Gość: Pracownik
IP: 5.5R* / 61.233.144.*
10.02.05, 07:44
Z pamiętnika ofiary.
Dzisiaj znowu poniedziałek co tu zrobić? A może by tak się rozchorować – nie
to nie jest dobre rozwiązanie. Z ciężkim sercem wstaję z łóżka i zbieram
powoli myśli może jednak dzisiaj nic się nie przydarzy, może to jednak tylko
zły sen. Niestety ale zdaje sobie sprawę że to nie sen. Docieram jakoś w to
miejsce w którym przyszło mi pracować – PORADNIA PSYCHOLOGICZNO-PEDAGOGICZNA
to brzmi dumnie !!! Wchodzę do poradni cicho otwierając drzwi z pewnym
wahaniem co mnie tutaj dzisiaj spotka. Na korytarzach snują się jak cienie
rodzice dopiero co wyrwani ze snu czekający aż ktoś wywoła ich dzieci do
badania. Niby wszystko jest normalnie a jednak nie do końca. W tej ciszy
słychać jak ktoś płacze i za chwilę się wyjaśnia, ten ktoś płacze bo nie może
znaleźć zielonego talerzyka a to ulubiony talerzyk pani dyrektor, co tu
zrobić. Biedna dziewczyna sponiewierana i skrzyczana na kolanach szuka
zielonego talerzyka. Chodzi od pokoju do pokoju przerywając trwające badania
w poszukiwaniu zielonego talerzyka. To zadanie jest tak ważne że jego
zleceniodawca nie cofnął się przed nawymyślaniem od „różnych takich” tej
która szuka tego cennego przedmiotu. Zastanawiam się tylko kto będzie
odbierał teraz telefony. Kto będzie przepisywał nasze opinie psychologiczne i
pedagogiczne skoro jedyna osoba która jest do tego upoważniona szuka na
kolanach zielonego talerzyka. Cóż może jest w tym jakiś psychologiczny sens w
końcu PANI DYREKTOR JEST PSYCHOLOGIEM! A tak przecież zielony uspokaja, więc
o to tu chodzi.
KOLEJNY DZIEŃ - wtorek. Dzisiaj wszyscy byliśmy na dywaniku to znaczy była
rada pedagogiczna na której się dowiedzieliśmy jakimi jesteśmy
niekompetentnymi kretynami (w sumie dla nas to nic nowego, zawsze tak nas
nazywa jak jej choroba się nasila, więc tłumaczymy sobie w sercu że zaraz
może jej minie spokojnie, spokojnie, spokojnie...). Staramy się pytać ale co
robimy źle? Pada powalająca nas na kolana błyskotliwa odpowiedź „TO WY NIE
WIECIE CO ROBICIE ŹLE, jacy z was są specjaliści” – no comments. Aha tak przy
okazji, odnalazł się zielony talerzyk ale nie znalazły się ludziki nim
latający za wyjątkiem jednego do którego talerzyk wrócił.
DZIEŃ TRZECI. – wpadła jak burza na korytarz, gdzieś w dali trzasnęły czyjeś
drzwi, jej głos pełen obłędu krzyczy „...gdzie jest mój ZIELONY długopis !
@%??” (pani dyrektor lubi uspokajające kolory). Wyczuwam że się kroi kolejna
awantura delikatnie zamykam za sobą drzwi od mojego pokoju żeby spokojnie
przeczekać nawałnicę i zająć się swoją pracą. Po jakimś czasie ta sama
dziewczyna co szukała zielonego talerzyka z oczami pełnymi łez puka do mojego
pokoju przerywając badanie. Czy, czy ... nie ma tu może takiego długopisu, -
ale jakiego zadaję jej pytanie. Nie wiem jakiego, po prostu takiego pani
dyrektor.. bo jak go nie znajdę to ona chyba mnie rozszarpie. Myślę sobie,
aha był czas kiedy panią dyrektor ktoś obserwował i podsłuchiwał, nadchodzi
czas kiedy giną jej rzeczy, no to mamy złodzieja wśród nas i ciekawe na kogo
padnie.
