Chciałoby się zawołać „Ludzie opamiętajcie się”! Wszystkie te analizy porównawcze, jakieś „laboratoryjne badanie tynków” to jakaś kpina z czytelników. Odwoływanie się do barw na obrazach Canaletta, lub podkolorowanych pocztówkach to
licentia poetica autorów.

Pocztówka z 1900 r. (ze zbiorów Autora)
Dawniej elewacje były koloru szaro-białego z odcieniem naturalnym, jaki nadawała zaprawa murarska. Chcąc uzyskać inny kolor stosowano cegłę klinkierową, której barwę uzyskiwano czasem wypalania (brunatna – najdłużej, czerwona – krócej, „ceglasta” – najkrócej). I to była cała paleta kolorów. Dopiero w XIX w. zaczęto stosować cegłę klinkierową, potem ceramiczną licówkę różnokolorową (u nas Granzow), ale ciągle o żadnych odcieniach nie było mowy.

Granzówka w Kawęczynie 2006 r. (fot. Autora)
Dopiero od z górą 40 lat zagranicą, a u nas od około 20, do malowania elewacji zaczęto stosować trwałe farby na bazie akrylu. Używane wcześniej farby klejowe nadawały się wyłącznie do malowania wnętrz.
Technikę malarską zawojowała komputeryzacja. Przez odpowiednie proporcje komponentów można uzyskiwać pełną i
powtarzalną gamę chromatyczną. To znaczy farba dziś przygotowana i zużyta, jutro przy kontynuacji prac będzie miała taki sam odcień. Sprawa ważna przy dużych powierzchniach. W przeciwnym wypadku ściana byłaby łaciata. Truizm ktoś powie, ale piszę o tym tak szczegółowo, by udowodnić, że odnalezienie pod warstwami zaprawy wapiennej jakichś odcieni to zwykła mistyfikacja. Owszem w pewnych warunkach atmosferycznych jakaś wcześniejsza warstwa mogła ulec zżółknięciu. I to wszystko.