Dodaj do ulubionych

ciekawe co tam u krysi

27.03.10, 12:17
i z jakich kulinarnych rozpust tam sie dopuszcza. ehhh
Obserwuj wątek
    • fettinia Re: ciekawe co tam u krysi 27.03.10, 16:59
      Krysia sie pasi na egzotycznych przysmakach i smazy na sloncu,ktorego nie ma u
      nasbig_grin Ech..z jednej strony zazdroszcze,ale z drugiej to troche boje takiej
      egzotykismile
      • very.martini Re: ciekawe co tam u krysi 30.03.10, 00:18
        Pozostaje Ci terapia behawioralnatongue_out

        16%VOL
        22%VAT

        --
        takie tam... forum homeopatia
    • krysia2000 Proba lacznosci 30.03.10, 05:36
      Sawat-dii-k'a!

      No to pisze znad plazy w celu nawiazania lacznosci, ale krociutko,
      bo w tej kafejce doja farangow (czyt. biale krowy). Znajde jakas dwa
      razy tansza radiostacje i nadam dluzsza depesze.

      Dolecielismy szczesliwie, choc z kilkoma przeszkodami po drodze, ale
      nic nie do obejscia.

      Co do egzotycznych przysmakow, Emi, to troche musze rozczarowac. W
      dobie absolutnej i doslownej globalizacji oraz masowej turystyki
      egzotyka zarezerwowana jest juz chyba tylko dla eksplorerow
      ekstremalnych i profesorow specjalistow poszukiwaczy rzeczy
      wymarlych. Pat tai serwowane niczym bigos tuz obok hamburgerow,
      hotdogow i omletowatej impresji nt. roti albo krejpsow to nie jest
      nic, czego juz bysmy gdzies kiedys nie jadly. Z tego miedzy innymi
      wzgledu nie ma sie co Fetti bac tej egzotyki. Zasmucic sie jedynie
      na miejscu mozna zuzyciem turystycznym tej niegdys z pewnoscia
      uroczej krainy. Po prostu kolejne Kanary, tylko ze jeszcze drewniane
      i slonce swieci pionowo z gory przez 365dni w roku, nawet kiedy pada
      deszcz.

      No dobra, jedna ezgotyczna kulinarna przygode przezylam i to
      pierwszego wieczora w Bangkoku. Jako ze zadekowalismy sie w malo
      turystycznym zakatku - tuz obok dworca Uonguian Yai, to nocne
      stragany z zarelkiem byly wlasciwie properly miejscowe. Zero menu
      dla farangow, czasem w ogole zero menu, cena tez chyba umowna, skoro
      udalo mi sie kupic trzy lizaczki z grilowanej w kokosowej glazurze
      wieprzowiny za 5 batow pierwszego wieczora, za 10 drugiego, a Mirka
      skasowala ta sama babunia za 20. Obok tego zjadlam przepyszny slow
      roasted pork belly (muu) w rzadkim sosie (keang bodajze na to
      rozrzedzone kari mowia), przypominajacym chinskie kung-po, gdyby nie
      przenikajacy wiekszosc tajskich dan aromat kokosowego mleczka (ktory
      jakze odlegly jest od tego, co nam sie kojarzy ze smakiem kokosa).
      Jesli chodzi o kapsaicynowe uderzenie, to raczej wszedzie podaja
      utluczone chili w sosie (rybnym, ostrygowym, albo oleju kokosowym z
      octem) w musztardoweczkach obok, do podostrzenia wg uznania. W
      porownaniu z bardziej meskimi odmianami indyjskich kari, to tajskie
      smaki to wesole giglotki z przyszczypywaniem brodawek. A jesli
      chodzi o wykastrowane pod farangow wersje serwowane w restauracjach
      (drozsze od street fooda dwu a nawet 4 krotnie), to juz w ogole
      zaden fun. Nie wiem tylko, czy dobrze robie zjadajac wszystko z
      misek, lacznie z ogonkami wenezuelskich krewetek, drewniana trawa
      cytrynowa, bambusem, galangalem i cala reszta. Ale na razie zemsta
      Montezumy mnie nie trapi, mimo stolowania sie w towarzystwie
      karaluszkow, szczurow i polpanskich psow wielkosci spasionych swin
      (to w ten pierwszy wieczor na bangkokskiej Pradze).

      Sam Bangkok dosc duza populacje sciemniaczy ma i dojarzy bialych
      krow. Jeden Hindus spotkany przez nas na lotnisku dosadnie sie
      raczyl wyrazic w trakcie milej konwersacji, ze 90% mieszkancow
      Bangkoku to cziters. Przekonalismy sie o tym na wlasnej skorze, juz
      pierwszego dnia. Podziele sie wiec kilkoma radami z tymi z Was,
      ktore sie planuja kiedys tam wybrac, a jeszcze nie byly ani tam, ani
      w podobnych miejscach z rozwinieta nieoficjalna kultura golenia
      frajerow.

      Taksowki: zawsze upewnij sie, ze kierowca zrozumial, gdzie ma jechac
      i zawsze pros o cennik z taksometru. Miej przy sobie mape i obserwuj
      droge w trakcie jazdy. Inaczej czeka Cie rejs krazownikiem po
      wszystkich uliczkach i przeplacenie o 100 do 200 procent tego co
      powinnas. Typowe numery: kierowca udaje ze nie rozumie gdzie ma
      jechac, kierowca udaje ze nie zna topografi miasta, kierowca udaje
      ze niedowidzi i z trudem przez wielka lupe doczytuje sie adresu,
      nawet jesli napisany jest tajskim skryptem. Wszystko oczywiscie w
      milej atosferze tysiaca usmiechow.

