Chodzi mi o obecne możliwości "zdiagnozowania" nawet bardzo wczesnej ciąży. Teoretycznie -dobrodziejstwo: można od razu odstawić brane leki, uniknąć nawet jednej lampki wina, rzucić palenie i nie zatruwać dziecka. Niby super. Ale.
No właśnie - poronność bardzo wczesnych ciąż (takich kilkutygodniowych) z przyczyn fizjologicznych nadal jest spora. I teraz tak - kiedyś, przed epoką testów domowych i mody na badanie krwi sprawdzające betę, kobiecie spóźniał się okres, czekała sobie trochę, czasem coś podejrzewała, częściej pewnie nawet nie, potem dostawała okres i było ok. Teraz, zwłaszcza kobiety starające się o ciążę, robią testy b. wcześnie, wychodzi pozytywny, radość olbrzymia, po czym po paru/parunastu dniach dostają krwawienia i psychicznie to już jest poronienie, utrata dziecka.
Właśnie mam obok siebie taki przypadek - pozytywny test, radość nieprzytomna, tydzień później krwawienie - i czarna rozpacz. I kurczę tak sobie myślę, że jednak nie zawsze to jest dobrodziejstwo, ta możliwość wczesnego rozpoznania ciąży. Bo potem boli jak cholera.
Sorry, patrzę na koleżankę, żal mi jej jak diabli i musiałam się wygadać