn...
                • nerwus4 do verdany 10.11.04, 10:16
                  wiesz, bbbbbbardzo duzo mi powiedziałaś i uświadomiłaś (zwłaszcza jesli chodzi
                  o ten egz do gimnazjum i jak to wogóle jest).
                  Po trosze msz rację piszac, zebym nie patrzyła na niego jak na ucznia a jak na
                  człowieka. Z tym sie zgadzam bo co do jego zachowania do nic bym nie zmieniała,
                  wiesz-dzień dobty, dowidzenia, je z zamknieta buzią, spojony, sprzata, bardzo
                  karny i posłuszny (choc ja nie jestem tyranem, raczej niekonsekwentna i
                  pobłażliwa). tez miałam w klasie geniuszy, którzy (które) siedza w domu z
                  dziecmi albo maja wypożyczalniękaset wideo (mimo super ocen ).
                  3 razy przeczytałam twój post. Zeby dokładnie przyswoic sobie to co napisałas.
                  To miód ma moje skołatane serce.
                  Dalej bede drżała o niego (szkoła) ale może uda sie wyluzowac???jest w trakcie
                  otrzymywania zaświadczenia o obniżonej wymagalności w stawianiu ocen
                  (dyslektyk).
                  dziekuje raz jeszcze
                  • regata7 do nervusa (i verdany ;-) 23.11.04, 11:18
                    do nerwusa4

                    Opis Twojego syna, a jeszcze bardziej syna verdany pasuje i do mnie wink
                    Od początku uczyłam się fatalnie, a raczej - nie uczyłam się wcale (chociaż z
                    przedszkola wysłano mnie do szkoły rok wcześniej, bo ponoć tyle umiałam...)
                    Dlaczego się nie uczyłam? Nie czułam takiej potrzeby (przecież jest tyle innych
                    ciekawych rzeczy wink, byłam leniwa. Jak groziło mi niezdanie, to na miesiąc
                    przed końcem roku "wyciągałam" się z dwój - wystarczyło i dawało "nauczkę" na
                    następne lata: skoro materiał całego roku można opanować w kilka tygodni, to po
                    co męczyć się cały rok? smile
                    Miałam mocne strony - rysunki (więc "wykazywałam się" w szkole robieniem
                    dekoracji, prowadzeniem kronik, wyrabiając sobie w ten sposób, nieświadomie,
                    dobrą opinię np. u dyrektora wink i polski (mimo błędów pisałam niezłe prace,
                    których nauczycielka z litości nie sprawdzała, tylko kazała mi czytać na głos -
                    pisałam te prace jednak tylko wtedy, kiedy temat mi odpowiadał...wink.
                    Myślę, że zaważyła też pierwsza klasa: od razu złe oceny - byłam dyslektykiem,
                    tylko wtedy w Polsce nikt o tym nie słyszał. Przez to miałam świadomość, że i
                    tak wszystko co zrobię będzie źle. I jeszcze porównywano mnie do starszej
                    siostry - skoro ona świetnie się uczyła, to ja też powinnam.

                    Moi rodzice nie mieli na to żadnego wpływu - niezależnie od tego, czy mnie
                    gonili i pilnowali, czy nie. Smutek mamy powodował u mnie wyrzuty sumienia, ale
                    niczego nie zmieniał - to po prostu było silniejsze ode mnie.

                    Trochę poprawiły mi się oceny w siódmej klasie - po zmianie klasy.
                    Dysleksję potwierdzono mi dopiero przed maturą. Maturę zdałam bez problemu ze
                    średnimi ocenami, bo mimo nie uczenia się przez całą szkołę, wiedzę miałam
                    dużą.
                    Egzamin na UW zdałam po dwóch miesiącach przygotowań.
                    Na studiach (dziennikarskich) miałam jedną z najwyższych średnich.

                    Postaraj się podejść do tego trochę luźniej. Jeśli Twój syn jednak zdaje z
                    klasy do klasy i jakoś sobie radzi, to znaczy, że głupi nie jest, i pewną
                    wiedzę ma.
                    Jeśli ma jakieś zainteresowania, to niech je rozwija - bo to właśnie w
                    przyszłości może zaprocentować.
                    • irminka2 Re: do nervusa (i verdany ;-) 26.11.04, 14:13
                      Jak dobrze ,że weszłam na ten wątek.Nie jestem sama z problemem.
                      Też przerabiam to na bieżąco z moim 18 latkiem , stopnie poniżej krytyki, 60 %
                      nieobecności, unikanie klasówek, wyciąganie stopni na ostatnią chwilę.
                      Wczoraj znów byłam wzywana do szkoły.Rozmowy z wychowawcą i pedagogiem szkolnym.
                      Zwłaszcza post Verdany pozwolił mi uwierzyć ,że z mojego dziecka będą ludzie.
                      Bo narazie przepłakane noce,ciśnienie 170/110 i tabletki uspakajające w torebce.
                      Z córka nie było problemu.
                      6-latek przytula się narazie i mówi ja będę się uczył.Zobaczymy czy mu nie
                      przejdzie.
                      Irmina
                      • dafnezielona Irmina, osmio- czy osiemnastolatek? 26.11.04, 15:11
                        • irminka2 Re: Irmina, osmio- czy osiemnastolatek? 26.11.04, 17:23
                          Nie przejęzyczyłam się smile 18 - trzecia klasa technikum.
                          Posiadam "na stanie" 19 letnią studentkę, w/w ucznia i 6 letniego zerówkowicza.

