asia_i_p
15.11.11, 08:38
Właśnie sobie poczytałam w sąsiednim wątku, jakie korzystne dla mnie i dla mojego dziecka jest to, że pracuję zawodowo. I cholera, akurat dzisiaj ciężko mi się do tego przekonać.
Dziecko ma trudne początki w szkole - przejmuje się, brzuszek je boli, nowa grupa, nowe warunki, a ona jest nieśmiała. Albo pasożyty, czego też nie wykluczamy, ale do nerwicy szkolnej łatwiej się podpiąć z poczuciem winy, więc się podpinam.
Gdybym nie pracowała, dziecko spędzałoby w tej szkole pięć godzin i chorowałoby w domu, aż do doleczenia ostatniego przysłowiowego katarku. Ponieważ pracuję, dziecko siedzi w szkole siedem, a dwa razy w tygodniu osiem godzin, z tego dwie-trzy w świetlicy - i niewiele da się z tym zrobić, bo ja mam przeważnie na rano, a ona na popołudnie. I teraz jest wywieziona do babci, bo jeszcze kaszlała, a u mnie w szkole olimpiada i wystawienie ocen proponowanych.
I cholera, te wszystkie zalety pracy zawodowej matki nie pomagają. Mam dzisiaj na później i zamiast się rozkoszować przedpołudniem przy sprawdzaniu listów siedzę i ryczę jak głupia, że dziecko chore u babci, a nie ze mną i że jak wróci, to znowu będzie siedzieć w świetlicy. Teraz, kiedy koleżanka wróciła do pracy i nie mam już części jej godzin, w poniedziałek dziecko będzie miało przed szkołą tylko zuchy, które lubi, a we wtorek będzie chodziło wprost na lekcje, ale ja mam wrażenie, że to za mało, że w tym pierwszym roku nauki ona potrzebuje więcej mojej uwagi i więcej odciążenia od przebywania między ludźmi. Mam po prostu wrażenie, że ją zawodzę, żę nie ma mnie przy niej, kiedy mnie bardzo potrzebuje, a roboty nie zostawię, bo kredyt się sam nie spłaci i na pozorowany zdrowotny nie pójdę, bo nie mam sumienia tego zrobić. Niania na ranne godziny byłaby sporym obciążeniem finansowym + kolejną nowością dla małej.
Dobra, wygadałam się, biorę się w garść i biorę się za listy. W zasadzie wiem, że trzeba jak najbardziej wykorzystać układ, który jest, zamiast płakać nad tym, czego nie może być - ale mam doła.