hierowski 30.07.04, 15:22 Ciekawy wątek z przepisanymi fragmentami książki napisanej w 1942 roku przez szwajcarskiego pracownika Czerwonego Krzyża. Poruszajace. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14466925 Odpowiedz Link Zgłoś czytaj wygodnie posty
Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 IP: 217.153.24.* 03.08.04, 15:10 watek jest faktycznie super ciekawy!!! w zasadzie jest ich juz kilka: Tydzień pierwszy forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14466925 Tydzień drugi forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14553035 Tydzień trzeci forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14587297 Odpowiedz Link Zgłoś
grba Warszawa 1942 03.08.04, 22:03 Moi drodzy, Kupiłem w antykwariacie kilka książek, m.in. Franza Blattlera, Warszawa 1942. Zapiski szofera szwajcarskiej misji lekarskiej. W książce, którą autor chciał wydać w Szwajcarii w 1943, a którą pozwolono mu wydać dopiero moment po zakończeniu wojny, zawarty jest obraz okupowanej Warszawy i Polski. Obraz pisany prostym językiem, bez literackich ozdobników, czasem nieporadnie. Publikuję obecnie w małych dawkach całość tekstu, niczego nie pomijam. Tekst dzielę na tygodnie tak ja zrobił to autor. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 IP: 217.153.24.* 04.08.04, 10:00 i dzieki Ci za to! Odpowiedz Link Zgłoś
carrramba Re: Warszawa 1942 04.08.04, 10:26 up. przeczytajcie to koniecznie ! Pozdrawiam. Odpowiedz Link Zgłoś
hierowski Re: Warszawa 1942 04.08.04, 11:11 Potwierdzam, tekst jest WSTRZĄSAJĄCY. Odpowiedz Link Zgłoś
carrramba Re: Czekam...... 04.08.04, 18:10 wyluzuj pacanie jeden i nie dopisuj sie do takich watków. Katowice mają cie dość , to na Warszawę włazisz ?spadaj głąbie! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 IP: *.aster.pl / *.aster.pl 04.08.04, 18:58 Tydzien Czwarty forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14671109 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 IP: *.aster.pl / *.aster.pl 04.08.04, 19:04 Grba, nagroda publicznosci !!! PISZ !!! Odpowiedz Link Zgłoś
carrramba Re: Warszawa 1942 04.08.04, 20:50 Masz rację Warszawianko, należy Mu się nagroda :) Pozdrawiam:) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 IP: 217.153.24.* 09.08.04, 13:34 Tydzień pierwszy forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14466925 Tydzień drugi forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14553035 Tydzień trzeci forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14587297 Tydzień czwarty forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14671109 Tydzień piąty forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14724974 Tydzień szósty forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14746425 Tydzień siódmy forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14754633 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: corgan najsmutniejsze jest to, że dla wielu Niemców IP: 217.11.142.* 09.08.04, 15:59 ich stosunek do Polaków wcale nie zmienił się od tego czasu. Jak czytam że "Trzeba by ciągle stać nad nimi z batem. To śmierdzące lenie" i "Wy poczekajcie tylko trochę – jeszcze nie znacie tej zasranej hołoty" to mam wrażenie, że jesli nawet obecnie Niemcy nie mówią tego tak dosadnie, to gdzieś tam jakoś na dnie to poczucie wyższosci i niższości owej "hołoty" pozostało. że gdzieś na dnie tli się ten wrzód... Najgorsze w tym wszystkim jest też to, że ten punkt typowo faszystwoski punkt widzenia przejęła spora liczba polskich emigrantów w Niemczech [najczęściej sląskiego-niemieckiego pochodzenia] ktorzy już znaleźli się po drugiej stronie midzy Odrą a Renem. Dla Niemców klęską była wyrawa do Związku Radzieckiego i bitwa pod Stalingradem, Kurskiem itp. Strat i ran zadanych w Polsce przez Polaków jakoś nie