asia_i_p
02.03.15, 09:36
Według prawa szkolnego, podstawową funkcją ocen jest informacja. Uczeń znając kryteria ocen, na widok oceny powinien, w idealnej sytuacji, być w stanie powiedzieć co umie, czego nie umie i czego się jeszcze powinien nauczyć.
Ciekawie się robi, kiedy się popatrzy, jakie byłyby realne skutki przyjęcia tego do wiadomości przez wszystkich.
To oznacza, że dobre oceny nie powinny być w żaden sposób nagradzane - koniec z czerwonymi paskami, koniec z ocenami semestralnymi i rocznymi - zaliczył minimum, nie zaliczył minimum to jedyne informacje sumaryczna. Że nie powinno się dać na podstawie ocen porównać między sobą uczniów, ponieważ w sytuacji idealnej kryteria oceniania, powyżej pewnego minimum wspólnego wszystkim, powinny być dobrane do predyspozycji ucznia, do jego indywidualnie z nauczycielem wybranych celów. Że jedynym momentem, który pozwoliłby na porównanie umiejętności uczniów między sobą byłyby egzaminy zewnętrzne.
Znaczyłoby to, że rodzice nie mają w rękach listy ocen, tylko mają listę umiejętności, które dziecko w tym wieku opanować musi + listę umiejętności, które dane dziecko wspólnie z nauczycielem uznało, że opanować powinno, i na koniec roku zamiast świadectwa ma tę listę z informacjami, w jakim stopniu dziecko opanowało dane umiejętności.
To ma dalsze skutki - szkoły zewnętrzne zamiast sumarycznych tabelek z ocenami dostają ten zbiór opisów + wyniki testów zewnętrznych. Czyli dobierając uczniów i rozmawiając z uczniami rodzica, którego nie przyjęli, nie mogą się wybronić, że miał o pół punktu za mało, tylko muszą mówić: Państwa dziecko ma zaliczone konieczne minimum z podstawowych przedmiotów, ale zbyt mało interesowało się przyrodą, jak na zdobycie miejsca w klasie przyrodniczej. Rekrutacja do szkół robi się zdecydowanie mniej jednoznaczna i mniej "sprawiedliwa".
To ma jeszcze dalsze skutki - odpowiedzialność za to, żeby uczeń wykorzystał do końca swój potencjał, zostaje podzielona między ucznia a nauczyciela. To nie nauczyciel ma cisnąć, to uczeń wspólnie z nauczycielem ma poszerzyć swoje cele z danego przedmiotu powyżej minimum. W codziennej pracy szkolnej musi oznaczać - mniejsze klasy, dużo pracy w grupach, prawdopodobnie dzielenie na klasy w ramach danego przedmiotu, jak w Anglii, tylko nie według kryteriów dobry/zły, a według stopnia zaangażowania w dany przedmiot.
Ceną za to jest to, że oceny NIE SĄ SPRAWIEDLIWE w sensie porównawczym.
I teraz się zastanawiam, gdyby to próbować wprowadzić, to czy byłyby protesty, i kto protestowałby najbardziej - nauczyciele, bo to więcej pracy, czy rodzice, bo oceny muszą być sprawiedliwe?
I zastanawiam się, czy rodzice domagając się indywidualnego podejścia do dziecka i sprawiedliwych ocen (w sensie sprawiedliwości klasowej) zdają sobie sprawę, że domagają się rzeczy w zasadzie sprzecznych?