      Tuk-tuki: lepiej nie korzystac, chyba ze chce sie kupic trzy koszule
      szyte na miare u zaprzyjaznionego hinduskiego krawca (i 20
      nielegalnych chinskich szwaczek na zapleczu), zwiedzic chinska
      szlifiernie kamieni szlachetnych (na ile sa szlachetne to juz mi nie
      oceniac, bo wyksztalcenia geologicznego ani jubilerskiego nie mam),
      zatankowac u szwagra, zajrzec tu i tam, moze masazyk, moze
      towarzystwo lejdibojow... To wszystko po drodze oczywiscie do
      Krolewskiego Palacu.

      Uliczni nagabywacze: idziecie sobie ulica i rozmawiacie i nagle ni
      stad ni zowoad odwraca sie do was miescowa osoba i plynna
      angielszczyzna zagaduje oferujac pomoc w dotarciu do jakiegos
      miejsca. Za chwile typowo zapyta jak dlugo juz tu jestescie.
      Wyceniaja w ten sposob, czy jestescie swiezy towar, czy moze juz
      przeszkolony kilkoma przygodami farang, wiec lepiej powiedziec ze
      jest sie juz tu enty raz i dwunasty dzien. Zapytaja tez, gdzie sie
      wybieracie po Bangkoku i co byscie nie powiedzieli, okaze sie, ze on
      stamtad pochodzi i doradzic moze, jak najtaniej tam dojechac. (trafu
      trzeba w 65 milionowym panstwie i 10 milionowej stolicy) Najczesciej
      zaprowadzi was do biura podrozy, mieszczacego sie dwa kroki stad i
      dostanie za was prowizje. Jesli macie zorganizowane wszystko
      zawczasu, nie ma sensu prowadzic z nim dluzszej konwersacji, mimo iz
      przedstwi sie jako doktor nauk politycznych, lekarz, prawnik, czy
      obyty w swiecie biznesmen i ogolnie bedzie mily. Rownie usmiechnieci
      po prostu wywincie sie z rozmowy.

      Zeby nie bylo, ze tacy madrzy jestesmy, to przyznam sie, ze Zenek 3
      koszule ma. Sliczne i pasuja jak ulal, choc sylwetka jego
      uszczuplila sie o 3000 baciorow w portfelu. Jest to tylko ok. 300
      zl, co w porownaniu wloskimi koszulami czy lepszymi wolczankami po
      400-500 zl za sztuke nie jest zlym dilem. Jakosciowo nie jest to
      ekstraklasa, ale tez absolutnie zadna tandeta. Dowoza poza tym do
      hotelu i gotowe maja w 8-12h. Garnitury takze, po ok 4000 batow za
      spodnie, marynarke i krawat. W dobie niedoborow krawcow meskich w
      Europie to calkiem fajna rzecz sobie wyrychtowac gajer spod igly, a
      nie przetrzepyywac rozmiarowke i isc na kompromis typu "rekaw ok,
      ale bary za waskie".

      Krajobrazy w Krabi rajskie, jesli zignorowac nagarniany przez fale
      na brzeg plastik, wszechobecne blade twarze (w tym i moja), oraz
      poranny halas traktorow i lodek z kopcacymi dizlowskimi silnikami.
      Ale to jest juz fakt przyrody, a nie prognoza, ze jestesmy jedna
      wielka globalna wiocha. Cieszyc sie wiec, jakby jadeitowo to nie
      zabrzmialo.

      Konczac i wracajac w kulinarne klimaty: jutro sie z siora wybieramy
      na lekcje tajskiego pichcenia. Zamierzam sprobowac swoich sil z
      pieczonym kaczym cycem w czerwonym kaeng, smazona ryba w posypce z
      nerkowcow, "zupki" z owocow morza z kokosowym mleczkiem. Nazwy podam
      pozniej, jak tylko opanuje jezyk ponad "sauat-dii-k'a" (dzien dobry
      [ja, pani]), "k'om-kun-k'a" (dziekuje [ja, pani]), "k'ao"
      (ryz), "kai" (kurczak), "kung" (szrympy), "plaa" (ryba), "muu"
      (wieprzowina).
      • jacek1f dobre! 3maj sie! n/t 30.03.10, 09:44
        • fettinia Re: dobre! 3maj sie! n/t 30.03.10, 10:01
          nooo-swietna relacjasmileczekam na jeszcze jak bedziesz miec wolna chwilesmile
        • diegosia chyba sobie zapisze :) 30.03.10, 10:01
          Numer z taksowkami byl mi znany - z wlasnego doswiadczenia w Shanghaju
          i kumpeli opowiadan z Wietnamu (jej byly lepsze smile )
          No i ciekawam opowiadan ze szkoly gotowania!
          • amused.to.death Re: chyba sobie zapisze :) 07.04.10, 18:07
            no jeśli chodzi o taksówki to w sumie nie trzeba wyjeżdżać z Polski czy innego
            kraju, żeby tak oszukalibig_grinDD