liczą. Gdzies czytałem wspomnienia Warszawianki ktora przezyła Powstanie i mówiła, że była przerażona nienawiścią jaką Niemcy pałali do Polaków, że mimo tego, że wszystko im się sypało, wojna wydawała sie już przegrana, Niemcy spieprzali z Warszawy przed ruskimi to byli w stanie do konca wypełnic rozkaz furhera żeby zdławić Powstanie i zniszczyć Warszawę, posłać tu pod koniec Powstania najlepsze swoje wojska? Kiedy Powstanie przeciwko Niemcom wybuchło w Paryżu Hitler też wydał rozkaz, aby znieść Paryż z powierzchni ziemi. Tyle, że dowódca Wermahtu.. nie wykonał rozkazu, bo kochał Paryż i przerazony był tym "co my robimy swoim przyjaciołom Francuzom?". Czujecie... dla nich wszystko to, co bylo po tej stronie Europy bylo "untermenschen". A mi sie też wydaje, że całe to Pruskie Powiernictwo tez się wzieło z tej pogardy, że "polacken" mają we władaniu niemieckie majątki albo że mają "niemieckie" miasta, ktore "sie rozwijały" jak mieli je Niemcy a teraz to bywa różnie albo są zaniedbane no to wiadomo dlaczego a jesli są zadbane o dlatego, ze swiecą blaskiem, ktory kiedyś nadało im co? oczywiście to, że były kiedyś niemieckie. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 IP: 217.153.24.* 10.08.04, 09:49 Tydzien Osmy forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14782238 Odpowiedz Link Zgłoś
de_oakville Re: Warszawa 1942 10.08.04, 13:52 Gość: corgan napisal (a): >ich stosunek do Polaków wcale nie zmienił się od tego czasu. Jak czytam >że "Trzeba by ciągle stać nad nimi z batem. To śmierdzące lenie" i "Wy >poczekajcie tylko trochę – jeszcze nie znacie tej zasranej hołoty" No, coz. Taki "rozjuszony" stosunek do innej nacji moga miec tylko ludzie, ktorzy sami maja jakies kompleksy. Nie warto sie sprzeczac, co do prawdziwosci tych stwierdzien. Czlowiek zdrowy psychicznie moze wszystko wyrazic w sposob bardziej cywylizowany. Byc moze nad autorami tych opinii tez trzeba bylo stac kiedys z batem, zeby wyrobic w nich zamilowanie do perfekcji. Chcieli potem przekazac te ceche w ten sam sposob innym. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 IP: 217.153.24.* 11.08.04, 10:00 Tydzien Dziewiaty forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14813675 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Mar volkswagenem do reala... IP: *.skorosze.2a.pl 11.08.04, 11:24 Jakiż szacunek mają mieć Niemcy do Polaków, którzy tak chętnie kupują niemieckie samochody (choćby 10 letnie) i robią "rodzinne zakupy" w realu. Jak się sami nie będziemy szanować, to nas też nie uszanują. Odpowiedz Link Zgłoś
anmanika Re: volkswagenem do reala... 11.08.04, 11:32 Gość portalu: Mar napisał(a): > Jakiż szacunek mają mieć Niemcy do Polaków, którzy tak chętnie kupują > niemieckie samochody (choćby 10 letnie) i robią "rodzinne zakupy" w realu. Jak > się sami nie będziemy szanować, to nas też nie uszanują. Ci sami Niemcy zjezdzaja tlumnie do Polski kupowac kielbase....... Odpowiedz Link Zgłoś
de_oakville Re: Warszawa 1942 11.08.04, 18:48 Polska pod okupacja niemiecka (tak jak przed 1939) byla krajem furmanek, malych i biednych miescin, dziurawych, podlych drog i kasliwego ruchu oporu. Zolnierze niemieccy musieli przeklinac swoj los, ze ich tu wyslano i odgrywali sie za to na ludnosci. Gdyby wyslano ich np. na wschod, do Rosji, to co innego. Tam bylo "pieklo" i nie oczekiwali niczego innego tylko "piekla". Ale jak juz w Europie, to dlaczego nie byc np. we Francji? Lepszy klimat, szampan, ludzie bardziej przychylni. Mozna sobie spokojnie siedziec w kawiarni jak na wczasach. A w Warszawie? Mozna pojsc do "Cafe Club?". Albo do "Mitropy?" Nein, danke, moze w kazdej chwili wleciec granat lub ktos z ulicy pusci serie z automatu. I stad zapewne takie "mocne" i nienawistne okreslenia w stosunku do miejsca, w ktorym przebywali z rozkazu "fuehrera". Los ich tu "nie piescil". Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 IP: 217.153.24.* 12.08.04, 16:40 tydzien dziesiaty forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14863152 swoja droga Grbie naleza sie laury. macie pomysl? Odpowiedz Link Zgłoś
