anetuchap
25.06.13, 19:01
W niedzielę przeżyłam istny horror (dla mnie).
Tak ok.18 wybrałyśmy się do pobliskiego CH,bo starsza chciała kupić baterię do aparatu,
a młodsza miała nadzieję na lody. Jak wychodziłyśmy,to niebo było zachmurzone,wiedziałam,
że będzie padać, więc wzięłyśmy parasolki. Zaczęło padać mniej więcej w połowie drogi do
sklepu. Zostało nam jakieś 5 minut do przejścia i nie przypuszczałam,że będzie tak ciężko.
Nagle z drzewa zaczęły lecieć wiadra deszczu,a potężny wiatr zwiewał tą wodę na nas,
tak jakby zalewała nas fala. Wiatr wiał na nas z przodu i ledwo szłyśmy do przodu.
Parasolki na nic się zdały,bo wiatr zawiewał na nas takie ilości wody,a poza tym,nie mogłam
jej utrzymać. Byłam przerażona,że zwieje nas na ulicę,że nie dojdziemy,że coś się
stanie dziewczynkom. Dawno tak się nie bałam.
Jak dotarłyśmy do galerii to byłyśmy całe mokre,jakbyśmy w ubraniach weszły do basenu.
Młodszej było bardzo zimno i poszłyśmy do sklepu,bo chciałam kupić coś suchego,
dla młodszej,bo starszej zimno nie było. Szybko szłyśmy do działu z dla dzieci,
zjeżdżałyśmy schodami ruchomymi i już na samym dole,gdy chciałam już schodzić z tych
schodów, pośliznęłam się (kompletnie mokre tenisówki). Wydawało mi się,że nic się nie
stało,ale całą dłoń miałam we krwi,kapało na podłogę. Byłam zła,bo jak ja teraz pójdę po te
ciuchy dla młodszej,całe ręce zakrwawione. Personel zajął się nami bardzo dobrze,muszę
iść im podziękować. Niestety skaleczenia na przedramieniu trzeba było szyć i wylądowałam
na pogotowiu. Jakoś to mnie nie denerwowało,bardziej przejmowałam się tym,że dziewczynkom jest zimno i się martwią.