lomendil
16.07.09, 14:01
Tydzień temu znalazłem na podwórku maleńkiego, przeraźliwie chudego kotka, z
zaropiałymi oczami, zupełnie nie reagował na podejście do niego czy
wyciągnięcie ręki, ani na mojego psa. Zabrałem go do lekarza, pani stwierdziła
koci katar. Dostał jakiś zastrzyk, umyliśmy mu oczy i łapki z ropy, dostał
krople, zabrałem go do domu. Przemywałem mu oczy rumiankiem, następnego dnia
przyszedłem na kolejny zastrzyk. Kotek wyraźnie odżył, zaczął jeść, chodził za
mną krok w krok, zaczął się załatwiać do kuwety, z noska przestała mu płynąć
ropa etc. W niedzielę poszliśmy na kolejny zastrzyk, już do innej lekarki na
dyżur. Ta podała mu też lek na robaki i przepisała krople do oczu z
antybiotykiem. W poniedziałek kotek był bardzo żywy, chętnie jadł, przytulał
się, oczy już nie ropiały - wszystko zdawało się ok. Wieczorem zakropliłem mu
do oczu krople, bardzo się wyrywał, a zaraz potem uciekł pod kaloryfer. Idąc
spać, wyciągnąłem go stamtąd, spał jak zawsze ze mną. We wtorek rano był już
osowiały, nie mógł zrobić kupy. Poszliśmy do lekarza, dostał kroplówkę,
lewatywę, przepisano nowy antybiotyk. Wróciliśmy do domu, w aptece antybiotyku
nie było, miał być dopiero po południu. Cały dzień kotek leżał, ciężko
oddychał, wieczorem umarł. Czy to ten katar go zabił, mimo chwilowej poprawy?
Stres przy zapuszczaniu kropli? Niska odporność? Wiem, że nie przywróci mu to
życia, ale dręczą mnie wyrzuty sumienia, że może czegoś nie zrobiłem, a może
coś zrobiłem niewłaściwie... Czy możliwa jest tak szybka poprawa i równie
szybkie pogorszenie stanu zdrowia kotka?