Wyobrazmy sobie, ze jest rok 1939.
Wyobrazmy sobie, ze udalo nam sie uciec z rodzina do Rumunii.
Wyobrazmy sobie, ze znalezlismy sie w obozie dla uchodzcow..
Podobnym do tego..
Wyobrazmy sobie, ze z Rumunii przez morze mozna dostac sie do kraju "mlekiem i miodem plynacym" lezacym daaaleko za Turcja.
Do Turcji trzeba doplynac, a potem 1.000 km. (a moze wiecej) przedzierac sie, nie majac pewnosci, czy nas nie okradna, oszukaja, zgwalca, zamorduja.
Moje pytania.
1. Czy bierzecie wszystkie dzieci, wsiadacie do lodki, plyniecie?
2. Czy wysylacie meza, przedrze sie, urzadzi sie i Was z dziecmi sciagnie?
3. Czy wysylacie najstarszego syna, ma wieksze szanse, nawet gdy lodka okaze sie dziurawa.
4. Czy zadowalicie sie uratowaniem zycia i juz nie podejmujecie zadnych prob wydostania sie z obozu?
5. Czy pochwalicie meza/syna za to, ze zostal na Wegrzech, a mogl byc w germanii, Szwecji i tam Was sciagnac?
Zanim napiszecie, ze maz/syn powinien zostac i walczyc, proponuje przypomnienie sobie watkow. "Co bys zrobila, gdyby w Polsce wybuchla wojna" (Czy podobnie).