                          Irmina
                • linka9 Re: nie chce sie uczyc!!!ZERO 10.11.04, 11:21
                  A ja tak sobie myślę, jak to łatwo jest przyczepić dziecku etykietkę "leń". Tak
                  na dobrą sprawę nigdy nie wiemy, co dzieje się w nim w środku, w sferze
                  psychiki. Ileż to osób dorosłych żali się, że nie potrafi zmobilizować się i
                  wziąć do roboty, że ileś rzeczy leży odłogiem, które powinny być zrobione "na
                  wczoraj" i zadaje pytanie czy to lenistwo, czy coś więcej?
                  Cieszę się Verdana, że wszystko z Twoim synem się ułożyło i pewnie też tak
                  będzie w przypadku nervus4 ! Obserwując rodziców widzę, że jednak niewielu z
                  nich potrafi podejść do wyników szkolnych z pewną rezerwą i spokojem.
    • beeaataa25 Re: nie chce sie uczyc!!!ZERO 10.11.04, 14:13
      Cześć
      Doskonale Cię rozumiem,bo sama przeżywam ten dramat.Mój Kuba jest w czwartej
      klasie,podobnie jak Twój syn jest dzieckiem grzecznym,kulturalnym,miłym i to
      nie jest tylko moje zdanie-tak go postrzega otoczenie.Jedynym problemem jest
      nauka.Moje dziecko też ma obniżony próg wymagań,opinia psychologiczna
      stwierdza,że rozwój poszczególnych zdolności umysłowych przebiega
      nieharmonijnie.Nie robiliśmy jeszcze testów na dysleksję,ale obawiam sie,że one
      się potwierdzą.To tyle na usprawiedliwienie mojego dziecka.
      Ja ze swojej strony cały czas wpajam mu,że musi pracować więcej niż inne
      dzieci,ale on podchodzi do tego w sposób obojętny.Niby mówi,że mu
      zależy,przeżywa kartkówki,sprawdziany,ale nie potrafi sam się zmobilizować do
      nauki.Wiele rzeczy robi na przymus,jest zniecierpliwiony,chociaż wiem,że nie
      poszedłby do szkoły z nieodrobionymi.Ma problem z koncentracją,lekcje odrabiamy
      zawsze razem,są momenty,że skupia się i idzie to dosyć dobrze,jednak gdy ten
      czas minie lub pojawi się coś z czym zupełnie nie daje sobie rady następuje
      zupełna klapa.On robi się zły ja tym samym też kończy się nerwami wspólnym
      płaczem,ja często mówie rzeczy,których pózniej żałuję i za które jest mi
      wstyd,ale nie potrafię zapanować nad swoimi nerwami.Ja wiem,że to nie jest tak
      do końca jego wina,jest mi go tak strasznie szkoda,że pisząc to mam łzy w
      oczach.Tak samo jak ty przeżywam każdy sprawdzian,każdą kartkówkę,czasami czuje
      się tak jakbym też chodziła do szkoły,wszystkiego uczymy sie razem,ja nawet
      czytam mu lektury,bo sam niedałby rady,ponieważ czyta słabo i bez
      zrozumienia.Na całe moje szczęście nie pracuję,więc całe moje życie pochłania
      dziecko i szkoła.Właściwie nie wiem poco ja Ci to wszystko pisze chyba też żeby
      podzielić się tym żalem,bo taki ktoś jak ty mnie zrozumie.Ale jeśli chodzi o
      rady to ja też nie mogę sobie czasami sama ze sobą poradzić.A już najgorsza
      bezradność przychodzi wieczorem.Wiesz co ja już też straszyłam szkołą z
      internatem,tym,że zostanie na drugi rok w tej samej klasie,ale przecież to
      nonsens.Nie oddałabym go za żadne skarby nigdzie,wykończyłabym psychicznie
      siebie i jego.Wystarczyło już to,że zdecydowałam sie na szkołę terapeutyczną,w
      której wytrzymał trzy dni.Mogłabym tak pisać w nieskończoność,taką mam potrzebe
      się wygadac nie mniej mi tego za złe.Trzymaj sie,pociesz sie faktem,że nie
      jestes sama,a gdybys chciała pogadać to mój numer gg 3387535
      Pozdrawiam cię.Beata
      • linka9 propozycja? 10.11.04, 16:45
        Trudno dawać jednoznaczne rady w takich sprawach, bo każdy przypadek należy
        traktować indywidualnie, ale mimo to przedstawię następujacą propozycję.
        Wybierzcie 2 dziedziny, dyscypliny, przedmioty dla dziecka : jedna, z którą
        radzi sobie najgorzej, koniecznie szkolna; druga - z którą radzi sobie
        najlepiej. I skupcie się tylko i wyłącznie na pracy (pomocy) nad nimi,
        zupełnie, ale to zupełnie odpuszczając sobie resztę, przynajmniej przez całe
        jedno półrocze (żadnych komentarzy, gróźb, przypominania, itp , niech wszystko
        toczy się własnym torem). Ale przy wybranych dziedzinach musicie być
        konsekwentne i tak podejść dziecko(nagroda, kara, zachęta, podstęp, współpraca
        z nauczycielem, itp, itd), aby chciało pracować i przede wszystkim widziało
        pozytywne tego efekty.
        • verdana Re: propozycja? 10.11.04, 17:18
          Widać, ze nie miałaś dziecka, które naprawdę się nie uczy. Przede wszystkim
          mama nie jest i nie powinna byc nauczycielką. Po drugie - nie ma możliwości,
          aby skłonić dziecko, które rzeczywiscie nie chce sie uczyć - by się czegoś
          nauczyło. Szczególnie w domu. Bo rzadko matka zachowuje świętą cierpliwość.
          Dziecko - naprawdę nie uczące się dziecko- nie da się skłonić do nauki ani
          nagrodą ani karą. Mój syn zapytany o cokolwiek co dotyczyło szkoły odpowiadał -
          mówił bezsensowną, pierwszą rzecz jaka mu przyszła do głowy. Z nerwów.
          Mamy, które dbają o dzieci, zajmują się nimi i interesują się ich życiem , nie
          są odpowiedzialne za to, ze ich dzieci się źle uczą. Mamy są po prostu chore z
          bezradności. Czyni się je odpowiedzialnymi, przynajmniej w części za wyniki
          szkolne dzieci. Co słysza na wywiadówkach? Powinna Pani z nim popracować! Nic
          bardziej mylnego. Popracować można, gdy dziecko ma kłopot z jedną dziedziną.
          Gdy ma kłopoty ze wszystkim skończy się na zamienieniu przytulnego, przyjaznego
          domu w kolejne miejsce klęski szkolnej i dla matki i dla dziecka.
          • linka9 Re: propozycja? 10.11.04, 19:40
            verdana napisała:

