wiu
11.03.09, 19:27
Nie wiem, czy pamiętacie, al episałam tu jakis czas temu o mojej
starej kotce po operacji guzów wątroby.
Ostatnio przenieśliśmy ją do garażu, bo bardzo brudziła -
popuszczała w różnych zakamarkach, rzygała, itd. co odkrywaliśmy
dopiero po jakimś czasie, śledząc "niepokojący" zapaszek w jakimś
kącie. Garaz mamy ogrzewany, "w bryle domu" - przenieśliśmy tam
jej "meble" (kuwetę, miski, posłanie). Ciągle była chuda, ale
kładliśmy to na karb orzeczonego przez weta wieku (kot uliczny, o
nieznanym wieku metrykalnym, powyżej 10 lat) i perypetii
chorobowych. Dopóki jadła, piła i ... wydalała "normalnie" (stw. wg
kuwety), nie martwiliśmy się. Odwiedzałam ją zawsze przynajmniej raz
dziennie, sprawdzałam zasób karmy, wymieniałam wodę, czasem
przynosiłam smakołyki. Dziś wieczór nie podbiegła do miski, kiedy
jej "coś" przyniosłam. Miauknęła żałośnie i PRÓBOWAŁA podnieść się
na nogach. Przystawiłam miski blisko do jej posłania .. Rano
jedziemy do kliniki. Zastanawiam się, jak wygląda ... koniec
takiego "doświadczonego" kota. Ile i jakiego życia jej zostało...?
Jak się podejmuje decyzję o ... uśpieniu? Szczerze mówiąc, mam
trochę wyrzuty sumienia. W grudniu urodziło mi się dziecko i nie
mogłam tak się nią zajmowac jak kiedyś. Sprzatanie po niej stało się
kłopotliwe, zwłaszcza, że nie rokowała pod tym względem poprawy.
Wystarczająco absorbujący był dzidek... Przenieśliśmy ją więc do
garażu ... i żyła tam trochę takim samotniczym życiem, choć mówię
sobie, że miała przynajmniej spokój (mamy jeszcze drugiego kota,
który ją ścigał) i nigdy nie była "typem towarzyskim".
Proszę o wypowiedzi osoby, które już kiedyś były w podobnej
sytuacji... dotychczas "umierały mi" króliki, ptaszki...ale nie
kot...