Potrzebuję jakiegoś postawienia do pionu. Mam na stanie bardzo temperamentnego synka, 15 miesięcy, łatwo nie jest, ale wydaje mi się, że sobie nieźle radzę. Jako duży nerwus, przy synku odkryłam w sobie oceany cierpliwości, i też kreatywności, no w ogóle same plusy dodatnie. Niestety oceny te gwałtownie kurczą się i wysychają podczas posiłków, zwłaszcza ostatnio. Ogólnie dziecię je super, radzi sobie z widelcem, łyżeczką, choć woli rączkę, sprawnie gryzie. Ale jak w tytule - maluch uwielbia zabawy jedzeniem więc każdy posiłek się nimi kończy. Od początku stosowaliśmy blw więc byłam na to przygotowana, potem radziliśmy sobie też nieźle, bo rzucanie talerzem itp to był ewidentny sygnał: już nie jestem głodny. Ostatnio jednak rzucanie żarełkiem, czasem dla testów grawitacyjnych i innych eksperymentów, czasem wręcz prowokacyjnie, ma miejsce od razu. Przerwanie posiłku powoduje protest, wskazywanie rączką znaku jedzenia więc mam wyrzuty, że jednak młode głodne. Po czym znowu zabawa na całego. No i trafia, mnie, niestety. Nawet nie kawałek makaronu, ale najprawdziwszy szlag.
Na nic stanowcze "stawianie granic", choć w wielu wypadkach działa, tu akurat mój synek jest niereformowalny. A ja robię się beznadziejna, wyznam - prawię kazania, zrzędzę, mam ochotę strzelać fochy itp. Wychodzą ze mnie minusy ujemne

Mam pytanie - kiedy dzieci zaczynają ogarniać, że do jedzenia trzeba podejść z minimalnym choćby szacunkiem? Czy ja za dużo wymagam w tym momencie? Czy mam wyluzować (i jak?) Powiedzcie mi drogie matki doświadczone, proszę - kiedy te nasze kochane i straszne potwory przestają rzucać jedzeniem? A może Wasze w ogóle tego nie robią?