Wieczór jak codzień, niestety ani piątkowy, ani sobotni. Wtorek.
Dylemat jak co dzień, co jutro na obiad?
Cokolwiek by to być nie miało, muszę do sklepu. Zabieram mężowi jego kartę,
ostatni dowód, że kiedyś był wolnym człowiekiem i lecę. Przed bankomatem jakiś
pan stoi, stoi i stoi. Ja też stoję i pracowqicie powtarzam w myśli pin do
meżowskiej karty. Akcja odblokowywania karty nie należy do moich ulubionych.
Pan się odwraca i wreszcie idzie, coś przeklinając. Podchodzę do bankomatu...
a tu pieniądze. Najpierw pustka w głowie. Potem szybki rzut na kase... jakieś
500 zł, pół mojej pensji, czynsz za mieszkanie, może nawet plus moja
sieciówka. Łapię te piniądze i......
... lecę za za facetem drąc się "proszę pana". Facet w końcu mnie usłyszał,
pojął o co chodzi, wziął pieniądze, podziękował, odwrócił się i poszedł.
Panie Boże, nie wódź mnie więcej na takie pokuszenie.
Linusia
P.S. Jutro na obiad będzie żurek, z białą kiełbasą. Na prywatnym kącie męża
było 20 zł

.