grba Warszawa 1942 jutro koniec 12.08.04, 21:30 Jutro kończę publikowanie zapisków Szwajcara. Jeszcze tylko pójdziemy z nim do hali targowej (pewnie do Hali Mirowskiej). Zapiski kończą się małym rodziałem zatytułowanym PROPAGANDA, zobaczycie jak produkowana była nazistowska propagandowa pasza i jakie osły się nia żywiły. Na koniec napiszę kilka słów o autorze. wasz grba Odpowiedz Link Zgłoś
carrramba Re: Warszawa 1942 jutro koniec 12.08.04, 23:02 grba napisał: > Jutro kończę publikowanie zapisków Szwajcara. Jeszcze tylko pójdziemy z nim do > hali targowej (pewnie do Hali Mirowskiej). > Zapiski kończą się małym rodziałem zatytułowanym PROPAGANDA, zobaczycie jak > produkowana była nazistowska propagandowa pasza i jakie osły się nia żywiły. > Na koniec napiszę kilka słów o autorze. > > wasz > grba up Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 IP: 217.153.24.* 13.08.04, 15:32 Grba wlasnie skonczyl opowiesc z 1942r. na podkreslenie zasluguje przede wszystkim fakt, ze publikowal cos pro publico bono. To bardziej niz rzadkie, na tym wiekszy zasluguje poklask Dzieki Grba, podbiles poprzeczke forumowania. ps. szkoda tylko ze nie ma forum 'historia'. Tam powinny sie tez znalezc powyzsze linki raz jeszcze dzieki Grba :))) Odpowiedz Link Zgłoś
de_oakville Re: Warszawa 1942 14.08.04, 15:43 Dzieki Grba. Wspaniala lektura do czytania. Dla ludzi urodzonych po wojnie, do ktorych naleze, przybliza ona okupacyjna rzeczywistosc Warszawy i pozwala zrozumiec wiele rzeczy. Najwieksze wrazenie wywarl na mnie opis wyrzucenia starszej kobiety z pedzacego tramwaju przez SS-mana. Moim zdaniem istote faszyzmu znakomicie ujal Ryszard Kapuscinski w swojej ksiazce "Lapidarium" nawiazujac do smierci pisarza Brunona Schulza (autora "Sklepow cynamonowych") zastrzelonego na ulicy ("jak kaczka") przez gestapowca. Oto fragment: "W miesieczniku 'Odra' (1982, nr 12) relacja Emila Gorskiego o smierci Brunona Schulza. Schulz zginal 19 listopada 1942. Zastrzelil go na ulicy gestapowiec nazwiskiem Gunter, aby w ten sposob dokuczyc swojemu antagoniscie, gestapowcowi Landauowi, u ktorego Schulz pracowal (Gunter wiedzial, ze Schulz robil portret Landaua i malowal freski w jego mieszkaniu, wiec, ze Schulz jest czlowiekiem sztuki, jest artysta). Otoz powiedziec, ze Schulza zabil gestapowiec, faszysta - to ograniczyc definicje Guntera w taki sposob, ze umnknie nam istota rzeczy. Chodzi o to, ze Gunter, nim stal sie faszysta, byl tepym, brutalnym chamem. Schulza zabil rozjuszony, nienawistny cham. Gdyby nie bylo chamstwa, nie byloby faszyzmu, faszyzm bez chamstwa jest nie do pomyslenia. Chamstwo jest nosicielem pogardy i przemocy, podlosci i woli zniszczenia." Odpowiedz Link Zgłoś
grba Dziwna misja lekarska w Warszawie cz. 1 16.08.04, 02:04 Kupiłem książkę z wyciętym artykułem z: Polityka nr 5 (1298), 20.03.1982 r., s. 14 Dziwna misja lekarska w Warszawie Tomasz Szarota SZWAJCAR W OKUPOWANEJ WARSZAWIE Od stycznia do marca 1942 r. Przebywał w Warszawie pewien Szwajcar. Nazwijmy go panem Franzem Blättlerem, albowiem takim nazwiskiem sygnowana była 123- stronicowa książeczka wspomnieniowa, wydana w Zurychu tuz po zakończeniu II wojny pt. „Warschau 1942. Tatssachenbericht eines Motorfahrers der zweiten Schweizerischen Aerztemission 1942 in Polen” („Warszawa 1942. Sprawozdanie kierowcy drugiej szwajcarskiej misji lekarskiej w Polsce w 1942 r.”). Po co przyjechał ten Szwajcar do Warszawy i kim właściwie był? Nie chciałbym absorbować uwagi Czytelników moimi przygodami