            > Przede wszystkim
            > mama nie jest i nie powinna byc nauczycielką.

            Nie napisałam, że powinna być.

            >Po drugie - nie ma możliwości,
            > aby skłonić dziecko, które rzeczywiscie nie chce sie uczyć - by się czegoś
            > nauczyło.

            Żadna metoda nie skutkuje na każde dziecko. To jest jedynie propozycja, którą
            można wdrożyć również w wypadku wielu trudnych dzieci, wymaga jednak wysiłku i
            odpowiedniego podejścia.

            > Dziecko - naprawdę nie uczące się dziecko- nie da się skłonić do nauki ani
            > nagrodą ani karą. Mój syn zapytany o cokolwiek co dotyczyło szkoły
            odpowiadał -
            >
            > mówił bezsensowną, pierwszą rzecz jaka mu przyszła do głowy.

            Bardzo dobrze napisałaś :dotyczyło szkoły.

            > Mamy, które dbają o dzieci, zajmują się nimi i interesują się ich życiem ,
            nie
            > są odpowiedzialne za to, ze ich dzieci się źle uczą. Mamy są po prostu chore
            z
            > bezradności. Czyni się je odpowiedzialnymi, przynajmniej w części za wyniki
            > szkolne dzieci.

            Naprawdę całkowicie popieram Twe odczucia, nie ma się co rozwodzić.

            >Popracować można, gdy dziecko ma kłopot z jedną dziedziną.

            Widać, że nie zrozumiałaś do końca mojej propozycji, albo inaczej - ze względów
            czasowych - to ja ograniczyłam się jedynie do ogólnego schematu, nie potrafiąc
            krótko przekazać sedna.