            a co do tuk-tuków - to ja lubię - bawi mnie strasznie pędzenie przez zatłoczone
            ulicesmile - nie wszyscy zawożą do sklepówsmile
      • emigrantka34 Re: Proba lacznosci 30.03.10, 10:17
        hehehe wiedzialam, ze nie wytrzyma i sie odezwie. nie wiem czy to juz
        pisalam, ale moja psiapsiola z dziecinstwa, co to byla w Tajlandzie
        na wakacjach na poczatku lutego, wrocila rozczarowana Bangkokoiem pod
        wzgledem kulinarnym - ze podobno street food jest w ogole nieostry
        jest, ze wszystko pod turystow i w ogole do d...y...ale byla tam
        tylko dwa dni, wiec moze chodzila nie tymi sciezkami, co trezba, hihi
        • jan.kran Re: Proba lacznosci 30.03.10, 10:24
          Fajna relacja , mam nadzieję że c.d.n.smile
        • pani.serwusowa Re: Proba lacznosci 30.03.10, 10:25
          Tez pomyslalam wczoraj o tym, ze pewnie Krysia napisze cos z wojazy, zanim na
          dobre wroci. wink No, ale takiej relacji sie nie spodziewalam. big_grin
      • bene_gesserit Re: Proba lacznosci 30.03.10, 13:45
        krysia2000 napisała:

        > Sawat-dii-k'a!
        >
        > No to pisze znad plazy w celu nawiazania lacznosci, ale
        krociutko,

        To bylo krociutko smile
        • krysia2000 Re: Proba lacznosci 30.03.10, 17:03
          Niie smiac sie prosze, taka juz wylewna jestem. Ale tylko w
          wirtualu, bo realnie to buzia w ciup, jak prowincjonalna damulka.

          Wlasnie wrocilismy z kolacji u pseudohindusa (pamietajcie, jesli
          lokal nie ma 100 procent obsadzenia personelem czystej krwi
          hinduskiej, pundzabskiej, bangladeskiej, tudziez pakistanskiej, to
          zapomnijcie o tym, ze to co wyladuje na stole bedzie prawidlowym
          indyjskim jedzeniem - niby tajska kultura niedaleko od indyjskiej
          lezy, ale curry i tajskie kaeng to sa troszku inne bajki), upojeni
          chnagiem po drodze zjedlismy rotii z nerkowcami (rotee to takie
          roti, tylko mocno jajeczne, na jakiego typu mace to nie3 wiem, ale
          nie omieszkam spytac).

          Co zas sie tyczy sceny popularnego zarcia w Bangkoku to oprocz tego,
          ze street food sie ugrzecznil pod farangow, to jeszcze centra
          handlowe z mall food courtami porobily swoje. Na topie sa
          pierogarnie "chinskie", sushiarnie, pizzerie, grill housy, itp. fast
          foody. Cenowo jednakze sa duzo drozsze od street fooda, z wyjatkiem
          tego serwowanego w obleganych przez farangow miejscach typu
          Chinatown, czy grzeszny Patpong.

          Na tym koncze, bo juz 22.00 gdzina dochodzi i czas smutki potopic w
          barze, w towarzystwie tlustych Australijek.
    • krysia2000 Juz po lekcjach 03.04.10, 05:08
      Ej, ebrywady!

      Sorki, ze tak posrodku nocy w przedswiateczna atmosfere sie Wam
      wtryniam, ale wybaczycie chyba. Uprzedzajac pytania, czemu sie nie
      relaksuje na plazy, a siedze w necie odpowiem krotko: plaza jest
      nuuuudna. Ilez mozna siedziec w sloncu i udawac ze to zdrowe
      przysmazyc sobie skore na wsciekla czerwien? Albo plywac od boi do
      boi, uwazajac przy tym, aby Tajow - w zdecydowanej wiekszosci nie
      plywajacych, tylko stojacych w wodzie po pas w pelni ubranych i w
      pomaranczowych kapokach - nie potracic i nie daj Buddo utopic. Ile
      mozna w milczeniu przesuwac wzrokiem po przymglonym horozyncie,
      przygladac sie zacumowanej dla turystow dzonce na tle wapiennych
      wzniesien i udawac, ze sie nie zezuje na toplessowe torsy Szwedek i
      nie zazdrosci i nie komentuje po cichu? Ile mozna rozpamietywac w
      pelnym sloncu wlasna skrywana samotnosc i przyczajona bezdomnosc?
      Wiec siedze tu, szczera, niezawoalowana netowa nerdka. I pisze...

      Poszlysmy wczoraj z siostra na kurs tajskiej kuchni. Stosunkowo
      niedrogi (1200batow za pokaz 5 dan, ktore sie potem zjada), wiec nie
      powinnam sie spodziewac czegos niesamowitego, ale w naiwnosci swojej
      myslalam, ze chociaz paste samodzielnie w mozdziezu bedziemy tluc.
      Albo prosty dip objasniony bedzie. Nic z tego. Czerwona pasta curry
      sklada sie z czerwonej pasty curry wyciaganej lyzeczka z puszki.
      Wrzuca sie na rozgrzany wok i tyle. Baza gotowa. Podobnie z innymi
      pastami i wiekszoscia kondymentow, przypraw i dosmaczaczy: gotowe
      przemyslowe, suto doprawione MSG. Pani prowadzaca nie byla w stanie
      uchylic rabka tajemnicy odnosnie past. Ryz tez zreszta juz gotowy
      byl. Nic to, wujek Google, ciocia Wiki i dziadek Tivi mi powiedza co
      i jak, przy okazji snujac barwne opowiesci o dalekich kolorowych
      krainach, na ktore nie wjechal jeszcze poranny traktor z dostawa
      paszy do obor dojnych krow. Istny przeklety paradoks turystyki i
      podrozy w ogole - dokadkolwiek by nie uciec przed soba, zawsze na
      miejscu odnajdziesz siebie. W towarzystwie podobnie naiwnych
      uciekinierow. Nic chyba bardziej nie unaocznia swiatowego
      przeludnienia i zagrozen z nim zwiazanych, jak te plaze pozastawiane
      rzedami lodek napedzanych dizlem, wszechobecny plastik wyrzucany co
      przyplyw na brzeg, ludzki babilon polnagich cial dobrowolnie
      wystawionych na bezlitosny zar i zaduch, oraz mieszanina swadow
      grillowanych mies w kokosowej marynacie, mydlin z odchodami sunacych
      wolno za cienkimi rurami kanalizacyjnymi do asenizacyjnych
      zbiornikow przy morzu oraz wlasnych, zawstydzajaco przepoconych
      stop. Jasne, to jest masowa turystyka. Na elitarny teatrzyk
      tropikalnej arkadii w pieciogwiazdkowych hotelach z klimatyzowana
      sluzba na kazde skinienie, o tysiacu usmiechow przyklejonych do
      twarzy na razie nas nie stac. Jestesmy polbiurowymi-polfabrycznymi
      niewolnikami na chwilowym wybiegu, gdzie dogladaja nas inni,
      kateringowi niewolnicy. A o zapasc w tym cyrku obwinia sie ruch
      Czerwonych Koszul i bylego premiera na wygnaniu w Malezji.

