Gość: Tadeusz
IP: 194.255.112.*
27.05.03, 10:29
Dobry pomysł ale nie pozytywnym lecz w negatywnym znaczeniu.
Dlaczego? odpowiedź można znaleźć w artykule, którego Gazeta w
przeciwieństie do duńskiej prasy nie zamieściła. Artykuł ukazał
się kilka dni przed zakończeniem rokowań o warunki przyjęcia
krajów poskomunistycznych do UE. Treść artykułu poniżej.
Cena zjednoczenia Europy widziana z Kopenhagi
Tadeusz Hynek, Kopenhaga, dn. 7.12.2002.
Za kilka dni na szczycie europejskim ma nastąpić zjednoczenie
Europy poprzez przyjęcie sporej części krajów byłego Bloku
Wschodniego do Unii Europejskiej. Wzniesiono już wiele pełnych
(samo)zadowolenia toastów z powodu zaproszenia do Europy
sąsiadów ze wschodu. Tak, jak by robiono tym krajom przysługę,
za którą powinny być wdzięczne, a która będzie nas drogo
kosztowała.
Bogate kraje mają bezsprzeczny interes w rozszerzeniu Unii
Europejskiej. Zagwarantuje nam to wolny dostęp do nowych, dużych
rynków zbytu, a zarabianie pieniędzy, operując na zagranicznych
rynkach, to jest coś, co my naprawdę potrafimy. Doskonaliliśmy
się w tej trudnej sztuce już od dziesięcioleci. Tego samego nie
można powiedzieć o krajach kandydackich, które do niedawna, nie
z własnego wyboru, miały komunistyczną gospodarkę planową z jej
wszystkimi minusami.
Prawa dla bogatych – obowiązki dla biednych
W naszym świecie kierujemy się zasadą, że w danym związku
wszyscy członkowie powinni korzystać z pełnych praw. Nawet
wtedy, gdy z powodów ekonomicznych nie są w stanie zapłacić
pełnej składki. Słabiej uposażonym redukuje się opłaty, a mimo
to mogą oni w pełni korzystać ze wszystkich korzyści jakie
umożliwia im członkostwo. Uważamy, że tylko takie postępowanie
jest sprawiedliwe, bo jak mówi znane powiedzenie: „najsilniejsze
barki powinny dźwigać największe ciężary”.
Około połowa budżetu Unii Europejskiej wykorzystywana jest na
dotacje dla rolnictwa. Jest to już dawno wprowadzone
subsydiowanie rolnictwa, z którego nasi rolnicy pilnie
korzystają, czasami nie zawsze zgodnie z duchem i literą prawa.
Na szczycie europejskim w październiku b.r. w Brukseli Kraje
Piętnastki podjęły tak zwane kompromisowe rozwiązanie, które
oferuje rolnikom z krajów kandydackich tylko 25% dotacji. Tak
więc bogate kraje zapewniły sobie pełne prawa do robienia
interesów na rynkach zbytu nowych członków UE, redukując
jednocześnie swoje zobowiązania do jednej czwartej, jeżeli
chodzi o subsydia dla rolnictwa w nowo przyjętych krajach.
Natomiast biedne kraje kandydackie muszą zaakceptować wszystkie
swoje ekonomiczne obowiązki – propozycja redukcji składki
członkowskiej w okresie przejściowym została przez UE odrzucona.
W zamian za to mogą korzystać tylko z części praw wynikających z
członkostwa. Dlaczego? Moim zadaniem, ponieważ kompromis
brukselski to demonstracja siły a nie sprawiedliwości.
Niestety biedne kraje nie mają wyboru, bo nie istnieją inne
alternatywy rozwoju niż europejska współpraca. Na drodze do
szybkiego rozwoju demokracji, wzrostu stopy życiowej czy ochrony
środowiska naturalnego, czyli wszystkiego tego, co zostało
zaniedbane w wyniku podziału Europy po Drugiej Wojnie Światowej,
członkostwo w Unii wydaje się być koniecznością. Wprawdzie
premier Danii przewodzący pracom UE Anders Fogh Rasmussen, wbrew
ustaleniom narzuconym przez kanclerza Niemiec Gerharda
Schrödera, oferował 40% dotacji, na co w końcu Schröder, po
serii gwałtownych protestów, zgodził się, ale są to w dalszym
ciągu dyskryminujące warunki, których kraje kandydackie nie
powinny zaakceptować. Co by powiedzieli francuscy, niemieccy czy
duńscy rolnicy, gdyby narzucono im tak nierówną konkurencję?
Argumentem za przyjęciem biednych krajów z byłej Europy
Wschodniej do UE, pierwotnie bez dotacji a później z bardzo
ograniczoną dotacją, podczas gdy pozostali rolnicy w Unii będą w
dalszym ciągu otrzymywali subsydia w niezmienionej pełnej
wysokości, jest to, że nas na więcej nie stać. Jednak uważam, że
nie stać nas na niezapłacenie pełnych dotacji. Dlaczego?