            > domu w kolejne miejsce klęski szkolnej i dla matki i dla dziecka
            Moją propozycję należy tak dostosować do indywidualnego przypadku, aby w
            wybranej dziedzinie nie było miejsca na klęskę w końcowym efekcie. Nie jest to
            łatwe, ale możliwe, uwierz mi. Gwarancji nikt nie da w konkretnym wypadku, ale
            uważam, że próbować należy róznych metod. Ogólnie mam bardzo podobne do Ciebie
            podejście, ale nie każda historia w stylu Twego syna kończy się happy endem.
            Wielu uczniów ze szkoły wylatuje, a rodziców nie stać ani na korepetycje, ani
            na prywatne szkoły.
            • verdana Re: propozycja? 10.11.04, 21:58
              Oczywiście, ze wielu słabych uczniów pozostaje słabymi uczniami. I śą
              niewątpliwie matki, które potrafią ze swoimi dziećmi pracować, zachęcić je
              jakos do nauki. Ale nie wszystkie. Ani ja, ani chyba Nerwus do takich matek nie
              nalezymy. Jest takie stare przysłowie łacińskie "nie wszyscy mozemy wszystko" -
              no wiec w przypadku wielu matek próba "domowych korepetycji" kończy się
              tragedią - awanturami, przekształceniem kazdego dnia w klęskę i piekło. Nie
              przeczytałaś uważnie pierwszego postu Nerwus - ona wyraźnie pisze, ze traci
              część uczucia do dziecka. Można napisać, ze tak nie wolno. Ale taka jest prawda.
              Gdy dziecko powaznie zachoruju, nie będziemy stosować domowych okładów, bo nie
              stać nas na lekarstwa. W takim wypadku niepowodzenia szkolne należy potraktować
              jak chorobę - pieniądze na korepetycje musza być potraktowane jak pieniądze na
              leczenie.
              I nie pisz, ze kazdą metodę da się wrożyć "w przypadku trudnych dzieci, ale
              wymaga wysiłku". My wkładałysmy, bądź wkładamy ogromny wysiłek w nasze dzieci.
              Wedrujemy po lekarzach i psychologach. Stosujemy sie do wielu sprzecznych rad.
              Prosimy i wrzeszczymy. I nie chcemy, by brak efektów było oskarzeniem wobec
              nas, że nie włożyłysmy "dostatecznego wysiłku". Bo znowu przerzucasz
              odpowiedzialność na matkę, której jednak winą jest to, że dziecko się nie uczy,
              albo się uczy i nie ma wyników.
              To, że dziecko sobie nie radzi, bo ma dysleksję, dysortografię, czy co innego
              nie jest winą matki. I nie da się tego "przeskoczyć" najwiekszym wysiłkiem.
              Mozna natomiast bardzo skutecznie zrujnowac życie dziecku.
              Ja np. doprowadziłam swoje dziecko do ciężkiej nerwicy serca.
              • linka9 do Verdany 10.11.04, 23:38
                Chyba zaczynają wkraczać emocje i moje intencje, sugestie są odbierane zupełnie
                w inny sposób niż pierwotnie przeze mnie zakładany.

                verdana napisała:

                > I śą
                > niewątpliwie matki, które potrafią ze swoimi dziećmi pracować, zachęcić je
                > jakos do nauki. Ale nie wszystkie. Ani ja, ani chyba Nerwus do takich matek
                nie
                >
                > nalezymy. Jest takie stare przysłowie łacińskie "nie wszyscy mozemy
                wszystko" -

                Zachęcenie do czegokolwiek trudnego dziecka , które twardo mówi "nie" jest nie
                lada wyczynem, nauka jest tylko jednym z przykładów. Przecież w tym wątku
                matki mówią, że pracują (pracowały) z dziećmi, odrabiają lekcje , a ja tylko
                proponuję OGRANICZENIA w tym zakresie (przeczytaj dokładnie mój post) oraz
                DOWARTOŚCIOWANIE dziecka, a także zwrócenie szczególnej uwagi, na umiejęności,
                które dziecko musi posiąść w pierwszych latach nauki.

                > no wiec w przypadku wielu matek próba "domowych korepetycji" kończy się
                > tragedią - awanturami, przekształceniem kazdego dnia w klęskę i piekło. Nie
                > przeczytałaś uważnie pierwszego postu Nerwus - ona wyraźnie pisze, ze traci
                > część uczucia do dziecka.

                Co innego codzienne korepetycje ze wszystkiego, a co innego pomoc, o której
                wspominam. Piszę tu cały czas w odniesieniu do dziecka ze szkoły podstawowej.
                Oczywiście, że najlepiej, aby zrobił to ktoś obcy, z odpowiednim podejściem i
                nastawieniem (to nie ma być praca za dziecko, aby dostało tylko wysoki
                stopień!). Czy na to stać poszczególne rodziny, czy wolą (chcą) to robić matki -
                nie mnie decydować.

