Gość: rozgoryczony
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
13.10.04, 13:03
Wielu niedouczonych – ze mną włącznie – dowiedziało się kto to Jacques
Derrida dopiero po jego śmierci. Przy tej okazji mogło lepiej dowiedzieć się
co to takiego postmodernizm. Wcześniej, być może, zdobywanie wiedzy o tym
hiperfilozoficznym kierunku nie wyzwalałoby takich emocji u niektórych, jak
obecnie, gdy chce się dociec, czemu jest coraz gorzej, chociaż miało być
coraz lepiej. Dla szaraczków stanowiących 99% społeczeństwa to eleganckie
inteligentne uniwersyteckie towarzystwo kreujące nowe intelektualne prądy
jest tym samym, czym dla ludzi z minionych epok były kasty kapłanów, czy
podobnych wyżej wtajemniczonych niż reszta ludzi. Tak było, jest i będzie, że
intelektualne elity społeczeństwo traktuje jako „programistów”, którzy
do „społecznego komputera” mają wgrać takie „systemowe pliki”, aby chodził w
miarę bezpiecznie, nie narażając kolejnymi „awariami” ludzi na nieszczęścia.
To, że demokracja jest najwyższą i najbardziej sprawiedliwą formą
społecznego ustroju nie gwarantuje przyjaznych człowiekowi treści, bo żadna
forma treści nie przesądza. Jeśli się na to spojrzy w ten sposób, to nie może
dziwić, że „motłoch” stanowiący zdecydowaną większość społeczeństwa będzie
wreszcie traktował bełkot postmodernistów jak ględzenie „fachury”, któremu
zapłaciliśmy za naprawę kibla, kibel nadal cieknie, a spec od tej
hermetycznej dziedziny coś wygaduje, że kible są nieprzewidywalne, czy jakoś
tak – agnostos – jak mawiali starożytni Grecy, kiedy im coś nie wyszło.
Oczywiście, że w odbiorze wielu, jeśli nie większości, świat jest taki do d.
jak go przedstawiają postmoderniści, ale czemu tak jest? Jeśli ludziom na to
pytanie nie odpowiedzą „uczeni w piśmie”, to wielu będzie szukało odpowiedzi
u „fałszywych proroków’ i szuka, narażając społeczeństwo na coraz większe
nieszczęścia. Oczywiście, że istnieją w intelektualnych kręgach ludzie,
którzy są w stanie wyjaśnić czemu jest tak, jak jest i co powinniśmy robić,
żeby było lepiej, ale ich poglądy się źle sprzedają, a w naszym
skomercjalizowanym świecie nikt się nie będzie ładował w koszty nie dające
zysków, więc szersze grono o tych poglądach nie słyszy.
Prawda źle się sprzedaje, bo żeby ją przyjąć trzeba mieć wiedzę i być
wewnętrznie wolnym. Podawanie wiedzy dla większości jest też skażone
komercją, czyli celem jest zysk, a nie oświecanie ludzi, zatem wiedzy podje
się tylko tyle, żeby jej nabywcy mogli zaledwie rozwiązywać doraźne problemy.
Trudno też być wewnętrznie wolnym, jeśli jest się nieustannie bombardowanym
pseudoprawdami reklamowymi, politycznymi, sekciarskimi i przeróżnymi innymi.
Ponadto jesteśmy społeczeństwem liberalnym, w którym różne ugrupowania mają
mieć rację bytu, nie wiadomo komu z kim kiedy wypadnie sojusz, wiec jest
politycznie niepoprawne mówić kategorycznie o tych czy tamtych i udowadniać w
sposób nie do zbicia, że nie mają racji. Liberalne demokratyczne
społeczeństwo z rynkową gospodarką ma stwarzać warunki do absolutnie wolnej
gry różnych systemów ekonomicznych, politycznych, wyznaniowych i innych.