detektywistycznymi mającymi na celu odnalezienie autora wspomnień. Opisuje je szczegółowo we wstępie do wspomnień pana „Blättlera”, które w najbliższym czasie ukażą się nakładem PWN. To ograniczę się do stwierdzenia, że poszukiwania trwały kilka lat. Że były utrudnione z tego powodu, że zuryskie wydawnictwo od dawna nie istnieje, a na listach personelu wspomnianej misji szwajcarskiej, wśród zespołu kierowców nazwisko Blättler nie figuruje. BYŁ TO PSEUDONIM! A więc był to pseudonim! Autora wspomnień trzeba było wyłonić spośród siedmiu kierowców, widniejących w spisach z 1942 r., zamieszkujących pięć szwajcarskich kantonów. Tu przeskoczę kilka etapów pracy detektywistycznej i powiem, że w końcu szczęście uśmiechnęło się do mnie. Gdy niemal wszystkie nazwiska z listy kierowców zostały wyeliminowane, przypadek zrządził, że do Berna wyjeżdżał jesienią 1980 r. mój znajomy historyk doc. Kazimierz Piesowicz. Jemu to właśnie powierzyłem misję rzeczywiście, ostatniej szansy. Podałem mu adres i numer telefonu pani Hedwig Mawick (nazwisko identycznie brzmiące z nazwiskami odnotowanych kierowców wypisałem ze szwajcarskiej książki telefonicznej) prosząc, by zechciał do niej zadzwonić i spytać się, czy nie jest przypadkiem krewną Franza Mawicka, który był w Polsce w 1942 r. jako szofer szwajcarskiej misji Czerwonego Krzyża. Notabene wśród 7 szoferów tylko on jeden miał na imię Franz, tak jak Blättler. W początku lutego 1981 r. Kazimierz Piesowicz wrócił do kraju. Usłyszałem przez telefon radosną nowinę, gdyż wreszcie po tylu latach udało się trafić na ślad właściwy. Pani Hedwig Mawick okazała się 91-letnią matką Franza Mawicka, autora Tatsachenbericht. Niestety, sam Franz Mawick już nie żyje. Zmarł w Bernie w 1966 r. na atak serca. Kazimierz Piesowicz nawiązał natomiast kontakt z wdową, panią Nelly Mawick. Dziś, gdy piszę te słowa, posiadam już fotografie Franza Mawicka, skreślony przez żonę jego życiorys, a także listy pani Nelly Mawick do mnie, zawierające dalsze wiadomości o jej mężu i rodzinie. Co wiemy zatem o Szwajcarze, który opisał swój pobyt w Warszawie 1942 roku? Franz Mawick urodził się w Bernie 25X1916 r. Podczas II wojny światowej był urzędnikiem państwowym. W 1942 r. zgłosił się na ochotnika do szwajcarskiej misji Czerwonego Krzyża udającej się na front wschodni. Uczynił to wbrew prośbom matki, lękającej się o los syna. Wracając z Polski przeszmuglował przez granicę nie tylko własne notatki, lecz także kliszę fotograficzną ze zdjęciami, ukrytą w obcasach butów. Próby opublikowania jeszcze podczas wojny książki napisanej prawdopodobnie już w 1942 lub 1943 r., nie powiodły się. Ukazała się ona dopiero w 1945 r. Należy tu dorzucić znamienny szczegół: po wydaniu Tatsachenbericht Franz Mawick został zatrzymany przez policję szwajcarską i przez kilka dni przebywał w areszcie. Uznano, że złamał złożone przyrzeczenie zachowania w tajemnicy wszystkiego, co wiązało się z misją Czerwonego Krzyża. Od 1950 r. Franz Mawick pracował w koncernie Shella, osiągając wysokie stanowisko dyrektora firmy na Szwajcarię. Jak wynika z relacji żony, pobyt w okupowanej Polsce był dla Mawicka wstrząsającym przeżyciem. Zdarzało się, że jeszcze po kilku latach dręczyły go koszmarne sny, budził się w nocy, nie mógł zasnąć. Trudno się też dziwić, że niechętnie powracał w rozmowach do dni warszawskich. Chciał o nich zapomnieć, zniszczył zapiski i niestety także zdjęcia, których tylko część zamieszczono w wydanej książce. Wielka to, bo niepowetowana strata. Nie ulega wątpliwości, że ów Szwajcar był zdecydowanym antyfaszystą i przeciwnikiem hitlerowskiej ideologii. Okupacyjna rzeczywistość w Polsce, obserwowane na każdym kroku deptanie ludzkiej godności, akty bezprawia i terroru były wstrząsem dla człowieka wychowanego w kraju o tradycjach