off_nick
19.04.08, 22:23
Margaret Thatcher jest znów w modzie. Fotografują się z nią
premierzy, przywódcy opozycji oraz republikańscy kandydaci do
prezydentury w Ameryce, porównuje się z nią nawet Hillary Clinton.
Informacja o krótkim pobycie w szpitalu pani premier w zeszłym
miesiącu otwierała telewizyjne wiadomości. A to wszystko z powodu
damy, która właściwie wcale się nie wypowiadała przez większość
zeszłej dekady.
Po pewnym okresie, kiedy wyżsi rangą działacze Partii Konserwatywnej
traktowali ją jako żenujący balast, docenia się ją wreszcie za to,
kim zawsze była: wielkim mężem stanu i symbolem naszych czasów.
Młodzi ludzie, którzy dorastali już wolni od zjadliwej odrazy
okazywanej pani Thatcher przez starą lewicę, słusznie widzą w niej
nie tylko nowatorską postać pierwszej kobiety na stanowisku
premiera, lecz także polityka o jasno wyrażanych poglądach oraz
wystarczająco silnej woli, by je wcielić w życie.
Do jakiego stopnia jej zasady były istotne tylko w latach 70. i 80.?
Czy wartości thatcheryzmu miały okres ważności, który upłynął w 1990
r.? A może potrafią również dzisiejszej Wielkiej Brytanii
zaproponować rozwiązania jakże odmiennych problemów, przed którymi
stoi nasz kraj?
www.rp.pl/artykul/122889.html