      Dosc o tym. Po powrocie przejrze notatki z kursu, zobacze ktore ze
      skladnikow sa dostepne i postaram sie przygotowac kilka tutejszych
      potraw. Poznalam mniej wiecej sposob przyrzadzenia tom yam goong
      (kung), poh piah thod, phat thai (goong), kaeng phanaeng gai, oraz
      banany (albo dynia) w kokosowym mleczku. Poznanie ograniczylo sie w
      zasadzie to pokrojenia na desce warzyw i machania lycha w woku.
      Gotowe sajgonki prowadzace przekroily za nas.

      Dobra, ide sie ponudzic na plazy. A nuz spotkam kume Jenny, o ktora
      otarlam sie przedwczoraj w barze na kawie, ktorej filizanka tutaj
      jest towarem luksusowym, wartym tyle co wielka porcja pat thai.
      Wieczorem odwiedzimy grillownie, gdzie ceny sa przynajmniej
      dwukrotnie wyzasze niz street food, ale za to mozna domniemac, ze
      mieso i ryba sa swiez(sz)e.

      Trzymajcie sie cieplo i pilnujcie jaj na pisanki!
      • jacek1f oszukali Krysie w piasku:-( 03.04.10, 15:41
        narobila Krysia wrzasku...

        To oszustwo! mam na mysli kurs mieszania w łoku, a nie masowa turystyke.
        Szkoda.
        • krysia2000 Re: oszukali Krysie w piasku:-( 04.04.10, 05:44
          Spoko luzik, Jaca. Za te pieniazki w tym miejscu trudno bylo sie
          spodziewac "authentic Thai cooking courses". Przewodnik z 2007 roku
          podpowiada mi, ze calodniowy kurs indywidualny, gdzie w kucki
          siedzac tlucze sie rytmiczne melodie w mozdziezu, odwiedza lokalny
          rynek i dokonuje zakupow wszystkich skladnikow i inne takie nurzanie
          sie w lokalnej kuchni kosztowal od 120 do 160 hamerykanskich
          dularow. W chwili obecnej bedzie drozej. Turystyka mocno podbila
          ceny, wiec osobom planujacym budzet wakacyjny w tych stronach
          polecam o zaopatrzenie sie w jak najswiezsze dane w tym temacie.
          Zeby nie bylo zdziwienia, kiedy trafi sie na plaze dla zlotej
          euroameroaustralo mlodziezy i sie zobaczy kanapke z tunczyka za
          150batow (15zl). Zwykla kanapke na rozmieklym tostowym chlebie. Bez
          loda z polykiem. Po drugiej stronie wysepki, niecale 800 metrow
          dalej za te same pieniadze zje sie pad-taj z deserkiem z
          kleistego
          ryzu i mango.

          Poza tym sytuacja polityczna jest nieco chwiejna obecnie. Pisalam
          juz o Czerwonych Koszulach - Ludowym Sojuszu na Rzecz Demokracji,
          opozycyjnym ruchu domagajacym sie przyspieszonych wyborow i
          przywrocenia poprzedniego populistycznego premiera Thaksina
          Shinawatra, obalonego w wyniku wojskowego puczu. Dotyczas
          demonstracje przebiegaly pokojowo, lecz przywodcy ruchu zaczynaja
          przebakiwac cos o zaostrzeniu form protestu, do zamachow na
          panstwowe urzedy wlacznie. Brzmi to nieco surrealistycznie, kiedy
          tak sobie siedze w cieniu w kolejny upalny poranek i pisze nie
          niepokojona przez nikogo, choc wsciekle czerwona koszulke na sobie
          mam. Zobaczymy, jak sie sytuacja rozwinie. W kazdym razie taki model
          gospodarki i prowadzenia polityki, jaki jest udzialem Tajlandii nie
          gwarantuje stabilnosci. Hierarchiczny uklad spoleczny, w ktory
          doskonale wpisuje sie tania turystyka dla bialych krow sluzy jedynie
          elitarnej garstce. Wiekszosc Tajow to rolnicy w pocie czola
          uprawiajacy ryz. Podawanie do stolu farangom, swiadczenie cielesnych
          uslug, czy przeprowadzka do Bangkoku, zeby machac lopata w
          budowlanym pyle, albo kluczyc taksowka po labiryncie stolecznych
          ulic i uliczek, to dla wielu z nich jedyne opcje spolecznego awansu.
          Nie ma wiec co sie dziwic, ze zawdziewaja czerwone t-shirty i glosno
          domagaja sie zmian.