demokratycznych i wolnościowych, budziły protest i potępienie, a zarazem współczucie dla cierpiących i prześladowanych. Od pierwszych godzin swego pobytu w Warszawie Mawick zdawał sobie sprawę, że jest świadkiem popełnianej na narodzie polskim zbrodni i prawdopodobnie już wówczas podjął decyzję poinformowania o tej zbrodni opinii publicznej w swojej ojczyźnie. Nie był człowiekiem pióra, bał się stylistycznych nieporadności, czuł jednak, że ma szansę dania świadectwa prawdzie. Być może traktował to zresztą jako nakaz sumienia, jako obowiązek wobec rodaków i dług wobec przedstawicieli narodu, który pierwszy podjął walkę z hitlerowskim barbarzyństwem. NIEZBYT CHWALEBNY EPIZOD Cóż jednak sprowadziło tego szlachetnego człowieka to do nas, nad Wisłę, i to w środku okupacyjnej nocy? Aby wyjaśnić okoliczności jego przyjazdu do Warszawy, zająć się musimy niezbyt chwalebnym epizodem w historii Szwajcarii tamtych lat, a mianowicie sprawą misji Czerwonego Krzyża, wysyłanych na front wschodni w porozumieniu z władzami niemieckimi. Najwięcej mówią na ten temat obszerne wspomnienia uczestnika pierwszej z owych misji, Rudolfa Buchera, które ukazały się pod znamiennym tytułem „Między zdradą a człowieczeństwem”, oraz prace szwajcarskich historyków Edgara Bonjoura i Williego Gautschiego. Z dokumentów wykorzystanych przez nich wynika, że już w lipcu 1941 r. w kręgu zwolenników reżimu hitlerowskiego i sympatyków ideologii faszystowskiej powstał projekt włączenia Szwajcarii do antybolszewickiej „krucjaty”. Początkowo myślano o sformowaniu legionu ochotników, który podjąłby walkę u boku Niemiec z bronią w ręku. Odpowiednie pisma zawierające tę propozycję były skierowane do Bundesratu (tj. rządu szwajcarskiego), została ona jednak odrzucona, gdyż akcja tego rodzaju oznaczałaby przecież zerwanie z neutralnością, a nawet wypowiedzenie wojny Związkowi Radzieckiemu. Wówczas właśnie wyłoniła się koncepcja jakby kompromisowa, wysłania na front wschodni misji lekarskiej pod patronatem Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża , a więc przeprowadzenie co prawda demonstracji politycznej, oznaczającej solidarność z Trzecią Rzeszą, ale dokonanie tego w zawoalowanej formie. Mimo pozyskania dla tej koncepcji wpływowych osobistości ze sfer wojskowych i politycznych, organizatorzy z Divisionärem Eugenem Bircherem na czele musieli zrezygnować z oficjalnego patronatu Czerwonego Krzyża. 27 sierpnia 1941 r. zawiązał się specjalny Komitet dla Akcji Pomocy (Komitee für Hilfsaktionen) o charakterze społecznym i on też zajmował się już dalej rekrutacją ochotników oraz kompletowaniem ekipy. Należy jednak podkreślić, że przewodniczącym owego komitetu był prezydent Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża Johannes von Muralt. Dwa dni przed wyruszeniem pierwszej misji lekarskiej na front wschodni, 13 października 1941 r. von Muralt wraz z przedstawicielem Oberkommando des Heeres, gen Fridrichem Olbrichtem złożyli podpisy pod dokumentem, o którego istnieniu większość uczestników akcji dowiedzieli się po ćwierćwieczu. Był to akt pełnego podporządkowania misji niemieckim władzom wojskowym, a tym samym świadectwo sprzeniewierzenia się zarówno zasadom politycznej neutralności, jak też ideom Czerwonego Krzyża. Nadużyto tym Odpowiedz Link Zgłoś
