Jestem niewierząca, niewierząca jest także moja mama, o czym wie cała rodzina, także ta mocno wierząca i praktykująca część. No i ostatnio kuzynka poinformowała mnie, że dały na mszę w intencji mojej mamy. Mama ostatnio doznała urazu biodra, miała operację, jest w szpitalu, no i kiepsko z nią, jak na razie. Kuzynki uradziły, że udzielą cioci wsparcia w ten właśnie sposób.
Nie wiedziałam naprawdę co powiedzieć - z tonu komunikatu wynikało, że kuzynka oczekuje podziękowań, tylko że ja nie bardzo wiedziałam za co mam dziękować. Msze, modlitwy, sakramenty - to są rytuały mające znaczenie dla osób wierzących, więc to wyłącznie dla nich miało znaczenie i wartość, że opłaciły mszę "w intencji" i uczestniczyły w niej. Dla mnie wartość może mieć najwyżej sam fakt, że kuzynki myślą o mojej mamie i jej współczują.
W końcu powiedziałam tyle, że doceniam gest i zainteresowanie
Dodam jeszcze, że zanim wypłynęła sprawa mszy, byłam molestowana, by koniecznie przed operacją sprowadzić do mamy księdza, który by ją wyspowiadał i udzielił ostatniego namaszczenia – tak „na wszelki wypadek”. Przekaz był taki: „ja wiem, że ciocia do kościoła nie chodzi i ty też, ale wiesz – w tej sytuacji to jednak ksiądz
powinien przyjść”.
Dodam, że moje kuzynki absolutnie nie potępiają nas za nasz ateizm, akceptują to i nie jest to dla nich problemem, ani nie próbują mnie „nawracać” .
I dlatego się tak zastanawiam : skąd w katolikach bierze się takie niezłomne przekonanie, że nawet ludzie niewierzący w pewnych sytuacjach powinni podporządkować się katolickim rytuałom ?