                .
                > Gdy dziecko powaznie zachoruju, nie będziemy stosować domowych okładów, bo
                nie
                >
                > stać nas na lekarstwa. W takim wypadku niepowodzenia szkolne należy
                potraktować
                >
                > jak chorobę - pieniądze na korepetycje musza być potraktowane jak pieniądze
                na
                > leczenie.

                Nie wchodźmy w sferę finansów, nie każdego stać na prywatne leczenie.

                > I nie pisz, ze kazdą metodę da się wrożyć "w przypadku trudnych dzieci, ale
                > wymaga wysiłku".

                Nie, kazdą możemy próbować, ale nie każda przyniesie efekt w konkretnym
                przypadku. Skoro ktoś pisze, że NIC nie skutkuje, proponuję coś, co MA SZANSĘ
                powodzenia. Może ktoś inny podsunie akurat lepsze rozwiązanie, naprawdę
                szczerze tego życzę.

                >My wkładałysmy, bądź wkładamy ogromny wysiłek w nasze dzieci.
                > Wedrujemy po lekarzach i psychologach. Stosujemy sie do wielu sprzecznych
                rad.
                > Prosimy i wrzeszczymy. I nie chcemy, by brak efektów było oskarzeniem wobec
                > nas, że nie włożyłysmy "dostatecznego wysiłku". Bo znowu przerzucasz
                > odpowiedzialność na matkę, której jednak winą jest to, że dziecko się nie
                uczy,

                Ja nawet nie mama Ci za złe, że probujesz mi włożyć w usta coś czemu jestem
                przeciwna. Rozumiem Twoje rozgoryczenie, bo takie są ogólne tendencje, jak
                piszesz. NIGDY nie ośmielę się dołować dodatkowo matek, że ponoszą winę za
                niepowodzenia dzieci. One po prostu "dostały w prezencie trudny do obróbki
                materiał" i należy im się wsparcie. Dobrze natomiast wiesz, że same często
                nieświadomie, działając w dobrej wierze pogłębiają problem (np poprzez ciągłe
                straszenie, ględzenie,przeżywanie niepowodzeń, siedzenie z dzieckiem na okrągło
                przy lekcjach, życie szkołą, która staje się najwazniejszym tematem na co
                dzień, stawianie zbyt wysokich wymagań, czy na odwrót machanie na wszystko ręką
                itp)

                >
                > albo się uczy i nie ma wyników.
                > To, że dziecko sobie nie radzi, bo ma dysleksję, dysortografię, czy co innego
                > nie jest winą matki. I nie da się tego "przeskoczyć" najwiekszym wysiłkiem.
                > Mozna natomiast bardzo skutecznie zrujnowac życie dziecku.
                > Ja np. doprowadziłam swoje dziecko do ciężkiej nerwicy serca.

                I dlatego Twoje posty mają taką wartość, kiedy piszesz, aby machnąć na wszystko
                ręką. Zresztą już wspominałam, że psychika jest najważniejsza, bo łatwo ją
                zniszczyć niemal na całe życie. W większości podpisuję się pod tym, co piszesz,
                niemniej uważam, że nie wolno popadać w drugą skrajność i zostawiać dziecka
                samego sobie. I powiem więcej, znacznie łatwiej jest powiedzieć : ma dysleksje,
                dostanie świstek i będzie spokój, niż jednak próbować, stosownymi ćwiczeniami
                chociaż w jakimś stopniu ten problem przezwyciężyć.

                Proszę, przeczytaj uważnie, co napisałam, bo naprawdę rozumiem Cię bardziej niż
                przypuszczasz.
                Pozdrawiam serdecznie