grba Re: Dziwna misja lekarska w Warszawie cz. 2 16.08.04, 02:07 Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża Johannes von Muralt. Dwa dni przed wyruszeniem pierwszej misji lekarskiej na front wschodni, 13 października 1941 r. von Muralt wraz z przedstawicielem Oberkommando des Heeres, gen Fridrichem Olbrichtem złożyli podpisy pod dokumentem, o którego istnieniu większość uczestników akcji dowiedzieli się po ćwierćwieczu. Był to akt pełnego podporządkowania misji niemieckim władzom wojskowym, a tym samym świadectwo sprzeniewierzenia się zarówno zasadom politycznej neutralności, jak też ideom Czerwonego Krzyża. Nadużyto tym samym zaufania tych wszystkich, którzy ochotniczo zgłosili swój udział w imprezie, mającej w ich mniemaniu jedynie dobroczynny i humanitarny charakter. Czym w rzeczywistości była owa szwajcarska misja i jakim propagandowym celom miała ona służyć, ludzie ci przekonali się dopiero podczas kilkutygodniowego pobytu na okupowanym terytorium Białorusi. Szwajcarscy lekarze i pielęgniarki zatrudnieni zostali tylko w niemieckich lazaretach wojskowych, udzielenie jakiejkolwiek pomocy radzieckim jeńcom wojennym, a także ludności miejscowej było zabronione, zakazano im zresztą w ogóle kontaktów z obywatelami radzieckimi. Codziennie uczestnicy misji byli świadkami nieludzkiego traktowania i eksterminacji tych, których hitlerowski okupant określił mianem Untermenschentum. Na ich oczach dokonano dzieła zagłady, na każdym kroku obserwowali akty bezprawia, widzieli okrucieństwo przedstawicieli narodu niemieckiego, który walczył rzekomo w „obronie europejskiej cywilizacji”. W drodze powrotnej do kraju na granicy niemiecko-szwajcarskiej uczestników misji zmuszono do podpisania deklaracji o zachowaniu w tajemnicy wszystkiego, co było związane z jej przebiegiem. NIE CHCIELI MILCZEĆ Nakazowi milczenia nie podporządkował się dr Rudolf Bucher, który postanowił poinformować szwajcarską opinie publiczną o prawdziwym obliczu rządów hitlerowskich na Wschodzie. Do końca wojny jeździł po całym kraju z wykładami i odczytami – wysłuchało ich około 100 tysięcy Szwajcarów. Demaskatorskiej działalności Buchera nie przypatrywali się bezczynnie ludzie, których ona kompromitowała. Interweniował Komitee für Hilfsaktionen, a także poselstwo niemieckie. Żądano pociągnięcia Buchera do odpowiedzialności, zarzucano mu wręcz zdradę. W dniu 14 marca 1942 r. jego sprawę rozpatrywano na posiedzeniu Bundesratu, gdzie padły głosy za wykluczeniem go z armii. W powziętej rezolucji zakazano na przyszłość podawania do wiadomości publicznej jakichkolwiek informacji na temat misji wysyłanych na front wschodni. Bucher pisze w swych wspomnieniach, że rozwiązanie pierwszej misji nastąpiło w Bernie 29 stycznia 1942 r. Trzy tygodnie wcześniej wyruszyła w drogę następna, ta właśnie, o której pobycie w Polsce dowiadujemy się z książki Franza Mawicka. Uczestnicy II misji Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża, tak jak ich koledzy i koleżanki, wyjeżdżali z przeświadczeniem, że nieść będą pomoc wszystkim, którzy jej potrzebują. Stało się inaczej. Podobnie jak ich poprzednicy w Smoleńsku, tak oni teraz w Warszawie zobaczyli nagle, że przypadła im w udziale w gruncie rzeczy rola sojusznika jednej z walczących stron – hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy. Według Edgara Bonjoura druga misja działała w okresie od 8 stycznia do 14 kwietnia 1942 r. Stwierdza on, że droga jej wiodła przez Berlin do Rygi, Charkowa i Rostowa, w ogóle nie wspominając przy tym o pobycie w Polsce. Tymczasem z informacji jakie uzyskałem, wynika, że tylko ta misja, jako jedyna z czterech skierowanych na front wschodni, przebywała na terenie naszego kraju. Istnieje zresztą świadectwo dodatkowe – opublikowany w 1970 r. dziennik uczestnika I i III misji – Edgara Gerbara. Pod datą 24 stycznia 1942 r. notuje on, że w Warszawie samochody I misji, powracającej do kraju zostały przekazane przebywającej w tym mieście ekipie II misji. O przebiegu owej II misji wiemy właściwie tylko tyle, ile zechciał i mógł o tym napisać Mawick. Z kilku jego wzmianek wynika, że część ekipy została w Warszawie, część skierowana została do innych miast. Dysponujemy jeszcze wspomnianą wyżej listą personelu – „Manschaftskontrolle” z nazwiskami 69 uczestników: 28 lekarzy, 