default
06.08.13, 12:50
Z wszystkimi ludźmi mieszkającymi w na naszej "ulicy" (raczej drodze), a nawet z ich częstymi gośćmi, moje psy są zapoznane, ludzie też je znają, większość jest wręcz z nimi zaprzyjaźniona, a ci co nie są, pozostają obojętni, czyli ani się do psów nie odzywają, ani nie narzekają na nie.
Oprócz jednego faceta, ojca mojego sąsiada – ile razy natknie się na moje psy, od razu zaczyna wymachiwać laską (zdarzyło się też, że przyłożył temu czy owemu przez grzbiet) i tupać na nie – co rzecz jasna wywołuje u nich niezłe wkurzenie. Po paru takich akcjach wyrobił im się odruch warunkowy i teraz jazgoczą na dziadka jak tylko go zobaczą, nawet z daleka.
Tłumaczenie, by tak nie robił nic nie pomaga, dziadek pieni się, że psy są agresywne i mu zagrażają. Fakt, że pozostali mieszkańcy ulicy nie czują nijak zagrożeni (nawet jego osobiste wnuki w wieku wczesnoszkolnym) zupełnie do niego nie przemawia. Teraz zresztą nawet jakbym go przekonała, by nie zachowywał się jak debil, to i tak po ptokach, bo moim psom już zawsze będzie się kojarzył z przemocą.
Sąsiad nawet przyszedł do nas i prosił byśmy nie wypuszczali psów, gdy ojciec będzie na drodze, bo (cyt.): „on się ich panicznie boi i ja nie mam sposobu, by go przekonać, że to niegroźne psy”.
Dobra, staram się – zanim otworzę furtkę, wywieszam się przez płot i wypatruję dziadka.
Ale tak się zastanawiam – jak to możliwe do tego stopnia bać się psów, znanych i widywanych codziennie, na które nikt się poza tym nie uskarża ? A jednocześnie nie bać się zaatakować je kijem i wymachiwaniem nogami ?
Ludzie są dziwni, naprawdę. Dziadek nie jest bardzo sędziwym dziadkiem, wygląda sprawnie i krzepko, ale może to początek demencji czy czegoś gorszego ???