Ludzie powariowali. No powariowali. Angole mieli byc flegmatyczni, spokojni i w ogóle bez szaleństw. A tu... totalne szaleństwo! Teraz jest szał z powodu Jubileuszu Królowej. W piatek w pracy najpierw ubrali całe biuro we flagi, potem przemówienie dyrektora w czasie którego obok dyra stały jego asystentki z maskami z twarzą Elżbiety II (WTF???)
Następnie przyszła pora na street food. Nie bardzo wiedziałam o co im chodziło i spokojnie dałam się wciągnac w wir pracy gdy nagle poczułam zapach ryby i frytek...
W przejściu między biurkami rozdawano typowe angielskie jedzenie (90% to frytki i ryba) , które nalezało spożyć właśnie w przejściu, na stojąco.
Na koniec dobiegły mnie radosne okrzyki, przybiegł kolega i wyciągnął mnie do przyczepiania osłu ogona (z zawiazanymi oczami). Wreszcie, po południu podano herbate, oraz bułeczki z masłem (które nie było masłem tylko śmietaną) i drzemem. Podwieczorek spożywano oczywiście w przejściu i prowadzono dyskusje czym najpierw tę bułke należy posmarowac. W różnych częściach WB różnie się smaruje. Jedni uważali, że najpierw nalezy rozsmarowac śmietanę, a potem dżem:

a inni, ze wręcz przeciwnie.
Nie omieszkano zapytać, jak sie spozywa scone (bo ta bułka to scone) w Polsce. Odpowiedziałam, że u nas scone najpewniej byłby przekładany:
Po południu wyrwałam się na chwilę do galerii handlowej po kilka drobiazgów, wchodze do sklepu a tam... w sklepie, miedzy półkami rozstawione stoły, Anglicy popijający herbatkę i śpiewający narodowe piesni. Wszedzie God Save the Queen się rozchodzi.
Raczej nie wybiorę się na oficjalne obchody Jubileuszu Królowej (juz się zaczęły i trwają aż do wtorku!), ale z ciekawością obejrzę relację na szklanym ekranie.