26 pielęgniarek, 4 wartowników, 7 szoferów, 3 sekretarek i buchaltera. Na czele misji stał dr Max Arnold z Davos. O pobycie Szwajcarów w Warszawie brak informacji w „Nowym Kurierze Warszawskim” i w „Warschauer Zeitung” (rocznik 1942 obu gazet dokładnie przejrzałem), nie udało się też odszukać wzmianek na ten temat w prasie konspiracyjnej ani w dokumentach polskiego ruchu oporu. Książka Mawicka prawdopodobnie już w zamyśle autora nie miała być historią misji lekarskiej, w której pełnił skromną funkcję szofera. Czytelnik bez trudu zresztą zauważy, że autor wstydził się raczej swego udziału w tym przedsięwzięciu. O pracy ekipy lekarskiej i pielęgniarskiej brak w tym tekście niemal zupełnie informacji, ale też niewiele był w stanie o niej powiedzieć. Wspomnienia Mawicka są w zapisem przeżyć i wrażeń w okupowanym kraju od stycznia do kwietnia 1942 r. Zaletą tego przekazu jest przede wszystkim fakt, że relacja została wcześniej spisana, choć nie wydaje mi się, byśmy mieli do czynienia z tekstem oryginalnych notatek sporządzonych na gorąco. Układ książki sugeruje, że Mawick pod koniec każdego tygodnia zapisywał swoje przeżycia i obserwacje, przypuszczam jednak, że pomysł „tygodniowych raportów” pochodzi od wydawcy, który tym samym starał się podkreślić dokumentalny charakter relacji. Bardziej prawdopodobne jest spisanie wspomnień dopiero po powrocie Mawicka do kraju, co nie wyklucza oczywiście posługiwania się przywiezionymi z Warszawy notatkami. cdn Odpowiedz Link Zgłoś
grba Re: Dziwna misja lekarska w Warszawie cz.3 17.08.04, 13:56 WŚRÓD INNYCH ŚWIADECTW Jakie jest miejsce relacji „Blättlera” pomiędzy innymi wspomnieniami, które wyszły spod pióra przebywających w naszym kraju w latach wojny i okupacji cudzoziemców? W 1962 r. ukazał się w „Czytelniku” zbiór reportaży Curzia Malaparte Kaputt. W dwu rozdziałach znajduje się tam opis pobytu w Warszawie u progu 1942 r. (w tym samym czasie był w mieście Franz Mawick). Zarówno Malaparte, jak i Mawick znaleźli się na terenie warszawskiego getta, obaj też mieli dostęp do środowiska niemieckiego, choć stykali się z nim na zupełnie innym szczeblu – Malaparte jako gość gubernatora Ludwika Fischera, Mawick jako współmieszkaniec w Soldatenheimie. W 1971 r. w wydawnictwo MON przygotowało polską edycję dwu książek Hindusa Hiranmoya Ghoskala pod wspólnym tytułem Księga Walhalli. Autor, wielki przyjaciel naszego narodu i znawca polskiej kultury, przebywał w Warszawie do marca 1940 r. Po powrocie do Indii czytał fragmenty swych wspomnień przed mikrofonem radia bengalskiego, a także jeździł po kraju z odczytami na temat okrucieństw popełnianych przez hitlerowców w Polsce. W 1973 r. krakowskie Wydawnictwo Literackie zaprezentowało wspomnienia włoskiego korespondenta „Corriera della Sera”, Alceo Valciniego, który spędził w Warszawie niemal cały okres okupacji. Golgota Warszawy przynosi bardzo interesujący opis życia środowiska aktorskiego, z którym autor stykał się niemal codziennie jako bywalec popularnej kawiarni „U Aktorek”. Nie ukazały się natomiast do dziś po polsku [w 2003 wydało je wydawnictwo Znak] wspomnienia rodaczki Valciniego Luciany Frassati, żony polskiego dyplomaty Jana Gawrońskiego, Il destino passa per Varsavia [Przeznaczenie nie omija Warszawy] . Autorka kilkakrotnie podczas okupacji była kurierem polskiego podziemia, przekazującym informacje do Watykanu. Żałować też należy, że z bardzo interesujących wspomnień hiszpańskiego dyplomaty duc de Parcenta Le drame de Varsovie przetłumaczono tylko kilka rozdziałów, które opublikowano w 1947 r. na łamach „Tygodnika Warszawskiego”. Pozycja ta tym bardziej zasługuje na uwagę, że autor podobno jak Valcini dzielił nasz los przez cały okres okupacji, a potem już jako jeden z kilku cudzoziemców, przeżył dni warszawskiego