          Tak czy owak uzupelnilam wiedze na temat wykonywania past do kaeng
          od podstaw, wiec w dzien powrotu mam nadzieje zachaczyc o jakis
          rynek w Krabi i nabyc droga zakupu swiezy galangal, liscie kafiru,
          mleczko kokosowe, paste krewetkowa, troche zielonych i zoltych czili
          i przygotowac w domu wlasnorecznie pasty, do zamrozenia i
          pozniejszego wykorzystania. Tu gdzie jestem, takich lokalnych rynkow
          nie ma: same sklepiki z blyskotkami dla farangow.

          Nastepnym razem wybiore sie w polnoc kraju: Chiang Mai, Isan, te
          sprawy. Nastapi to prawdopodobnie za 35 lat, ale jak powiada
          Konfucjusz, najdluzsza nawet podroz zaczyna sie od pierwszego kroku.

          Spijcie slodko!
          • emigrantka34 Re: oszukali Krysie w piasku:-( 04.04.10, 09:30
            cholera, 120 - 160 dolarow za jednodniowy kurs - to chyba chodzi o
            jakies luksusowe kursy, przez samego thomspona organizowane moze co,
            gdyz nawet tutaj jednodniowy kurs drogiej kuchni francuskiej mozna
            znalezc w tej cenie (no nie bedzie to cordon bleu, ale przyzwoita
            mala szkola)?
            to juz lepiej w tek ksiazke thompsona zainwestowac
            krysiu, oprocz shrimp paste nie zapomnij o malych, suszonych
            krewetkach, bo one trudne do dostania sa; zamrozisz je sobie i
            bedziesz miec na dluzszy czas,
            • krysia2000 Re: oszukali Krysie w piasku:-( 04.04.10, 11:57
              Z cenami to tu jest istne szalenstwo, nakrecone glownie przez
              molocha masowej turystyki. Siedem lat temu pewnie wszystko bylo
              taniutkie jak barszcz, a obecnie jak dysponujesz skromnym wakacyjnym
              budzetem, to zaczynasz narzekac, niczym ceper na Krupowkach.

              Nic to, zjadlam wlasnie w knajpce "na ulicy" przepyszne goong pat
              kee mao
              (styrfraj moczymordy z krewetkami), nie tak znowu
              ogniste, za jedyne 60baciorow (6zl) i szczerze polecam ten drewniany
              lokalik komukolwiek, komu przydarzy sie zawitac na polwysepek
              Railay. Wschodnia plaza, przy brzegu, na "deptaku" pomiedzy Yaya
              Resort a Anyavee Resort. Przybytek nazywa sie po prostu "Thai Food".

              A zaraz napije sie kapuczino - "real coffee - freshly ground" za
              jedyne 85batow. Juz pisalam chyba, ze kawa (nawet ten slodki ulepek
              w puszeczkach) to w Tajlandii symbol statusu, jak niegdys najtanszy
              nawet Jas Wedrowniczek w barku sekretarza PZPR.

              Jutro ostatni dzien, wiec zamierzam poplynac do Krabi i przetrzepac
              tamtejsze stragany, Tesco, Biedronki i Asdy (tak, tak, jak na 26.000
              mieszkancow, to ta miescina wygladem az za bardzo przypomina nasz
              MacSwiat, z hipermarketami nastawianymi po drodze na lotnisko jeden
              po drugim) w poszukiwaniu kilku lokalnych specyjalow, m.in. pasty
              krewetkowej.

              Przy okazji pykne kilka zdjec spoza plazy. Pewnie bedziecie chcialy
              obejrzec takie obyczajowe lizniecia miejsc przez faranga, nie tylko
              kulinarne cudenka serwowane na plastikowych talerzykach?
              • jacek1f Mma nadziej, ze Krysia wydostala sie od Tajow, bo 07.04.10, 11:18
                tam nieciekawie zaczyna sie rozbic...
                • fettinia Re: Mma nadziej, ze Krysia wydostala sie od Tajow 07.04.10, 11:48
                  tez mam nadzieje,ze wrocila..cala i zdrowa
                  • krysia2000 A wydostała się, wydostała. 07.04.10, 16:11
                    I to w dodatku w czerwonej bluzeczce, hihihi.

                    Zaraz ogarnę się i przygotuje pobieżną fotorelację.
          • amused.to.death Jeśli chodzi o ceny kursów... 07.04.10, 18:27
            Krysiu, ja myślę, że pech polega na tym, że znalazłaś się w tak strasznie
            turystycznym miejscu i tam właśnie robiłaś kurs - niestety po pierwsze za dużo
            ludzi - więc to już się robi masówka, a po drugie pewnie większość turystów jest
            zainteresowana jedynie takim 'liźnięciem' kuchni tajskiej i może część nawet nie
            chce robić takiej pasty.

            Z ciekawości aż zerknęłam na stronę z kursem gotowania w Chiang Mai gdzie byłam
            przez dwa dni - codziennie od 10 do 16.00. Tam właśnie najpierw kupowało się
            produkty na targu, a pasty robiło się samodzielnie w moździerzu (co wtedy
            przeklinałam, bo wcale nie było to prostebig_grin)

            Cena obecnie to 990 Bhatów za dzień (ok. 90 zł) - czyli bardzo rozsądnie i jak
            widać za jakość wcale nie trzeba dużo płacić.
            Dodatkowo każdy dostał książeczkę z przepisami z wszystkich pięciu dni (bez
            względu na to ile dni się było).