Konsekwencje wstąpienia do Unii Europejskiej będą katastrofalne
dla m.in. polskich rolników. Większość polskich gospodarstw
rolnych ani wielkością, ani efektywnością nie jest w stanie
konkurować z przeciętnym unijnym gospodarstwem. Dlatego ci
rolnicy utracą swój chleb i staną w już dzisiaj długiej kolejce
bezrobotnych, która niestety staje się dłuższa i dłuższa.
Zajęcie miejsca w tej kolejce nie jest żadnym rozwiązaniem,
ponieważ inne branże postkomunistycznej gospodarki też mają
poważne problemy. Polski rynek jest zalany zachodnimi towarami,
które wygrywają w konkurencji z rodzimymi produktami. Ten
ogromny rynek zbytu w krajach byłej Europy Wschodniej stwarza
miejsca pracy na zachodzie Europy, a nie w krajach wschodnich,
gdzie masowe bezrobocie już dzisiaj jest plagą, której nikt nie
jest w stanie zaradzić. Tym bardziej, że nowe inwestycje
wprowadzające nowoczesną, eftektywną zachodnią technologię
faktycznie redukują ilość miejsc pracy. Proces ten można
zobaczyć gołym okiem w byłych Niemczech Wschodnich, gdzie na
skutek poddania się mechanizmom gospodarki wolnorynkowej z Unii
Europejskiej wprawdzie jest pewien rozwój gospodarczy, ale za
cenę masowego bezrobocia.
Zagrożona stabilizacja
Jednym z głównych argumentów za przyjęciem byłych krajów Europy
Wschodniej do Unii Europejskiej to zapewnienie stabilizacji w
Europie. Ale rezultat przyjęcia tych krajów na proponowanych
warunkach może tylko przynieść wprost przeciwny efekt. Dlatego,
bo powstaną nowe problemy tam gdzie i tak jest ich dostatecznie
dużo. Unia Europejska uważa, że socjalne problemy to wewnętrzne
sprawy każdego z państw członkowskich, muszą one rozwiązywać je
własnymi siłami. Poprzez np. stworzenie efektywnego systemu
zasiłków socjalnych, gwarantujących bezrobotnym środki na opłatę
za mieszkanie, żywność, opiekę zdrowotną itp. Tak jak my to
znamy i uważamy za konieczne w nowoczesnej gospodarce
wolnorynkowej. Ale kraje byłej Europy Wschodniej ani nie mają
tradycji pomagania bezrobotnym, ani też nie jest je na
świadczenie takiej pomocy stać. W komunistycznym systemie było
pełne zatrudnienie a bezrobocie to było coś co istniało tylko na
dekadenckim Zachodzie. Także nie przez przypadek uważa się, że
kraje kandydackie, które nota bene stoją przed realizacją
miliardowych inwestycji wymuszonych unijnymi standardami co do
m.in. ochrony środowiska, faktycznie są biedne. Tak więc
dobrodziejstwa nowoczesnego państwa gwarantującego dobrobyt oraz
świadczenia socjalne umożliwiające przetrwanie także i tym, dla
których nie ma pracy, będą w tych krajach jeszcze długo
nieosiągalnym luksusem.
Można się słusznie obawiać, że rosnące bezrobocie spowoduje u
milionów ludzi pozbawionych środków do życia desperację i różne,
niekoniecznie legalne oraz z pewnością mało atrakcyjne taktyki
przetrwania. Takie jak praca na czarno czy w swoim, czy w
innych, bogatszych krajach unijnych. A także rozwój szarej
strefy gospodarczej, która przecież hamuje wzrost gospodarczy
oraz podkopuje poczucie poszanowania prawa. W końcu także wzrost
korupcji, przestępczości, prostytucji, żebraniny, itd. Rozwój
tych tendencji stanowi doskonałą pożywkę dla radykalnych
politycznych ruchów. Nie przypadkowo widzimy, że neonaziści
odżywają renesans w byłej NRD. Pomimo, że Niemcy wschodni mogą
korzystać z zachodnioniemieckich zasiłków, gdy pozbawieni
dochodów bezrobotni z byłej Europy Wschodniej, nie dostaną nic
od swoich bogatych sąsiadów.
Kamuflowany wyzysk gospodarczy
Sytuacji nie polepsza fakt, że szereg krajów przez dwa lata, a
Niemcy i Austria przez siedem lat, narzuciły krajom kandydackim
okres przejściowy, w którym, aby chronić swoje rynki pracy,
uniemożliwiły podjęcie zatrudnienia przez siłę roboczą z nowych
członków Unii. Można tak zrobić ale pod warunkiem wypłaty
kompensacji krajom biednym równoważącej br