Muszę się komuś wyżalić, bo nie mogę wytrzymać nerwowo. Dzisiaj mój mąż
wrócił zpracy i mi oznajmił, że zgubił, albo mu ukradli portfel - w sumie sam
nie wie. W portfelu miał...kilka tysięcy złotych, dowód, dowód rejestracyjny
naszego amochodu, karty kredytowe. Generealnie trzy miesiące życia dl acałej
rodziny. Ja bym to jeszcze wszystko przebolała, pewnie jakoś przeżyjemy,
będzie chudo, ale takie rzeczy się zdarzają, dokumenty można wyrobić, arty
zastrzec. Przebolałabym, zrozumiałą i jeszcze pocieszuła gdzyby to nies stało
się druf\gi raz w ciągu dwóch miesięcy. Pod koniec sierpnia skradzionu mu
dokładnie taki sam zestaw tylko z mniejszą gotówką ( ale i tak sporo bo 1000
zł). Jrew mnie zalewa. Tak go błagałam, żeby zaczął nosić dokumenty osobno i
karty taż, a nei wszystko razem w portfelu i jeśli dostaje większa kasę (
prowadzi działalność i czasami jest naprawdę duża gotówka - zanim ją wpłaci
do banku, nosi jak kretyn w portfelu). I żeby przede wszystkim przestał ten
portfel nosić w tylknej kieszeni plecaka, z której każy może go w 3 sekundy
wyjąć. OCzywiście prosiłam bez skutku. No i efekt jest rewelacyjny. Siedzę i
ryczę, jakoś mnie to strasznie dotknęło, ta jego uparta bezmyśność. I to, że
ma jeszcze do mnie żal, że go nei pocieszam i nie współczuję. Ale to już
ponad moje siły, naprawdę

(((
Basia