            W każdym bądź razie, jak będziesz chciała to ja mam przepisy na:
            Green Curry Paste
            Chiang Mai curry paste
            Panaeng curry paste
            Re Curry Paste
            Yellow Curry paste
            - właśnie ze szkołysmile

            Kurcze, naprawdę żal, że taki był twój kurs - bo dla mnie było to jedno z
            lepszych doświadczeń tajskich.

            Ale nudzenie się na plaży też w sumie nie jest złe - ja bym się chętnie
            ponudziłabig_grinbig_grinbig_grin

      • emigrantka34 Re: Juz po lekcjach 03.04.10, 15:55
        cholerna szkoda. zwlaszcza tych past curry. trzymaj sie, musze konczyc
        bo mam tu urwanie glowy, nie szalej zanadto!
    • krysia2000 I po ptokach 07.04.10, 23:21

      Od kilku godzin jesteśmy z powrotem w oziębłej Europie. Dopiero teraz czuję się zmęczona i zaraz padnę trupem, tylko jeszcze dokończę, co zaczęłam. Wróciliśmy szczęśliwie i bezproblemowo. Nie wiem, jak się obecnie sytuacja polityczna kształtuje w Tajlandii, ale kłopotów większych z powodu protestów nie mieliśmy.

      Opowiadam zatem, jak było. Rasowe globtroterki proszę przy tym o nieśmianie się z naiwnych turystek i ich opowieści dziwnej treści.

      Na miejsce dotarłyśmy największym obecnie pasażerskim samolotem: Arbuzem A380. Na zdjęciu poniżej widać, jaki jest ogromny i pojemny. Za wskazanie Krysi na fotografii nagród nie przewidujemy.


      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/AuIKaQLehBcae9qleB.jpg


      Niestety, zdjęć z pierwszej nocnej wyżerki w Bangkoku nie zrobiłam, a szkoda, bo troszkę hardkor był, jak sobie przypomnę. Widzicie, ja trochę wygaszona jestem na to, co się na bieżąco dzieje wokół mnie, niczym mnich Zen. Dopiero potem mnie nachodzi refleksja i sobie przypominam patrząc na zdjęcia, gdzie ja właściwie byłam i co robiłam. I też sobie przypominam tak samo zdarzenia, których nie utrwaliłam na fotografii. Albo w zeszycie do grafomanienia.

      Rano dopiero bliżej przyjrzałam się miejscu, gdzie zlądowaliśmy. Oto i ono:

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/5raI9aOZRlGrYKPj4X.jpg


      Ulica Somdet Phra Chao Tak Sin, tuż obok dworca kolejowego Wong Wian Yai. Ulica, jak ulica, ale mnie wieśniaczce takie widoki podobają się. Ruch, zgiełk i ludzie.

      Po śniadaniu, na które był między innymi ryż kleisty z mleczkiem kokosowym i mango, poszliśmy na miasto i się trochę przejechaliśmy... tuk-tukami.

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/OaiQ7lPjj4bL5sbcaB.jpg


      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/QPCMlhAwTTP20pGaIB.jpg


      Na szczęście pikiety Czerwonych Koszul zablokowały centrum na tyle skutecznie, że nawet tuk-tukiści utknęli w korkach i już nas dłużej powozić po ośrodkach dla frajerów nie mogli.

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/yuRc1zccIO0T1O4HcB.jpg

      Dalej szliśmy z buta, po drodze jedząc uliczne takie różne, jak na przykład rybę z ryżem. Pewnie można było bogatszy zestaw dostać, ale to był mój drugi dzień w Bangkoku, więc syjamskiego nie opanowałam na tyle, żeby babuni serwującej wytłumaczyć, co bym najchętniej zjadła. To była prawdziwa uliczna gastronomia, z kuchenki na kółkach, bez menu, bo przecież każdy widzi, co jest.

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/2T14xrjmEIQgc9kBgB.jpg


      Następnego dnia jeszcze poszwędaliśmy się jeszcze po okolicach pl. Syjamskiego i polecieliśmy na południe.

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/Y66TzPLd09yYd6apvB.jpg


      Na rajskie wczasy.

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/F6do4dU6bJJloWEaoB.jpg


      Na wczasach, jak na wczasach: czy to Ustronie Morskie, czy St. Tropez, klimat jest zasadniczo podobny. Udawać, że lenistwo może być pożyteczne i zdrowe.

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/BoYJlReIASvJbYJK2B.jpg

      Proszę zwrócić uwagę na szczególnie okrutną metodę polowania na białe foczki (fot. 4), stosowane przez miejscowych rybaków. Foczkę zwabia się podstępnie do wody jej lazurem i ciepłotą (fot. 1 i 2), po czym nie spodziewającą się niczego złego ogłusza się łopatami silnika łodzi (fot. 3). Ogłuszona foczka przetransportowana jest następnie na pokład pirackiej dżonki (fot. 5), gdzie staje się niewolnicą całej załogi. Na fot. 6 ukazana została skala problemu przetrzebienia populacji foczek.


      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/tZoCrqM3ZrVelI3DsB.jpg

      Plażowych obyczajów ciąg dalszy. Fot. 1 - nielegalni poławiacze pereł. Fot. 2 - miejscowe elity biorą udział w akcji ratowania rozbitków (fot. 3) z utkniętego na rafie koralowej tankowca. Fot. 4 - zbliżenie na piracką dżonkę w momencie dostawy kolejnej partii foczek. Na pierwszym planie na dole widoczna zbiegła sztuka.