powstania. W książce zamieszcza on tekst dziennika prowadzonego od 3 sierpnia do 2 października 1944. Wspomnienia Francuza Emila Légé J`etais un partisan, żołnierza Armii Krajowej, zamykają jak się zdaje, listę pozycji pamiętnikarskich wydanych w postaci druków zwartych, w których cudzoziemscy autorzy opisali swój pobyt podczas wojny na ziemi polskiej. Świadomie wyłączam tu przekazy pochodzące od okupanta niemieckiego, a także nieliczne zresztą wspomnienia obcokrajowców – więźniów obozów koncentracyjnych. Podstawową wartość przekazu Mawicka jako źródła historycznego widzę w opisie środowiska niemieckiego, w którym obracał się ów Szwajcar podczas swego pobytu w Polsce. Spostrzeżenia zawarte w jego książce są nie tylko odzwierciedleniem demoralizacji hitlerowskiego Wehrmachtu, lecz także, co jest szczególnie ważne, przynoszą bogaty materiał na temat panujących w wojsku niemieckim nastrojów, postaw i mentalności żołnierzy, a także zasięgu indoktrynacji armii goebbelsowską propagandą. W tym zakresie książka Mawicka niewiele ma sobie równych. Zwróćmy uwagę, że z żołnierzami niemieckimi autor stykał się codziennie, spał z nimi pod jednym dachem, żywił się w tej samej kantynie, odwiedzał te same knajpy i lokale rozrywkowe, rozmawiał z nimi i skłaniał ich do zwierzeń. Był bystrym obserwatorem i uważnym słuchaczem, potrafił ukryć własne myśli, narastającą pogardę i wstręt wobec butnych żołnierzy w niemieckich mundurach. Wielokrotnie widząc w jaki sposób traktowali oni Polaków, z trudem powstrzymywał się przed interwencją w obronie prześladowanych choć nie zawsze mu się to udawało. Wstrząsem było dlań znęcanie się nad niewinnymi, brak jakichkolwiek odruchów litości czy współczucia dla ludności polskiej ze strony okupanta, zupełne zezwierzęcenie najeźdźcy. A z drugiej strony obserwowana na każdym kroku korupcja Niemców, kradzieże mienia wojskowego, transakcje na czarnym rynku, machlojki i nadużycia popełniane przez przedstawicieli Herrenvolku. Wówczas gdy książka Mawicka została opublikowana, szokować musiał czytelników zawarty w niej opis warszawskiego getta. Polacy tragedię Żydów znali z autopsji, informowała o tym prasa konspiracyjna, ukazywały się w podziemiu specjalne wydawnictwa, drogą kurierską przekazywano wieści do Londynu, nadaremnie starano się jednak poruszyć światową opinię publiczną. Szwajcarzy w 1945 r. niemal nic na ten temat nie wiedzieli. Relacja Mawicka dawała im szansę poznania prawdy. Do jakiego stopnia wzbogaca ona dziś naszą wiedzę o dziejach zagłady warszawskiego getta, dziś, gdy z książek temu poświęconych powstać mogłaby biblioteka o kilku tysiącach tomów? Na pewno nie przynosi ona nowych, nieznanych szczegółów, daje jednak opis pochodzący od świadka przybyłego z zewnątrz, tchnie przy tym autentyzmem. Także zdjęcia wykonane przez Mavicka nie są unikalnym, niemniej jednak są one dowodem popełnionej zbrodni. Jeśli o rewelacjach tej książki mówić by można, to za taką uznać należy wiadomość nie potwierdzoną, jak dotychczas, przez inne źródła, dotyczące egzekucji 100 Polaków na dziedzińcu warszawskiej Cytadeli 2 marca 1942 r. Nie tu jednak należy szukać najcenniejszych walorów pracy Franza Mawicka. Tkwią one moim zdaniem w opisie codzienności okupacyjnej Warszawy, odsłonięciu mało znanego oblicza wroga, pokazaniu atmosfery miasta nieujarzmionego, którego mieszkańców ów Szwajcar nie tylko szanował i podziwiał, ale którzy stali się wówczas jego przyjaciółmi. Może warto dodać jeszcze na zakończenie, że historycy szwajcarscy, nie mogąc – w swoim czasie – natrafić na ślad „Blättlera”, uznali całą relację za rzecz sfingowaną i nieautentyczna. Wdowa i siostra Mawicka podziękowały mi w listach za to, że dzięki polskiej edycji nazwisko autora stanie się może znane w jego własnej ojczyźnie. Odpowiedz Link Zgłoś