Szerokim rzeszom odpowiada stwierdzanie przez znanych i uznanych ludzi, że
rzeczywistość jest „do luftu”, gdyż wydaje się im, że ktoś się pochyla nad
ich nieszczęściem i chętnie takie teksty kupują; zresztą łatwiej biadolić,
niż zmusić się do umysłowego wysiłku, a zarazem wkurzają się, że nie ma
mądrych, którzy pomogą wyjść z tego „bagna”. Powstaje sytuacja, kiedy jakiś
demagog znowu zawróci w głowie dużej części społeczeństwa, a postmoderniści i
im podobni będą mogli z radości klaskać w dłonie i mówić: „A widzicie, a nie
mówiliśmy, że nasza metoda opisywania rzeczywistości jest najbardziej
trafna.?” Przysłowie mówi, że diabeł tkwi w szczegółach, zaś wielki człowiek
Renesansu – Michał Anioł często powtarzał swoim uczniom: „Nie lekceważcie
drobiazgów, gdyż z drobiazgów składa się doskonałość, a doskonałość to nie
drobiazg.” Można odnieść wrażenie, że ludzie kreujący obecny nihilistyczny
obraz świata jak diabeł wody święconej boją się wchodzenia w szczegóły, w
drobiazgi, czyli w prawdy nauk szczegółowych i doświadczalnych; psychologii,
ekonomii, czy nawet prawa i historii, a już szczególnie brzydzą się
doszukiwaniem obiektywnych związków między nimi; na przykład między pracą a
pieniądzem, czy prawem a rozwojem społeczno gospodarczym. Ponadto jakby za
nic mieli te filozoficzne kierunki, które zasadniczo zwiększyły skuteczność
pewnych dziedzin szczegółowych. Na przykład „Ogólna teoria systemów” istotnie
zwiększyła skuteczność psychologii zachowań zbiorowych i w oparciu o tę
teorię o wiele łatwiej analizować społeczne patologie, wahania na walutowych
rynkach, totalitaryzmy, młodzieżowe podkultury, jak również zjawiska na
poziomie biologii i w wielu innych dziedzinach, ale o tym sza.
Dla tych filozoficznych kierunków, które powstały jako kontrpropozycja
dla „Materializmu dialektycznego” i pod wpływem szoku po przerażających
totalitaryzmach dwudziestego wieku wszelka obiektywizacja rzeczywistości jest
grzechem najcięższym, zaś niezależność jednostki ma być stanem absolutnym i
już, a nie relatywnym. Nawet prawdy matematyki, a ściśle rachunku
prawdopodobieństwa nie docierają do ludzi z tych intelektualnuch kręgów.
Zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa, a prawdy matematyki są prawdami
absolutnymi, w każdej populacji na iluś porządnych przypada ileś kanalii, a
na pewną liczbę mądrych przypada pewna liczba głupich.
To że porządnych i mądrych jest znacznie więcej niż kanalii i głupich nie
jest żadnym pocieszeniem w społeczeństwie naiwnie i absolutnie liberalnym, w
którym „zbędne prawa” nie mogą krępować absolutnie niezależnej jednostki, jak
też systemów z takich jednostek złożonych. Cóż z tego, że w takim od pewnego
czasu naiwnie i absolutnie liberalnym kraju na przykład uświęconą kulturową
normą było, aby nie zmuszać ludzi do pracy w niedziele i święta. Jeśli w
obowiązującym liberalnym prawie nie znalazł się kategoryczny zakaz pracy w
niedziele i święta, to w warunkach ostrej konkurencji na wolnym rynku
wreszcie któraś kanalia złamie to kulturowe tabu. Za nią oczywiście pójdą
inne kanalie żeby nie wypaść z rynku, a za nimi wreszcie pójdą porządni z
tego samego powodu, chociaż będzie w nich to przez jakiś czas wzbudzało
obrzydzenie. I tak się dzieje stopniowo ze wszystkim. Cieszymy się jak
dzieci, że możemy robić zakupy w niedzielę, a zarazem wielu z nas staje się
ofiarami zmuszanymi do pracy we wszystkie dni tygodnia. Jeśli bydlaki z
jakiegoś koncerny wydobywającego miedź na jednym kontynencie za nic mają
ochronę środowiska, to idealiści z podobnego koncernu na kontynencie drugim
muszą robić dokładnie to samo, bo w przeciwnym razie przegrają konkurencyjną
walkę i może nawet setki tysięcy pracowników trzeba będzie wysłać na
bezrobocie. Ponadto z „Ogólnej teorii systemów” wyłania się następujący
przerażający wniosek: Żaden system jako całość, czy to będzie firma, koncern,
partia polityczna, czy lobby nie posiada moralności, podobnie jak nie posiada
jej mrowisko, gdyż siedliskiem moralności jest samoświadomość człowieka jako
jednostki. System jako całość posiada własną „świadomość”, którą można
porównać do układu automatyki w jakimś mechanizmie i służy jedynie do
doraźnych działań mających doprowadzić system do stanu bezpiecznej równowagi
jeśli została ona zakłócona. „Układ automatyki systemu” nie jest zdolny do
moralnej refleksji. Jeśli „mrówki-jednostki”, posiadające nawet wysoko
rozwiniętą indywidualną moralność, są przekonane, że system do którego
należą jest jedynym gwarantem bezpieczeństwa dla nich, ich bliskich i
potomnych, to na czas