      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/Cd8Cw9mw2hb4NxVhFB.jpg

      Wbrew pozorom to nie jest dzielnica uciech, a miejsce religijnego kultu. Tutaj z bliska:

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/CS20EzwOWJIBJk6XwX.jpg


      W końcu wybrałyśmy się do szkoły kulinarnej. A wyglądało to mniej więcej tak:

      Krysia i Zdzisia dostały po jednej deseczce i nożu na 2 osoby.

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/63C9uHbBbMjHhwzpLB.jpg

      I musiały pokroić w paseczki markiewkę, trawę cytrynową, galangal, chili i grzybki. Czosnku już nie, bo to za trudne.

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/THvJ7OVf143caD4loX.jpg

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/7WBY9NOkpEfwhEmzaB.jpg

      Prowadząca zajęcia przemiła Oum zebrała od wszystkich uczestników szkolenia pokrojone warzywka.

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/a116laUFisyQT7ZlhB.jpg

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/n9WZUmkBtkjZQzFZTB.jpg


      Podpalili nam ogień po wokami, podregulowali gaz i pod czujnym okiem instruktorek pozwolono nam usmażyć nadzienie do sajgonek.

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/GRDHb6eRGbxf4fl91B.jpg

      Po uformowaniu sajgonek (z gotowych mrożonych płatów, ofkors Krysiu)

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/KNPbFRP3cuIizzpjeB.jpg

      pozwolono je nam samodzielnie ufrytować. Jednakże trudną sztukę przekrojenia ich na pół zarezerwowały dla siebie prowadzące.

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/O8ZKbS08SaUHCywCgB.jpg


      W ten sposób "przygotowałyśmy":

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/tY4cnPn2aM1BLWd3mB.jpg
      Sajgonki Pod Piah Thod,

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/wYBCZWFkCSUzgjDHEB.jpg
      Phat Thai,

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/c51CZB0B6jQd2g66OB.jpg
      Kaeng Pha Naeng,

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/mceeN5HCR8eSJpReNB.jpg
      Tom Yum,


      I banany w mleku kokosowym. A nie, przepraszam, do bananów nawet się nie dotknęłyśmy, bo to niezwykle skomplikowany deser jest.

      (Za podpowiedź o Chiang Mai dzięki bardzo Amused. Już teraz za późno, ale następnym razem w Tajlandii zdecydowanie wybiorę się na północ właśnie, szerokim łukiem omijając tajskie Kanary. Mam tylko nadzieję, że do tego czasu jeszcze się trochę "autentycznej" Tajlandii ostanie.)

      Trochę się jeszcze pławiłam w tych luksusach ośrodka zamkniętego, a to pijąc kawę droższą od obiadu miejscowego...
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/Qu94EcF5RVx3thrn7B.jpg

      ... a to wpierdzielając co popadnie, łącznie z rotee z nutellą:
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/eo1oqguPfVJUo5DeZB.jpg

      ... a to oglądając ustawiony meczyk muai thai (zdjęć brak). Byczyłam się nawet na tej zachodniej, lepszej plaży, szczególnie cenionej przez lepiej urodzonych (i lepiej uposażonych) wczasowiczów, ze względu na takie wieczorne widoki:

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/zlyfLRmx65VQg9RhOB.jpg


      Czyż to nie romantyczne?
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/pM3mD5Bp8HHBUBV3HB.jpg

      Nawet jeśli zaplecze romansu wygląda tak?
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/fLs0DenDxkGJWQLKJB.jpg
      • krysia2000 Re: I po ptokach 07.04.10, 23:23
        W końcu nie wytrzymałam i się wybrałam łodzią do miasta. Ku wolności. Mimo, iż Railay robi, co może, aby wczasowiczowi jawić jako miasto:

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/PKzxTeOJ7EgMHZuSSB.jpg

        to jednak nie jest to, to samo co miejscowość prawdziwa, nawet taka dziura jak Krabi:

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/himdOpBwknCIKJ7vDB.jpg
        Metropolia, no nie?


        Trafiłam tam wreszcie na prawdziwy, cuchnący targ, a nie przybasenowe restauracje z zawyżonymi cenami:
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/wRD3UJswyrmlBuEL9B.jpg

        I nabyłam, drogą zakupu:

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/3wEzT8GnSgbx0R3rmB.jpg
        Intensywnie rozmiękły, słodkomdlący, woniejący lekko nadpsutym owocem durian o śmietankowym miąższu,

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/gJcpBDWsDxll8qUbBB.jpg
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/3oLxi3Euio8W0UaSeB.jpg
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/aatuci71Hb1iutyDSB.jpg
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/AUwzxuUsBKNTiUD47B.jpg
        deserki z durianowej pasty,

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/YTAKp5PWrmbRndffkB.jpg
        oraz inne takie, z których jutro wykonam pasty.

        Tak mnie przy tym refleksja naszła taka...

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/fBpHPwieWcnlmh6elB.jpg
        ... że to ani już nie ja, ani jeszcze nie ja.


        W końcu ruszyliśmy w powrotną drogę...
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/fQGYths1qw9ZSPUsiB.jpg

        I dotarliśmy.

        To pisałem ja.
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/Hwuh4Zbwz1gIsbNaPB.jpg
        Nie Krysia.

