Zazdroszczę koleżance która nie uczyła sie w klasie maturalnej za to rozgladała sie za mężem i wtedy własnie go poznała. W wieku 20lat urodziła dziecko, mając 22lata drugie. Zdała maturę na troje i rozpoczela zaocznie pedagogikę. Ma juz ułozone zycie, nigdy się nie stresowała niczym ma dzieci, jest szczesliwa. Zrobiła licencjat z pedagogiki jak Mała podrośnie chce dokonczyć magisterkę. Jej mąż to mój kolega z ławki z podstawówki

miły, szczery, sympatyczny chłopak który dba o rodzinę. Natomiast mi sie zupełnie zycie nie układa

. W wieku tych 19lat siedziałam nad książkami żeby dostać się na ten, a nie inny kierunek, na te a nie inne studia. Dostałam się, potem na studiach penamentne stresy zwiazane z sesją. Imprezy owszem jak to studenci ale mimo wszystko na 1 miejscu studia. Poznałam też faceta ale nam się zupełnie nie układa. Mamy chwile kryzysu i może dlatego ten temat piszę. I co mi po tych studiach? nie mam dziecka, nie jestem szczesliwa, teraz nawet po studiach ciezko o pracę, nie mam meża i jestem w kryzysie z połówką. Po co byłam taka ambitna. Mogłam brac przykład z kolezanki i szybko zakładac rodzinę. W końcu ona też powoli skończy studia. Zazdroszczę jej. Boje się, że ja nigdy nie założe rodziny bo co facet to po kilku miesiacach kryzys. Więc moze to ja jestem taka kryzysowa narzeczona

. Wywołuje tym uśmiech u rodziców, że jeszcze wszystko przede mną. Ale tak mnie na rozmyslenie wzieło dlaczego nie układa mi sie w miłości? moze nie można mieć wszystkiego w zyciu? i ja mam mozliwości troche lepsze po studiach za to ona ma szczesliwa rodzinę? Oby tak nie było. I zazdroszcze wam i dziecka i juz jakiejs stabilizacji. Mi tego brakuje ale tego wlasnie nie potrafie sobie ułozyć.