Gość: robi
IP: *.dialup.warszawa.pl
30.03.03, 00:03
Chciałbym przypomnieć pewien artykuł (z Newsweeka bodajże). Autor pisząc go
nie znał jeszcze wyników szczytu kopenhaskiego i nie orientował się zbyt
dobrze w sytuacji ekonomicznej Polski. To go częściowo usprawiedliwia.
Nie zgadzam się z autorem, że po wejściu do UE nic się właściwe nie zmieni.
Zmieni się, zmieni i to jak. Ale moje poglądy znacie i nie o to chodzi, żebym
je teraz ponownie prezentował.
Przypominam ten artykuł wszystkim tym, którzy wierzą, czy chociażby mają
nadzieję, że UE wymusi w Polsce szybkie zmiany instytucjonalne. Nic z tego.
Na degrengoladę instytucji państwowych nałoży się kryzys finansowy, co tylko
pogłębi obecny chaos.
"WEJŚCIE PO PRZEJŚCIACH
Naprawdę Polska przystąpi do Unii gdzieś w 2013 r.
Pod koniec maja Eneko Landaburu, szef Dyrekcji Generalnej do spraw
Rozszerzenia w Komisji Europejskiej, powiedział, że być może Polska zostanie
przyjęta do UE dopiero w czerwcu 2004 r., a nie 1 stycznia 2004 r. Burza w
szklance wody, jaka przeszła przez polskie media i zmusiła niemal wszystkich
znaczących polityków do ustosunkowania się do tej wypowiedzi, uwidoczniła, na
jak mało istotnych kwestiach nerwowa polska opinia publiczna się koncentruje.
KLAUS BACHMANN
Korespondencja z Brukseli
Kilka lat temu, kiedy perspektywa wejścia do UE była zarówno mglista jak i
obiecująca, w kręgach zbliżonych do Unii Wolności uważano to za szansę
na „drugą reformę Balcerowicza”, na skok modernizacyjny: za pomocą środków UE
Polska sfinansuje infrastrukturę, zmodernizuje rolnictwo, usprawni
gospodarkę, a sami Polacy, pracując za granicą, wejdą w krwiobieg
zachodnioeuropejskiej gospodarki. Polska uzyska wpływ na najważniejsze centra
decyzyjne Europy i przestanie być kibicem.Obawy przeciwników były i są
diametralnie inne: UE pozbawi Polskę tradycji, wartości, kapitału i ziemi,
obezwładniając ją w tajemniczych, zdominowanych przez większe państwa
strukturach federalistycznych.Zarówno obawy jak i nadzieje mają wspólny
mianownik: wejście do UE uznawane jest za Big Bang, za przełom, wielką
zmianę, po której już nic nie będzie takie, jakie było dotąd. Również
przeciwnicy rozszerzenia w krajach UE rysują taki scenariusz: Polacy zalewają
unijne rynki pracy, rolnicy rujnują unijny budżet i zasypują inne kraje tanią
żywnością, polscy przedstawiciele rozsadzają unijne instytucje od wewnątrz za
pomocą obstrukcji i przesadnych żądań.Jeszcze zanim negocjacje z Brukselą się
zaczęły, wpadła mi w ręce mała broszurka wydana przez rząd austriacki, która
miała na celu rozproszenie takich obaw. Były one tam wyliczone, po czym
autorzy przedstawiali kontrargumenty: nieprawda, że Polacy będą
destabilizować unijne rynki pracy, ponieważ dostęp do nich zablokuje im
bardzo długi okres przejściowy. Nieprawda, że rolnicy będą zagrażać eksportem
tańszej żywności, ponieważ uniemożliwia im to bardzo długi okres przejściowy.
I tak dalej, i tak dalej. Aż w końcu uważny czytelnik musiał się złapać za
głowę: to po co ten cały wysiłek z rozszerzeniem, skoro ono nic nie zmieni?
Ale autorzy tej małej broszurki mieli rację: to nieprawda, że w Polsce lub w
UE coś dramatycznie się zmieni na lepsze lub gorsze w wyniku przyjęcia
Polski. Pewnego dnia Polacy obudzą się jako członkowie UE. (Nieważne, czy to
będzie 1 stycznia 2004 r., czy 1 czerwca 2004 r., czy kiedy indziej. I tak
przed oknem będzie piał kogut, na obwodnicy będą korki, podatki będą za
wysokie i świadczenia społeczne za niskie, urzędnicy aroganccy, a telewizja
nudna i brutalna. Wszyscy: polski rząd, unijne rządy, negocjatorzy i Komisja
Europejska na to zapracowali)."