Błędy lub też dziwne, niespotykane zbiegi okoliczności...
Macie też wspomnienia z życia, kiedy albo jedna i ta sama fraza powtarzała się niemal dokładnie, lub też zachodziły dziwne, niewytłumaczalne zbiegi okoliczności, nie dające się zaakcettować na płaszcszyźnie rozumu i prawdopodobieństwa?
Jak macie, to napiszcie.
Ja miałem wiele. Niektóre zbyt osobiste, by o nich pisać tu, ale dla przykładu dwa, jedno moje, jedno kolegi:
1. Moja siostra kiedyś tam jeździła Mitsubishi Coltem, Stary, ale dzielny maluch etc. Kiedyś rano w zimę zadzwoniła do mnie, że chyba coś nie tak bo samochód na 10 stopioniowym mrozie wprawdzie odpalił, ale po 10 sekundach zgasł i nie współpracuje dalej... Poprosiłem o pomoc kolegę, który ma warsztat samochodowy w innej części Warszawy, on powiedział, żeby go przyholować itd. Umówiłem faceta od holowania, przyjechał rano, zaholowaliśmy do warsztatu i wróciłem autobusem.
I wszedłem na osiedle, a tu dokładnie w tym miejscu, gdzie stał Colt, ciągle stoi... ??? "co, kurwa? " to co ja zaholowałem do kolegi?
Matrix widać miał bląd i pokrył nagły brak czymś prawie identycznym (troszkę inny kolor, ale nadal srebrny), tylna klapa z pionowym wgnieceniem po całości (w nowej wersji 5 cm w prawo, ale zawsze z bardzo podobnym wgnieceniem). Nigdy przedtem, ani nigdy potem nie parkował w tamtej okolicy...
2. Mam kolegę, którego poznałem pracująć w pewnej małej firmie, on nie był pracownikiem, ale zewnętrznym serwisantem. Ale i ja znałem bardzo dobrze szefa właściciela, jak i on, dla niego on był zleceniodawcą ze znajomościa na poziomie definitywnie osobistym.
I kiedyś w wakacje mój kolega pojechał z rodziną na kilka dni do jakiejś wioski w okolicach Jastrzębiej Góry (o ile dobrze pamietam ?)
Środek pięknego lata, poszli na plażę a tam tłum, nie ma się gdzie rozłożyć. Po iluś minutach poszukiwania znaleźli jedno miejce, obok opustoszałego koca i leżaka, gdzie właściciele pewnie poszli do wody.
I rzeczywiście, za 10 minut wrócili w wody.
I to był właściciel tej malej firmy z rodziną...
Mieliście też tak?