sloggi
22.03.02, 10:31
Uczestnicy samorządowej debaty o kierunkach rozwoju Targówka śpiewają chórkiem,
niczym harcerze "Gdzie strumyk płynie z wolna". Widać, słychać i czuć, że są
już pod dobrą datą. Butelki wódki wędrują z rąk do rąk. Co chwila ktoś polewa.
Mnożą się toasty. Panie starają się dorównać w piciu panom. Siedzę z boku.
Czekam na podanie kolacji. Mijają minuty, a urzędnicy, coraz weselsi, posyłają
mi powłóczyste spojrzenia. Jeden odważny podchodzi nawet do mojego stolika i
mało odkrywczo pyta:- A czemu pani tu siedzi taka sama i smutna? Odburkuję coś
pod nosem. Kobieciarz wraca niepyszny na swe biesiadne miejsce i wychyla
kolejne kieliszki. Tempo imprezy jest tak zawrotne, że damska część towarzystwa
szybko udaje się na odpoczynek. Zostają prawie sami mężczyźni i jedna około 40-
letnia tleniona blondynka. Zapraszają mnie do stolika. Po kilkakrotnie
ponawianych prośbach daję się namówić.- Proszę usiąść i wypić z nami -
zapraszają rozochoceni samorządowcy. Chcą koniecznie wiedzieć, kim jestem i co
robię. Przedstawiam się więc jako Kasia, właścicielka solarium z Radomia. Moi
słuchacze przechwalają się, że przyjechali z warszawskiej gminy Targówek i są
politykami samorządowymi. Widzę, że chcą tym na mnie zrobić wrażenie. Jak
blondynka z dowcipów robię słodkie oczy, dużo się uśmiecham i kiwam ze
zrozumieniem głową. Panowie najwyraźniej traktują mnie jak łatwy łup. Sypią się
propozycje. - Tutaj lokal już zamykają, więc zapraszamy panią do nas do pokoju,
pani Kasiu - mówi sam burmistrz. Biorę więc w rękę butelkę wódki i wstaję od
stołu razem z resztą towarzystwa. Jeden z panów oznajmia szarmancko: - Pani
Kasiu, to nie wypada, żeby kobieta chodziła z alkoholem, proszę dać butelkę, ja
ją zaniosę. Burmistrz informuje kelnerki, że wszystkie butelki, w których jest
jeszcze alkohol, zabiera na górę. Korzystam z chwili zamieszania i znikam.
Godzinę potem idę korytarzem. Tu doskonale słychać wszystko, co się mówi w
pokojach warszawiaków. Dociera do mnie bynajmniej nie sciszona rozmowa o
zamówieniu prostytutek z agencji towarzyskiej. - Bierzemy Polki czy Ukrainki? -
urzędnicy nie mogą dojść do porozumienia. Ich podniesione głosy słychać aż na
końcu korytarza. Środa, godz. 13.20 Na korytarzu mija mnie jeden z uczestników
samorządowej "debaty". - Dzień dobry, pani Kasiu. Dlaczego pani wczoraj tak
uciekła? - Ja uciekłam? To panowie na mnie nie poczekali i gdzieś zniknęli.
Szukałam was i co... Zbliża się wieczór, a wieczorem... ma być kolejne
spotkanie integracyjne. Środa, godz. 18 Siedzę w restauracji przy spóźnionym
obiedzie. Do stolika obok podchodzi trzech samorządowców. Zawzięcie dyskutują o
tym, że z powodu ich pobytu w Kazimierzu zrobiła się wielka awantura w
Warszawie, że w gminie odbyła się jakaś konferencja prasowa. - Niewykluczone,
że nawet tutaj są dziennikarze - mówi konspiracyjnym szeptem jeden z nich i
wymownie spogląda na mnie. Puszcza jednak przy tym do mnie oko. Środa, godz. 20
Na uroczystą kolację samorządowcy z Targówka wynajęli nocny klub Baszta, który
mieści się na terenie Zajazdu Piastowskiego. Otwiera się go tylko na specjalne
okazje, takie jak sylwester. Po co ta konspiracja - zastanawiam się. No cóż,
przecież w ogólnodostępnej części zajazdu mogliby się pojawić jacyś reporterzy
z Warszawy... Urzędnikom najwyraźniej jednak zależy na znajomości ze mną, bo
zostaję zaproszona na tę zamkniętą imprezę. W środku uwijają się kelnerzy,
barman i disc jockey. Tylko do dyspozycji "państwa z Warszawy". Na stołach
lądują kolejne porcje jadła. Właśnie podano tzw. ucztę chłopską. Pieczone
mięsa, wędliny, sałatki chłopskie, pierogi, pyzy... No i wódka... Środa, godz.
22 Disc jockey domyślnie serwuje muzykę dostosowaną do wieku uczestników debaty
o strategii Targówka. Dominują przeboje z lat 60. i 70. Uszczęśliwieni
urzędnicy szaleją na parkiecie. Każdy tańczy tak, jak umie, niektórym na
dodatek nogi się plączą. Wszystkie kroki są dozwolone. Taniec indywidualny,
parami, kółeczka, wężyki, pociągi i tupanie w miejscu. Co niektórzy wolą
popijać drinki i czystą i z daleka obserwować taneczne popisy kolegów i
koleżanek. Środa, godz. 23 Ja też siedzę przy barze. Sączę drinka, posyłam na
lewo i pra-wo szerokie uśmiechy. Robię trochę zdjęć. Baletnicy niby nie
zwracają uwagi na błyski flesza, ale do zdjęć specjalnie pozować nie chcą. Po
godzinie siedzę już przy stoliku, do którego przysiada się rozanielony
burmistrz. Parę łyków dla ochłody i z powrotem rusza w tany. Ja również idę
tańczyć. Na stoliku zostawiam aparat fotograficzny. Przecież nie da się z nim
wykręcać piruetów. Dopiero rano okaże się, że w czasie gdy jestem na parkiecie,
jakaś tajemnicza ręka zabiera z aparatu film ze zdjęciami. Czwartek, godz. 4
Muzyka już nie gra, ale za to śpiewają urzędnicy. "Czy te oczy mogą kłamać" -
ciągnie solista brunet. "Chyba nie" - odpowiada chórek. Jeszcze kilkadziesiąt
minut i impreza zaczyna umierać. Nieliczni, którzy wytrwali do końca, z
trudnością przełykają ostatnie porcje alkoholu. Mowy niektórych panów nie
sposób już zrozumieć. Czwartek, godz. 6 Idę do recepcji zapłacić za pobyt. - Na
kogo, pani Kasiu, wystawić fakturę? - pyta sympatyczna recepcjonistka. -
Na "Życie Warszawy", spółka Dom Prasowy - odpowiadam. Katarzyna
Fabisiak [Powrót...]
Za Życiem Warszawy z dn. 22.03.2002