        • emigrantka34 Re: I po ptokach 07.04.10, 23:48
          zajebista relacja, kryska. teraz szybko przelecialam co prawda,
          zatrzymalam oko na paciajowatym pad thaiu - wyglada ok, teraz lece
          spac, glodna i jutro doczytam dokladnie.

          p.s. a dlaczego myslalam, ze wy tam na trzy tygodnie ? spijcie dobrze!
        • bene_gesserit Re: I po ptokach 08.04.10, 00:23
          Jak widac - podroze nie tylko ksztalca, ale tez i zmieniają.
        • fettinia Re: I po ptokach 08.04.10, 09:03
          Rewelacyjna relacja!!
          Pomimo wielu niedogodnosci jednak troszke po cichu zazdroszczesmile
        • pani.serwusowa Re: I po ptokach 08.04.10, 10:42
          O, jaka piekna relacja. Do poczytania zostawiam sobie na przerwe na lunch,
          wybiore sie w wyobrazni w egzotyczne miejsca. wink
      • amused.to.death Re: I po ptokach 07.04.10, 23:32
        yessssuuuuu....ale ja bym sobie zjadła takiego naleśnika z nutellą!!! - i z
        bananem - strasznie mi one smakowałysmile

        Fajne zdjęcia - z przyjemnością obejrzałam.

        A co do Chiang Mai - to ja sobie już od kilku lat planuję, że jak w końcu się
        wybiorę do Laosu i Wietnamu to koniecznie przez Bkk i Chiang Mai, żeby właśnie o
        tę szkołę gotowania jeszcze raz zahaczyć.

        A do chłodnej Europy pewnie ciężko wracać, co?

        Ja to lubię też takie plażowo-nadmorskie widoczki - czuję się wtedy jak w raju.

        A co do braku turystów - jakby jeszcze dalej na południe pojechać też by było
        mało turystyczniebig_grin

        A, no i jak ci durian smakował i pachniał?
        Bo dla mnie zapach nie był aż tak zły jak mówią, ale smak mi nie odpowiadałwink
        • krysia2000 Re: I po ptokach 08.04.10, 19:52
          Ciężko wracać? O ile w Tajlandii przypomniałam sobie, że mam jeszcze gruczoły
          potowe i że skóra moja potrafi się spalić, o tyle tutaj dać o sobie dał
          reumatyzm. Wszystkie mnie po zimnej nocy gnaty od rana bolą. A jeszcze wczoraj,
          mimo klimatyzacji i nagości prześcieradło przez senny ukrop rozkopywałam. No ale
          przynajmniej w chłodnej Europie stopy mi nie śmierdzą.

          Dalej na południe? Masz na myśli dżungle Malezji?

          Durian smakował mi, i owszem. Nie śmierdzi jakoś zabójczo, jak głoszą legendy i
          ostrzegają znaki zakazu wnoszenia. Jednak zbyt intensywnie słodki, żeby zjeść
          więcej niż dwie sztuki miąższu. Coś jakby się dobrać do paczki troszkę mniej
          lepkich werthersów.

          Z małych co nieco smakowały mi ponadto lody kokosowe podawane w koszyczku z
          liścia banana skleconego zszywkami biurowymi i przyozdobione czerwoną fasolą,
          takie wafelkowe placuszki ze słonymi wiórkami kokosowymi (nazwy nie spamiętałam,
          zresztą po angielsku była), grillowane na węglach wieprzowe sataje w marynacie
          kokosowo-miodowej oraz frytowane wontony w Chinatown.

          Za to absolutne danie tej wycieczki to zjedzony w ostatni wieczór krab w kari,
          Boo phat phong kari. Piszę "kari", bo gęstością sos (a właściwie to sos
          zmieszany z posiekanym mięsem kraba) przypominał bardziej dania indyjskie, niż
          typowe tajskie "zupowate" kaeng. Jeszcze następnego dnia na palcach czułam
          intensywny krabowy aromat. Znalazłam właśnie przepis i z pewnością kiedyś
          upichcę sama.

          Tymczasem sama wykonałam pasty czerwoną i zieloną.


          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/iIq3sEVsvh88qGFEoB.jpg
          Na pierwszą poszło: 1 szalotka, 1 gałązka trawy cytrynowej, 4 czerwone tajskie
          chili ("mai pet, mai arawy"), 4 ząbki czosnku, cal galangalu, 2 łyżki
          pasty pomidorowej, 1,5 łyżeczki cukru, 1/2 łyżki startego kminu, 1 łyżeczka
          sproszkowanej kolendry, 1/4 łyżeczki białego pieprzu, 3 łyżki naam plaa, 2
          łyżeczki pasty krewetkowej, 2 łyżeczki chili w proszku, 2 łyżki soku z limonki,
          pół patyka cynamonu i ok 80 ml mleczka kokosowego.


          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rf/qg/vvk5/A16xftyInE7so2AfBB.jpg
          Zieloną pastę wykonałam za to z: gałązki trawy cytrynowej, 3 zielonych tajskich
          chili, szalotki, 5 ząbków czosnku, cala galangalu, ubitej szklanki posiekanych
          liści kolendry, po pół łyżeczki startego kminu, białego pieprzu i nasion
          kolendry, 3 łyżek naam plaa, łyżki pasty krewetkowej, 2 łyżek soku z limonek,
          łyżki brązowego cukru, 4 listków kaffiru (bez ogonków) i 4 łyżek mleczka kokosowego.

          Mam nadzieję, że niczego nie przeoczyłam. Może podeśleś receptę na pastę Chiang
          Mai?

          Do Fetti: nie ma czego cicho zazdrościć, tylko się głośno pakować trzeba. To
          naprawdę nie jest tak daleko. Jakieś 11 tysięcy km.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka