tomek9991
10.10.03, 21:05
STEFAN HAMBURA, WALDEMAR GONTARSKI
Niemiecka lewica przestała się dystansować wobec Związku Wypędzonych (BdV).
Federalny minister spraw wewnętrznych Otto Schilly w tym roku został
odznaczony przez Związek Wypędzonych Medalem Wenzel-Jaksch - w ten sposób
podziękowano mu i uhonorowano za jego zaangażowanie w celu ponownego
ożywienia dialogu między socjaldemokracją a niemieckimi wypędzonymi.
Wręczenie medalu odbyło się podczas uroczystości z okazji pięćdziesiątej
rocznicy wejścia w życie federalnej ustawy o wypędzonych.
O tym, że politycy lewicy przestali się obawiać kontaktów z organizacjami
wypędzonych, świadczy fakt, że kanclerz Niemiec Gerhard Schr?der już trzy
lata temu skierował słowa do wypędzonych w związku z pięćdziesiątą rocznicą
podpisania Karty niemieckich wypędzonych. Powiedział wtedy między
innymi: "(...) Republika Federalna Niemiec nie wnosi żadnych roszczeń
terytorialnych wobec sąsiadów. Rząd federalny nie będzie obciążać stosunków z
tymi państwami politycznymi i prawnymi problemami pochodzącymi z przeszłości
(...)". W Polsce słowa te przyjęto z zadowoleniem. Jednak wraz z dyskusją o
Centrum przeciwko Wypędzeniom pojawił się temat roszczeń majątkowych w
stosunkach polsko-niemieckich, dotyczący ich zwrotu lub odszkodowań za nie.
Stanowisko rządu polskiego
"Ze wszystkich ekspertyz, jakie znam, bardzo poważnych, wynika niezbicie, że
zarówno polskie ustawodawstwo, jak i międzynarodowe skutecznie chroni przed
takimi działaniami" - tak o ewentualnych roszczeniach wypędzonych Niemców pod
adresem państwa polskiego powiedział premier Leszek Miller 23 września 2003
roku w radiowych "Sygnałach dnia". Rzecznik prasowy rządu, minister Marcin
Kaszuba, poproszony przez polskich dziennikarzy o udostępnienie opinii
prawnych, na które powoływał się premier, odpowiedział, że szef rządu oparł
się na "nieformalnych opiniach ekspertów" (sic!). Jednocześnie minister
Kaszuba oświadczył: "Rządowe Centrum Legislacyjne przewiduje w bliskiej
przyszłości opracowanie formalnego dokumentu ujmującego całościowo problem
odszkodowań od strony prawnej i przedstawienia go opinii publicznej".
Na razie minister Kaszuba uspokaja prasę: "Sądy międzynarodowe Unii
Europejskiej nie zajmują się sprawami własnościowymi". Podobny pogląd wyraził
szef polskiej dyplomacji Włodzimierz Cimoszewicz w "Trybunie" 2 października
2003 roku. Tymczasem Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu -
organ traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską (TWE) - wielokrotnie
zajmował stanowisko, że kwestia własności należy do suwerennych państw
członkowskich, ale prawo to podlega ograniczeniom wynikającym z traktatu.
Według utrwalonego orzecznictwa luksemburskiego uprawnienie państwa w
zakresie regulowania własności nie może być sprzeczne z takimi zasadami, jak
proporcjonalność i niedyskryminacja. Trybunał w Luksemburgu badał, czy sposób
stosowania prawa własności przez organy krajowe jest zgodny z zasadami prawa
wspólnotowego. Mało tego, badał nawet zgodność z prawem wspólnotowym
krajowych procesów wywłaszczeniowych i nacjonalizacyjnych - porównaj na
przykład orzeczenia w sprawach: C-182/83; C-306/96; C-302/97. W tych
orzeczeniach chodzi o to, że własność jest prawem podstawowym, i już z tego
względu ETS i Sąd Pierwszej Instancji w Luksemburgu wydają orzeczenia w tej
materii.
Po 1 maja 2004 roku, tj. po przystąpieniu RP do UE, sądy polskie w razie
wątpliwości co do obowiązywania lub też wykładni przepisów wspólnotowo- -
unijnych będą się zwracać z pytaniami do ETS lub SPI w trybie wstępnym, przed
zasadniczym rozstrzygnięciem (art. 225 i 234 TWE). Sądy, których orzeczenia
nie podlegają zaskarżeniu według prawa polskiego, będą miały taki obowiązek.
30 września 2003 roku zapadło bardzo ważne orzeczenie ETS (C-224/01), które
mówi, że państwo ponosi odpowiedzialność za szkodę, jakiej doznała dana osoba
wskutek błędnego lub wybiórczego stosowania przez sądy krajowe prawa
wspólnotowo-unijnego lub w wyniku jego niestosowania (naruszenie to musi być
oczywiste). Nawet jeśli doszłoby do blokady ze strony sądów polskich w
sprawach roszczeń majątkowych wypędzonych, być może trzeba by zapłacić
odszkodowanie według najnowszego orzeczenia ETS.
Stanowisko rządu niemieckiego
Ostatnio rzeczniczka niemieckiego MSZ powiedziała, "obydwa rządy reprezentują
odmienne stanowiska prawne w sprawach wypędzenia. Rząd niemiecki uważa, że
wywłaszczenia dokonane bez odszkodowań były niezgodne z prawem
międzynarodowym. Polski jest innego zdania. Oba są jednak zgodne, że "sprawy
przeszłości nie powinny obciążać przyszłości" ("Rzeczpospolita" z 2
października 2003 r.) Niepopieranie takich roszczeń przez rząd niemiecki nie
świadczy o tym, że ich nie ma. Jest to bowiem ze strony niemieckiej umywanie
rąk, czego zdaje się nie zauważać strona polska.
Wydawałoby się, że problem odszkodowania z tytułu wywłaszczenia majątków
niemieckich został rozwiązany wraz ze zjednoczeniem Niemiec. Zawarcie układu
pokojowego między Niemcami a czterema mocarstwami (USA, Związek Radziecki,
Wielka Brytania i Francja) było niemożliwe ze względów politycznych. Zamiast
tego podpisano traktat 2 + 4 z 12 września 1990 roku, który stwierdzał koniec
odpowiedzialności czterech mocarstw za Berlin i całe Niemcy oraz zamykał
całościowo wszelkie kwestie wojenne. Jednak kolejny akt regulujący polsko-
niemieckie stosunki dwustronne, tj. traktat z 17 czerwca 1991 roku o dobrym
sąsiedztwie i przyjaznej współpracy zawarty między Republiką Federalną
Niemiec a Rzecząpospolitą Polską, wprowadza różnice interpretacyjne. I to
jest kolejna rzecz, której zdaje się nie zauważać rząd RP.
W szczególności chodzi tutaj o wykładnię punktu 5 identycznych pod względem
treści listów obu ministrów spraw zagranicznych, dołączonych do ww. traktatu
z 17 czerwca 1991 roku. W punkcie tym "obie strony zgodnie oświadczają:
niniejszy traktat nie zajmuje się sprawami obywatelstwa i sprawami
majątkowymi". Takie stwierdzenie prowadzi do dwóch różnych konkluzji. Strona
niemiecka uważa, że kwestie prawne dotyczące własności nie były przedmiotem
rozmów, gdyż są uważane dalej za nierozstrzygnięte. Według strony polskiej
problem takich roszczeń w stosunkach dwustronnych już nie istnieje.
Stanowisko Niemiec potwierdza Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe,
który w swoim orzeczeniu z 5 lipca 1992 roku odnośnie do interpretacji
traktatu granicznego z Polską z 14 listopada 1990 roku zapisał, że traktat
ten nie ma wpływu na sprawy własnościowe na byłych terenach niemieckich na
wschodzie oraz nie narusza praw obywateli wynikających z art. 14 niemieckiej
konstytucji, chroniącego prawa własności oraz dziedziczenia. To orzeczenie
prowadzi do interpretacji zapisu pkt 5 powyższych listów w tym kierunku, że
obie strony powinny podjąć rozmowy, aby uregulować otwartą sprawę kwestii
majątkowych. I co istotne: to orzeczenie też nie jest zauważane przez rząd RP.
Co robić?
W Polsce minął już czas, w którym można było uchwalić ustawę
reprywatyzacyjną. Należało to uczynić przed przystąpieniem RP do UE. Teraz
trzeba by uwzględnić również obywateli niemieckich, gdyż art. 12 TWE zawiera
zakaz wszelkiej dyskryminacji ze względu na przynależność państwową. Kwestie
własnościowe można było uregulować w ww. traktacie z 1991 roku albo w
traktacie o przystąpieniu RP do UE.
Dzisiaj są inne sposoby na rozwiązanie problemu. Proponujemy na przykład
tworzenie w Polsce własnych list szkód i strat. Wszak same straty w Warszawie
w wyniku zburzenia miasta po powstaniu warszawskim były kolosalne.
Przygotowaniem ewidencji szkód poniesionych przez Polskę podczas drugiej
wojny światowej mogą się zająć stowarzyszenia skupiające osoby poszkodowane
lub ich spadkobierców. Jednak trzeba to robić teraz, aby społeczeństwo
niemieckie, opinia publiczna, środowisko prawnicze zdały sobie sprawę z wagi
problemu. Także j