Gość: prowokat
IP: *.telimeny / 192.168.0.*
13.09.02, 11:09
Za dawnych dobrych czasów tzw. komuny jedni ludzie czytali wstępniaki
w "Trybunie Ludu", a drudzy zajmowali się czytaniem pomiędzy ich wierszami
lub uważną analizą notatek na siódmej stronie, drukowanych zazwyczaj
nonparelem. Jedyne sensowne informacje mieli oczywiście tylko ci drudzy.
Obecnie nasza klasa polityczna z ulgą odkrywa, że "przystosowanie się do
norm europejskich" oznacza po prostu powrót do metod z okresu tow. Gomułki,
ale z absolutnym zakazem walenia po mordzie, co z jednej strony jest miłe,
ale z drugiej powoduje, że działania są mało skuteczne - kary śmierci
wymierzane za afery gospodarcze też nie zlikwidowały aferalności, która jest
w socjalizm wpisana nierozerwalnie. Musimy więc i my zrozumieć, że jeśli
chcemy się czegoś sensownego dowiedzieć o Związku Socjalistycznych Republik
Europejskich, to nie wolno czytać wstępniaków, które nieodmiennie donoszą o
dalszych postępach budownictwa socjalistycznego, o perspektywach wzrostu
gospodarczego, o tym, że ludność coraz bardziej kocha ZSRE, a młodzież
szkolna i przedszkolaki ślicznie machają chorągiewkami z 12 ślicznymi
gwiazdkami, a księża europatrioci przywdziewają nawet ornaty w odpowiednim
kolorze - i w ogóle o Jasnej i świetlanej przyszłości. Należy czytać to, co
jest na dalszych stronach.
I oto uważany za miarodajny - a na pewno najlepszy i najbardziej
obiektywny - dziennik, jakim jest "Rzeczpospolita", zamieszcza
korespondencje bardzo rzeczowego i obiektywnego dziennikarza, p. Jędrzeja
Bieleckiego, delegowanego do jaskini szakala, czyli do Brukseli. Możemy tam
przeczytać - pod tytułem "Polska znów goni Unię" informacje, wybitą zresztą
w nadtytule: "Kłopoty budżetowe UE stawiają w lepszym świetle nasz kraj".
Jak łatwo się domyśleć, treść tego jest taka, że (wg "Eurostatu", czyli
biura statystycznego federastów) Polska ma wzrost gospodarczy 0,9, proc., a
Unia 0,6 proc., czyli możemy być dumni...
...oczywiście pod warunkiem, że zapomnimy, iż sześć lat temu, zanim
zaczęliśmy przyjmować ustawy "europejskie" mieliśmy tempo wzrostu 7 proc.;
że USA mają 5,6 proc., a Malezja 14 proc.
Niektóre sformułowania p. red. Bieleckiego są jednak dziwne, np. "Polska
odrabia zaległości bardzo powoli". O ile umiem szacować w pamięci, różnica
0,3 proc. pozwoli nam dogonić Niemcy gdzieś koło 2130 roku... Dokładniej
liczyć nie będę, gdyż dane Eurostatu są notorycznie zawyżane i warte tyle,
co dane każdego socjalistycznego biura robiącego cokolwiek. Przypomnijmy, że
za tow. Gierka byliśmy już 10. mocarstwem gospodarczym świata - wg tej samej
metodyki, co przyjęta w ZSRE. Wzrost 0,6 proc. oznacza zazwyczaj spadek 1
proc. - ta różnica świetnie mieści się w granicach błędu statystycznego...
Jednak sześć lat temu UE rozwijała się w tempie 2 proc., a Polska 7 proc.
5 proc. różnicy pozwoliłoby dogonić Niemcy za 30 lat...
Ciekawsze jednak są dalsze informacje p. Bieleckiego. Otóż, przypomnijmy,
towarzysze z Brukseli ustalili plan 5-letni, zakładający walkę z inflacją,
deficytem budżetowym i inne, ogólnie słuszne cele. Podpisano nawet
odpowiednie, sprzeczne zresztą ze sobą (co sami przyznają!) traktaty. I
oczywiście przy wykonywaniu planu powstały przejściowe trudności. Co zresztą
będę się sam rozpisywał: oto dokładny fragment tekstu p. Bieleckiego
(za "Rzeczpospolitą" z 9 września 2002 r.).
"Poważną słabością polskiej gospodarki pozostaje wysoki deficyt
budżetowy, który ogranicza szanse kraju do szybkiego przystąpienia do strefy
euro. I ten problem jednak nieco blednie z powodu podobnych kłopotów krajów
UE. W sobotę ministrowie finansów Unii zapewnili, że limit z Maastricht (3
proc. PKB deficytu budżetowego) zostanie utrzymany. W ub.r. przekroczyła go
Portugalia, a grozi to Niemcom, Francji oraz w mniejszym stopniu Włochom.
Jednak praktycznie wykluczone jest już wypełnienie przez największe kraje
eurolandu zobowiązania zrównoważenia rachunku finansów publicznych do 2004
roku. (...) Ministrowie finansów `15` uważają, że jawne zrezygnowanie z
limitów z Maastricht może wywołać niepokój wśród konsumentów i na rynkach
finansowych, ograniczając możliwości wzrostu. Jednak rygorystyczne ich
przestrzeganie także jest niemożliwe".
Innymi słowy: u nas jest źle, ale u nich jeszcze gorzej (więc należy się
do nich przyłączyć?). Plan leży w gruzach, nie ma szans na jego realizację,
jednak nie można się do tego przyznać. Czyli trzeba ludzi oszukać. Cóż,
biorąc pod uwagę, że w myśl przyjętych w UE definicji marchewka jest owocem,
a ślimak rybą (sic!), trudno się dziwić, że niektóre wydatki państwa nie
będą uznane za wydatki, a przekroczenie limitu nie będzie przekroczeniem,
tylko elastycznym przestrzeganiem.
A przewaga ZSRE na ZSRS leży w tym, że Sowieci (w odróżnieniu od Polaków!)
w ogóle by się o tym nie dowiedzieli! Dla nas to kaszka z mleczkiem. My
umiemy czytać. I pisać. Wołam więc: "Niech żyje bratnia jedność krajów
europejskich! Naprzód do walki o pokój i demokrację europejską!" - a Państwo
już wiecie, o co mi chodzi!