                • verdana Re: do Verdany 11.11.04, 10:35
                  Ty mnie też nie zrozumiałas.
                  Jestem za tym, by matki, które mogą pomóc dzieciom - pomagały im. Ja wcale z
                  dzieckiem lekcji nie robiłam - chyba ani razu. Chodzi mi o co innego. Jak by to
                  prosto wyrazić? Aby problemy szkolne - niezależnie czy uczymy się z dzieckiem,
                  czy je nadzorujemy, czy tylko wrzeszczymy i latamy za nim - nie zdominowały nam
                  życia domowego. By nie było tak, ze i my i inni zastanawiali się "co jeszcze
                  rodzice mogliby zrobić, jaka metodę wypróbować". To nie skutkuje - więc co
                  innego. Co innego też nie - więc może spróbować jeszcze inaczej?
                  Oczywiście, ze takie działanie ma sens, ale do pewnego momentu. I ja i
                  najwyraźniej Nerwus - co wynika jednoznacznie z jej postu - ten moment
                  przekroczyłyśmy. Nadchodzi chwila, gdy cały dom zaczyna się kręcić wokół nauki
                  dziecka, a niektóre matki zaczynają postrzegać swoje dziecko jako "drugiej
                  jakości", "nieudane", a same siebie jako nieudolne wychowawczo. I to
                  niezaleznie od tego, ze w innych dziedzinach życia, poza nauką , dziecko
                  funkcjonuje doskonale. Zwróć uwagę, jak dosyć musi mieć takiej sytuacji matka,
                  która rozważa pozbycie się z domu 11-latka. Oznacza to, że sytuacja domowa jest
                  już skrajnie zaburzona. I u niej i u mnie - zeby to nie wyglądało na
                  oskarżenie.
                  Wtedy należy jak najszybciej odpuscić sobie i dziecku - przestać się zajmować
                  jego nauką, nawet kosztem roku szkolnego. Na czym bowiem powinno nam zależec?
                  Na osiagnięciach szkolnych czy na wychowaniu w pełni zrównowazonego,
                  sympatycznego i dostosowanego do życia człowieka?
                  Wobec tego, ze większość z nas nie jest psychicznie w stanie "olać" nauki
                  dziecka w zupełności, proponuję całkowite "wypchnięcie" jej z domu - posyłanie
                  dziecka na reedukację (jest także darmowa) czy na płatne korepetycje.
                  Oczywiście, nie każdego stać na prywatne leczenie, ale na lekarstwa dla
                  poważnie chorego jednak kupujemy. Potraktowałabym to jako chorobę.
                  Nasze uczucia nie zmienią się, czy będziemy miały codzienne lekcje ze
                  wszystkiego - jak już mówiłam NIGDY nie odrabiałam lekcji z dzieckiem - czy
                  tylko sporadyczne sprawdzimy zeszyty czy przepytamy z kolejnej nienauczonej
                  lekcji. Zresztą w naszej obecnosci dzieci są zazwyczaj tak spięte, ze nie
                  nadajemy się na korepetytorki. Nasze poczucie klęski pozostaje takie samo,
                  niezależnie czy poświęcamy lekcjm 4 godziny dziennie, czy dwie godziny dwa razy
                  w tygodniu. Jedyne wyjście dla totalnie zdołowanych, chorych na bezradność
                  matek, to "wypchnąć" problem z domu i zwalić na kogoś innego. I tyle.
                  • linka9 Re: do Verdany 11.11.04, 11:53
                    verdana napisała:

                    > prosto wyrazić? Aby problemy szkolne - niezależnie czy uczymy się z
                    dzieckiem,
                    > czy je nadzorujemy, czy tylko wrzeszczymy i latamy za nim - nie zdominowały
                    nam
                    >
                    > życia domowego.

                    No widzisz? Czyli jesteśmy za tym samym.

                    > Oczywiście, ze takie działanie ma sens, ale do pewnego momentu. I ja i
                    > najwyraźniej Nerwus - co wynika jednoznacznie z jej postu - ten moment
                    > przekroczyłyśmy.

                    Zgadza się, dlatego na pewno zaproponowana metoda nie odniesie skutku w
                    gimnazjum. Ale jeśli - świadomi pewnych kłopotów - zaczniemy już od 1, 2 klasy,
                    zanim znerwicujemy siebie i dziecko, jest spora szansa przynajmniej na
                    złagodzenie problemu. Przecież nikt rozsądny nie powie, że chodzi o znalezienie
                    czarodziejskiej róźdżki.

                    > Nadchodzi chwila, gdy cały dom zaczyna się kręcić wokół nauki
                    > dziecka, a niektóre matki zaczynają postrzegać swoje dziecko jako "drugiej
                    > jakości", "nieudane", a same siebie jako nieudolne wychowawczo.

                    I to jest niedopuszczalne! Ale wiem, jesteśmy wszyscy tylko ludźmi i trudno od
                    siebie wymagać cudów.

                    > Zwróć uwagę, jak dosyć musi mieć takiej sytuacji matka,
                    > która rozważa pozbycie się z domu 11-latka. Oznacza to, że sytuacja domowa
                    jest
                    >
                    > już skrajnie zaburzona.

                    Może kiedyś na priva rozwinę z Tobą ten temat. Na razie napomknę, że nawet w
                    wielu klasycznych poradnikach usprawiedliwia się matkę, która czasami ma
                    ochotę ... wyrzucić dziecko przez okno.


                    > Wtedy należy jak najszybciej odpuscić sobie i dziecku - przestać się zajmować
                    > jego nauką, nawet kosztem roku szkolnego. Na czym bowiem powinno nam zależec?

                    Popieram. Ale mówimy tu o sytuacji, która zaszała za daleko i świadomie w
                    pewnym momencie decydujemy się na wybór mniejszego zła.

                    > Na osiagnięciach szkolnych czy na wychowaniu w pełni zrównowazonego,
                    > sympatycznego i dostosowanego do życia człowieka?

