Gość: Anka
IP: 213.241.43.*
06.06.03, 12:50
Dlaczego NIE
Stanisław Wojtera
Szanowni Państwo! Już za kilka dni przyjdzie nam zadecydować o przystąpieniu -
lub nie - Polski do Unii Europejskiej. Czas ostatecznej mobilizacji w
kampanii -
a potem już tylko wysiłek piętnastu minut spaceru do lokalu wyborczego. I
postawienie krzyżyka.
Nie muszę chyba specjalnie przekonywać czytelników "NCz!", że powinien to być
krzyżyk w kratce przy NIE. Dla porządku przypomnijmy tu jednak kilka
najważniejszych argumentów.
Nie ziszczą się marzenia o złotym deszczu europejskich dopłat. Szczegółowe
wyliczenia były już prezentowane na tych łamach. Polska najprawdopodobniej
będzie płatnikiem netto. Naprawdę słaby to interes, do którego się dopłaca -
ta
prosta prawda na poziomie dziecka ze szkoły podstawowej wydaje się jednak
przerastać zdolności pojmowania naszych tzw. elit.
Odpowiedzmy sobie na pytanie: czym Polska gospodarka może konkurować na
globalnym rynku? Co może być naszą mocną stroną? Na pewno nie siła kapitału.
Polskiego kapitału obecnie praktycznie nie ma. Nic dziwnego - wszelka
akumulacja niszczona jest w zarodku przez szalejący fiskalizm państwa.
Technologicznie również Polska nie stoi na zbyt wysokim poziomie. Odpowiedź
jest jedna: nasza jedyna szansa to niskie koszty.
Niskie koszty, czyli niskie podatki - zarówno te obciążające płace (wzrost
kosztów pracy), jak i podatki pośrednie, szczególnie w nośnikach energii.
Niskie koszty, czyli niskie i nie przymusowe składki ubezpieczeń społecznych
(znów kłaniają się koszty pracy).
Nie można zaprzeczyć, że przystąpienie do UE otworzy nam tamtejsze rynki. Cóż
z
tego, skoro konieczność przyjęcia unijnych uregulowań podatkowych,
ubezpieczeniowych i socjalnych spowoduje, że nasze towary będą na tych
rynkach
na z góry przegranej pozycji? Warunki akcesji powodują że wyzbywamy się
naszego
jedynego możliwego atutu - niskich kosztów prowadzenia działalności
gospodarczej.
Trzeba powtarzać do znudzenia: to, czego Polska potrzebuje, to radykalna
rozprawa z biurokracją (a nie rozrost eurobiurokracji), to zdecydowane
obniżenie podatków (a nie ich wzrost do poziomu europejskiego, a może
wyższego -
wszak akcesja kosztuje), to likwidacja kodeksu pracy i wielu innych
kosztownych przywilejów socjalnych (a nie zagwarantowanie ich
nienaruszalności
europejskimi regulacjami). Wówczas polska gospodarka będzie się rozwijać,
wówczas będzie konkurencyjna - i wówczas ma sens otwieranie dla niej rynków
europejskich.
Mówiąc krótko: to, czego Polsce trzeba, to wolny rynek, a nie przeregulowany
rynek unijny. Jedyną korzyść, jaką nam daje Unia - zniesienie barier celnych
oraz wolny przepływ ludzi towarów i kapitału - możemy osiągnąć bez
przystępowania do Unii!!! Wystarczy przystąpić do Europejskiego Obszaru
Gospodarczego i traktatu z Schengen. I właśnie EOG i Schengen powinny być
celami polskiej dyplomacji po odrzuceniu traktatu akcesyjnego.
Oczywiście obecna sytuacja w Polsce nie jest stanem szczególnie godnym
obrony.
I bez Unii mamy korupcję, bezrobocie, obłędnie wysokie podatki czy
rozrośniętą
biurokrację. Ale dopóki nie jesteśmy w UE, zawsze możemy ten stan rzeczy
zmienić. Po akcesji te bariery przeszkadzające w rozwoju Polski zyskają
umocowanie na poziomie traktatu międzynarodowego.
I nie dajmy się zwariować - głośne NIE w referendum nie zamyka nam na zawsze
żadnej opcji, również proeuropejskiej. Można sobie wyobrazić ewolucję UE w
pożądanym przez nas kierunku. Jeśli Unia odeszłaby od modelu biurokratycznego
superpaństwa w kierunku wolnorynkowej wspólnoty suwerennych państw - wówczas
przystąpienie do niej Polski miałoby sens. I byłoby możliwe, mimo NIE w
obecnym
referendum. Dania odrzuciła traktat z Maastricht, Irlandia odrzuciła traktat
z
Nicei - doprawdy nic tragicznego w tych krajach się nie stało. Po prostu Unia
zaoferowała im lepsze warunki. Wobec tych przykładów nie powinien przejść
obojętnie nawet najbardziej zagorzały euroentuzjasta.
Na razie jednak Unia staje się owym biurokratycznym, etatystycznym
superpaństwem. Akcesja w obecnej sytuacji, na wynegocjowanych przez rząd
Millera warunkach, jest po prostu sprzeczna z polską racją stanu. Dlatego
apeluję nie tylko do członków i sympatyków UPR, ale do wszystkich ludzi
dobrej
woli, wszystkich, którym leży na sercu dobro Polski - w niedzielę 8 czerwca
pójdźmy wszyscy do urn i powiedzmy NIE!
W ostatnich tygodniach obserwujemy w mediach festiwal nachalnej agitacji
proakcesyjnej. Nikt nie dba o zachowanie choćby pozorów obiektywizmu, nikt
już
nie udaje, że dostarcza informacji. Zalewa nas ze wszystkich stron
bezwzględna,
brutalna propaganda. Mogłoby się wydawać, że w takiej sytuacji nie warto iść
głosować, że wszystko jest już przesądzone. Nic bardziej mylnego. Drodzy
państwo, ta histeria mówi jedno: ONI SIĘ BOJĄ.
III Rzeczpospolita - państwo kapitalizmu republiki bananowej, państwo
przeżarte
rakiem socjalizmu - idealnie pasuje do UE. Unia jest logiczną konsekwencją
rozwoju III RP. Tylko że to państwo chyli się ku upadkowi. Dlatego
establishment i z lewej, i z tzw. prawej strony tak rozpaczliwe chce do Unii -
bo boi się odpowiedzialności za 13 lat swoich rządów. Wejście do Unii to dla
naszych, pożal się Boże, elit wielka ucieczka do przodu, ucieczka od
odpowiedzialności.
Dlatego taki natłok propagandy i stwarzanie wrażenia, jakoby wszystko było
przesądzone. Nie dajmy im tej satysfakcji. My, przeciwnicy Unii, my,
zwolennicy
zlikwidowania chorego systemu III RP, zostając w domu, pozwalamy, żeby ONI
wygrali po raz kolejny. Każde NIE dla UE to również głośne NIE dla republiki
bananowej. Zastanówcie się Państwo - czy chcecie żeby w Polsce dalej było tak
jak jest? Czy jesteście zadowoleni z polityków, którzy do tego stanu rzeczy
doprowadzili? Oni wszyscy są za akcesją. Właśnie mamy niepowtarzalną okazję
powiedzieć: "tym panom już podziękujemy". Każdy procent głosów na NIE to
osłabienie pozycji "towarzystwa". Liczy się każdy głos. 8 czerwca może być
początkiem końca socjalizmu w Polsce.
Nie zmarnujmy tej szansy.