Aura w ojczyźnie nie rozpieszcza ostatnio. Może to głupi pomysł, ale chciałam
pokazać Wam moją wieś i okolice, żeby nie było tylko gloom and doom. Pogoda
dziś była tu wyjątkowo siarczyście przepiękna, a na jutro zapowiadają jeszcze
bardziej wstrząsające rozpogodzenie. Takich rzeczy nie można przegapić w domu
przed telewizorem, albo w kuchni pomywając grotki. Zatem zapraszam do hrabstwa
Kildare: irlandzkiego zagłębia koni i polskiej emigracji.
Najpierw uwaga: poruszamy się lewą stroną jezdni!

Tak mniej więcej wyglada skrzyżowanie ulicy Głównej z Nowomostowską w
miasteczku, do którego przyszło mi... rkowi przyjechać jakieś hohoho lat temu.
Jeśli się nażreć magicznych grzybków, których w magicznym sezonie rozsianych
jest co niemiara po okolicznych pastwiskach, to widoki są przednie! I zadnie też.

Bardzo miły dziedziniec bardzo szacownej mordowni. Przesiadywałam tam czasami
wczesnymi popołudniami na kawie, na dworze, w wygodnych przetartych skórzanych
fotelach, odseparowana od siąpiącej pogody szybą i żarem gazowego grzejnika.
To były czasy...

Spacerowe serce Naas: przystań nad Wielkim Kanałem.

Z tymi dzikimi zwierzętami to nie przesada. Nie raz w nocy Mirek napotkał
kąpiące się tam wydry... i półnagie rusałki. A może to były wracające z udanej
imprezy panienki?

Bardzo zacna restauracja. Bardzo francuska, bardzo smaczna. I bardzo oblegana,
mimo cen wciąż niedostosowanych do kryzysu.

W ciągu kanału, od ponad 100 lat niewykorzystywanego do transportu towarów
zagospodarowany jest parkowy ciąg spacerowy, taki z pasącymi się bydlątkami,
konikami i żurawiami w tle.

Ta część parku zwana jest Sarto. To pewnie od nazwiska słynnego francuskiego
fizjologa-nihilisty, który pacjentom swoim zwykł mówić: "Absolutnie NIC panu
nie dolega."

Koniki se plotkują.

Asfalt na tej trasie kładł sam Mirek z kolegami.
Ok, reszta zdjątek, o wiele ciekawszych, jutro. Jeśli chcecie. Ja już idę spać.
Pa!