                    Oczywiście, że na tym drugim. Niemniej, mimo wszystko pozostanie żal, jeżeli
                    zbyt wcześnie poddalismy się i zrezygnowali z podstaw, bo to też będzie
                    ciągnęło się za dzieckiem.

                    Pocieszające w tym wszystkim, że przynajmniej już Ty masz problem z głowy.
                    • verdana Re: do Verdany 11.11.04, 16:03
                      Wiem na czym polega problem.
                      Jesli chodzi o problem ogónly - masz oczywiscie rację. Nie ulega wątpliwości,
                      że problemy z nauką trzeba wyłapywać i zapobiegać im jak najwcześniej - w
                      zerówce, w pierwszej, drugiej klasie. I to niewątpliwie jest rola domu - mamy,
                      taty, starszego rodzeństwa.
                      Ale tu nie rozmawiamy o problemie ogólnym, tylko szczególnym przypadku, gdy
                      problemy z nauką utrzymują się MIMO działań Nerwus i obie strony wpadły w
                      swoiste "błędne koło". Tu juz jest za późno na dalszą pomoc matki.
                      I chyba nie widzisz różnicy pomiedzy błahą, przelotną złoscią na dziecko, a
                      widzeniem go jako stałego, nierozwiązywalnego problemu . Ja oczywiście
                      wielokrotnie miałam ochotę udusić któreś z moich dzieci , zlać je pasem,
                      podrzucić dziadkom i zapomnieć odebrać. Ale to zupełnie inne uczucie, niż
                      nasza chęć oddania dziecka w "obce ręce" . Te pierwsze uczucia przemijają, są
                      spowodowane złością i są absolutnie, stuprocentowo normalne. To drugie jest
                      znacznie bardziej na serio, i jest spowodowane totalna bezradnością, chęcią
                      zrzucenia z siebie odpowiedzialności za dziecko. Zaręczam Ci, ze różnica
                      (parafrazując towarzysza Gomułkę) jest jak pomiędzy katarem a zapaleniem płuc.
                      Bo my naprawdę mamy dosyć i to uczucie nie mija po godzinie czy dniu, tylko
                      ciągnie się miesiącami i dlatego jest destrukcyjne.
                      I ja nie mówię, żeby się poddać. Gdybyśmy były skłonne do poddania się, nie
                      byłoby problemu! Naszym problemem jest własnie to, ze nie umiałyśmy się w porę
                      poddać, zrozumieć, ze pewnych rzeczy dziecko "nie przeskoczy", a pewnych
                      my "nie przeskoczymy". O ile rozumiem Nerwus także walczy do końca - i w tej
                      walce padają ranni. Nie proponuję - zostawmy dziecko samemu sobie, najwyżej
                      skończy na podstawówce. Proponuję - nawet kosztem wyrzeczeń postarajmy się, aby
                      problemem nauki zajął się specjalista.
                      • linka9 Re: do Verdany 11.11.04, 18:51
                        verdana napisała:

                        > skończy na podstawówce. Proponuję - nawet kosztem wyrzeczeń postarajmy się,
                        aby
                        >
                        > problemem nauki zajął się specjalista.

                        Nie mam nic przeciwko temu. I też uważam, że nie każdy musi kończyć studia.
                        Problem jednak w tym, że bardzo często - jak pokazuje życie - matki zostają
                        same z kłopotem i często najbardziej w tym wszystkim brak im wsparcia
                        psychicznego oraz zrozumienia innych rodziców, a niejeden specjalista im
                        jeszcze dołoży swoje.
    • judytak Re: nie chce sie uczyc!!!ZERO 15.11.04, 10:58
      pewien psycholog dziecięcy, którego lubię czytać, podaje ze swojej praktyki
      przykłady dzieci, które mimo niedojrzałości były wysłane do szkoły w
      odpowiednim do wieku czasie

      niedojrzałość ta wcale nie znikała z czasem, tylko powodowała nawarstwiające
      się problemy, co raz cięższe

      i pisze, że pozostawienie tych dzieci w tej samej klasie na następny rok często
      samoczynnie, bez żadnych dodatkowych wysiłków rozwiązało sprawę
      nawet w piątej, szóstej klasie
      może to ten przypadek?

      mój syn właśnie powtarza zerówkę :o)
      bardzo mu z tym dobrze, widać na pierwszy rzut oka, że jest z tymi dziećmi na
      jednym posiomie, jeśli chodzi o zachowanie, odpowiedizalność, koncentrację i
      umiejętność czytania
      (i jest wyżej jeśli chodzi o więdzę z wybranych dziedzin i o ogólne
      rozumowanie, natomiast niżej jeśli chodzi o sprawność ruchową, pracę rękami,
      rysunek)

      pozdrawiam
      Judyta
      • jota.40 Re: nie chce sie uczyc!!!ZERO 25.11.04, 17:42
        Z drugiej strony - we mnie jest na przykład paniczny strach przed tym
        wstydem... Jak to - ma powtarzać klasę?? Wiem, że to niby nic strasznego, ale
        jednak. Jak byłam w szkole - na drugi rok zostawały najgorsze matoły (ta
        odwieczna chęć poprawienia sobie statystyki, nauczyciele chyba niechętnie
        zostawiają w klasie, starają się za wszelką cenę przepchnąć - i często pewnie
        krzywdzą w ten sposób niektóre dzieci).
        Ja w szkole podstawowej uczyłam się bardzo średnio/kiepsko/średnio/tak sobie.
        Trochę lepiej zrobiło się w liceum (nauczyłam się uczyć...). W podstawówce
        miałam jedną, jedyną pasję - historię. I tego się jakoś uczyłam bez problemu.
        Przechodziłam z klasy do klasy, raczej z trójami i paroma czwórkami. NIGDY
        rodzice nie zmuszali mnie do nauki - nie robili z tego żadnego problemu, za co
        do dziś jestem im wdzięczna. Teraz zwłaszcza to rozumiem, bo mam dwóch synów,
        którzy olewają szkołę równo. Obaj są zdolni i maja świetną pamięć - jadą
        zazwyczaj na tym, co usłyszą na lekcji. Starszy ma 12 lat, szósta klasa. W
        czwartej próbowałam odpuścić, długo rozmawiałam, że musi sam dbać o swoje
        lekcje i inne sprawy szkolne. Na koniec roku był dramat. W piątej - trochę go
        zaczęłam kontrolować. Efekty - bardzo rozmaite. Przepytywanie przed klasówkami
        czasem owocowało szóstką - czasem tróją. Jakoś straciłam ochotę do tej
        kontroli...
        Ja też spać czasem nie mogę, zamartwiam się i ewentualnymi kłopotami w
        gimnazjum, i perspektywą kiepskiego liceum (raczej mnie nie stać na żadne
        prywatne ani społeczne szkoły). Pocieszam się jedynie własnymi wspomnieniami.
        Na studiach bez najmniejszego trudu osiągnęłam jakąś bezwstydnie wysoką lokatę,
        skończyłam je z dyplomem z wyróżnieniem. Nareszcie mogłam się skupić na tym, co
        mnie rzeczywiście interesowało - i to chyba tyle...
        • judytak Re: nie chce sie uczyc!!!ZERO 26.11.04, 10:47
          co do wstydu - zawsze lepiej się wstydzić raz, krótko (przy okazji rozpoczęcia
          tej samej klasy jeszcze raz), niż wstydzić sie całymi latami (bo dziecko się
          nie uczy i nic nie umie)...

          poza tym można coś "pokombinować" (zmienić przy okazji szkołę, załatwić dłuższą
          nieobecność, i dziecko będzie powtarzało klasę jako nieklasyfikowany itp.)

          powyższe odnoszą się do dzieci, u których rzeczywiście u podstaw problemów
          szkolnych leży rozbieżność między wiekiem kalendarzowym a stopniem dojrzałości
          dlatego taka decyzja musi być dobrze przemyślana i przygotowana

          chyba w przypadku twoich dzieci raczej nie o to chodzi...
          (no bo skoro z samego tego, co słyszą na lekcji, "wyżyją"...)
          raczej należałoby ich nauczyć, jak się uczyć...

          pozdrawiam
          Judyta
    • renia68 Re: nie chce sie uczyc!!!ZERO 27.11.04, 09:57
      Drogi"nerwusie 4" jeśli to miałoby Cie pocieszyć chociaż nie sądzę aby tak było
      bo na ogół nie pociesza nas to że inni tez tak mają.Mój syn(piąta klasa
      podatawówki,rak)nie chce się uczyć bo go to nie interesuje,bo to jest głupie,bo
      do niczego mu się to nie przyda itd.Nie chce się uczyć ale jednocześnie gdy
      dostanie złą ocenę płacze i denerwuje się tym jakby nie widział związku między
      tymi dwiema sprawami.U mnie sytuację dodatkowa komplikuję fakt,że jego siostra
      (szósta klasa)przynosi szóstkę za szóstką i to bez żadnego wysiłku.Ja widzę że
      jego to strasznie dołuje,.ze nie moze jej dorównać.Mój mąz strasznie się
      denerwuje widząc jego oceny chociaż tłumaczę,że nie każde dziecko jest takie
      samo i nie każde ma głowę do nauki.Jego to nie przekonuje i jestem ciągle
      między młotem a kowadłem.Czy wszystkie matki tak mają?Czy są takie które się
      nie przejmuja a jeśli tak to jak to robią?Ja jestem kłębkiem nerwów ten stres
      mnie po prostu zżera.Pozdrawiam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka