Piszę w ogromnych nerwach i stresie. Mąż wyszedł dziś na piwko ze znajomymi z pracy. Został pobity przez jakiś obcych facetów w pubie (nie wiem o co poszło, nie chce mi powiedzieć - mówi, że nie wie). Dostał silny cios w głowę, uderzył w posadzkę, stracił przytomność, miał krwotok z ucha. Sytuację znam tylko z jego relacji po powrocie. Znajomi proponowali podwózkę na pogotowie, ale się nie zgodził, więc przywieźli go do domu. Przez godzinę toczyłam bój, aby się ze mną udał na SOR. Sprowadziłam swoją mamę do pilnowania dzieci (śpiących) i zamówiłam taksówkę, ale pomimo tłumaczenia, próśb, płaczu a nawet gróźb i kłótni nie udało mi się go przekonać, aby pojechać do szpitala, bo "on się dobrze czuje". Moja mama wcale mnie nie popierała, głownie prosiła, aby być ciszej, bo co sąsiedzi pomyślą o naszej kłótni. Jestem wyczerpana fizycznie i psychicznie. Ostatecznie mamę i taksówkę musiała odprawić, bo zaparł się jak osioł (a waży 30 kg więcej ode mnie i siłą go nie wezmę). Mam dość. Boję się, że uraz był poważny, że straci przytomność w nocy, że obudzi się z niedowładem oraz wielu innych rzeczy. Z wykształcenia jestem fizjoterapeutą, więc ogarniam, co może mu grozić. Chce mi się wyć, gryźć i bić. Uszczypnęłam go nawet do krwi, ale jako argument się nie sprawdziło. Poratujcie radą - czy mogłam coś zrobić lepiej?
Obawiam się, że teraz nie zasnę całą noc i będę co chwila sprawdzać czy oddycha
P.S. po raz pierwszy przydarzyło mu się coś takiego, a jesteśmy razem od 11 lat
P.P.S tak, to nick jednorazowy