DZIEŃ CZWARTY – dzisiaj jesteśmy pod pręgierzem. ... to z waszej winy
rozwiążą poradnię !! - krzyczy – ale pani dyrektor co się stało, wyrwał się
jakiś odważniejszy głos. To przez was, piszecie jakieś głupoty o mnie do
starostwa!!! Ja wam jeszcze pokaże kto tu rządzi! Za jakiś czas gdy „bestia”
ostygła zwracamy się do niej z zapytaniem o wydanie jakiegoś orzeczenia dla
dziecka które potrzebuje indywidualnego nauczania na to rozlega się głos „to
wy tego nie wiecie!!!!! Jacy z was specjaliści! No myślę sobie taką odpowiedź
to ja już znam ale przydałyby się jakieś konkrety, w zamyśleniu puknęłam się
w czoło, czego spodziewam się po kobiecie która jedyne co robi to szuka kto
tu jeszcze w poradni w jej obecności próbuje się uśmiechać i jak zgasić ten
uśmiech. Aha sprawa trafiła do niszczarki, rodzic dziecka którego sprawy nie
umiała rozwiązać dyrektorka usłyszy jakieś kity, o ile w ogóle się jeszcze
pojawi, a my przechodzimy dalej do porządku dziennego, był jakiś rodzic, było
jakieś potrzebujące pomocy dziecko, teraz nie ma nic żadnego dokumentu, nic
co można by udowodnić, po prostu nie ma sprawy.
DZIEŃ PIĄTY – Myślami jestem już z powrotem w domu ale czekający rodzic
przypomina mi gdzie się znajduję – no zabieram się do roboty. Niestety za
chwilę wpada do mnie przerywając moje badanie ONA, przepraszam rodziców że
zostawiam ich dziecko ale pani dyrektor ma bardzo ważną sprawę do mnie. Czuję
że robi mi się gorąco, siedzę na krześle i czuję jakby mnie zaczynała oplatać
jakaś niewidzialna pajęczyna, słowa padają jednak niewiele z nich do mnie
dociera, gdzie niegdzie tylko wyłapuję jakiś sens, dowiaduję się tego jakie
moje koleżanki są złe jak źle chcą dla mnie jak powinnam na nie uważać bo one
mi zrobią krzywdę. Czasami zmienia jej się ton głosu to mówi cichutko niczym
malutkie dziecko to ciska piorunami a w kącikach jej ust pojawia się malutkie
jeziorko spienionej śliny, na koniec słyszę pytanie „ a może byśmy tak sobie
teraz posłuchali jakiejś ładnej kolędy ?”, ale pani dyrektor na korytarzu od
dwóch godzin czekają już na mnie rodzice a za chwilę przyjdą kolejni. W końcu
jestem już u siebie słyszę tylko jeszcze jak do gabinetu została wciągnięta
kolejna osoba, ciekawe czy teraz to ja będę tą złą o której będą snute
opowieści. Ehh zabieram się do roboty, na idiotyzm się nic nie poradzi.
DZIEŃ SZÓSTY – Jak to ! Znowu muszę iść do pracy, nie to tylko sen, dzisiaj
jest sobota, czas relaksu i odpoczynku. Ale niestety nie był to dla mnie
żaden relaks bo moje myśli znowu snuły się naokoło poradni dziwnych zachowań
pani dyrektor, tego kto będzie kolejny, kogo będzie szantażować, kto będzie
płakał a kto będzie się śmiał. Moi bliscy mówią że zaczynam zachowywać się
dziwnie, większość z tego co opowiadam brzmi tak niewiarygodnie że ledwo co
mi wierzą. Czuję gorycz. Zamiast wypoczywać myślami znowu krzątam się gdzieś
po korytarzach poradni, oblewają mnie zimne poty.
DZIEŃ SIÓDMY – Nie ma żadnego dnia siódmego, bo już dzisiaj zaczyna się dla
mnie poniedziałek. O niczym nie jestem w stanie myśleć, tak jak chyba
większość z nas, właściwie zaczyna dopadać mnie apatia, czuję że nic ode mnie
nie zależy że nieuniknione musi przyjść, terror nadal będzie trwał bo dla
nikogo nie jest to ważne, bo jak zwykle nikt nie zareaguje (musi chyba
pojawić się trup, żeby coś się ruszyło - mam nadzieję że nie będzie to moja
rola).