Gość: stolicznyj
IP: *.aster.pl
12.11.04, 08:48
Jak donosi dzisiejsze "Życie Warszawy", pan Robert Draba (Kaczy spec od
nieruchomości) wkrótce zacznie sprzedawać działki pod inwestycje na Placu
Defilad.
Wbrew pozorom, to wcale nie jest dobra wiadomość. Gazeta przypomina, że Kacza
ekipa narzuca potencjalnym inwestorom placu Defilad idiotyczny - motywowany
ideologiczną awersją do wysokich budynków ze strony Kaczego architekta
Warszawy, pana Michała Borowskiego - sztywny wymóg maksymalnej wysokości
planowanej zabudowy (tylko od 25 do 32 metrów, wyjątkowo do 40).
A skoro jak się podaje, wartość działek w tym rejonie sięga 12 000 zł za metr
kw., a w dodatku miasto zapowiada wypłatę ogromnych odszkodowań (z kieszeni
podatników, oczywiście) dla byłych właścicieli zgłaszających roszczenia do
terenów wokół PKiN, to powstają dwa pytania:
1) Czy są realne szanse na pozyskanie inwestorów, którzy zapłacą potężne
pieniądze za tereny, na których pan Borowski łaskawie pozwoli im postawić
kilkupiętrowe kamieniczki? Zwrot z takich inwestycji, już nie mówiąc o zysku,
nastąpiłby może za 100 lat, albo później.
2) Czy istnieje jakaś większość wśród Warszawiaków, która godzi się na to,
aby w dużym stopniu za ich pieniądze (vide odszkodowania), zamiast
wielkomiejskiego, ambitnego centrum, z którego Warszawa mogłaby być dumna,
powstanie kilka luźnych, małomiasteczkowych kwartałów zabudowy w stylu
projektu pani Staniszkis, które (z całym szacunkiem dla tych miast)
pasowałyby może dla Radomia, Siedlec albo Biłgoraja, ale na pewno nie do 2-
milionowej stolicy 40-milionowego kraju europejskiego?
Lepiej będzie, jeśli za inwestycje na Placu Defilad zabiorą się następcy
Kaczej ekipy, pozbawieni ideologicznych uprzedzeń do pełnej rozmachu
wielkomiejskiej, wysokiej zabudowy w wielkim stylu. A pan Borowski niech
lepiej wróci do swojej Szwecji dalej projektować domki letniskowe w "ludzkiej
skali".