Debiutuję u was, choć podczytuję od dawna. Ulało mi się i chyba muszę coś z siebie wyrzucić. Fajne z was babki (z reguły...

), więc może przeczytam miłe poklepanie po plecach.
Zacznę od stanu aktualnego, a na końcu przedstawię pokrótce tło tego stanu (nie wnikając w szczegóły - nie zamierzam robić wiwisekcji, zwłaszcza gdybym miała pecha wywleczenia tego wątku na zewnątrz; liczę, że ktoś będzie miłościwy i nie wywlecze).
Aktualnie: nie byliśmy z rodziną na wakacjach od kilku lat.
Ja tych wakacji po prostu pragnę. Pochodzę z biednej rodziny, więc pod tym względem się nie wyszalałam, udało mi się gdzieś pojechać raptem kilka razy, gdy po studiach zaczęłam pracować i zarabiać, bo jako dziecko to nigdy.
Uwielbiam jeździć, zwiedzać, próbować nowych rzeczy, poznawać języki (jeśli wyjazd za granicę), zapachy, widoki, wdychać inne powietrze, poczuć się gdzieś obco, a gdzieś indziej zupełnie jak u siebie (mimo że mnóstwo kilometrów od domu). Fascynują mnie przygotowania do wyjazdów, branie map do rąk, czytanie przewodników, planowanie co będę chciała zobaczyć, nauka podstaw lokalnego języka czy tradycji.
Nie mówię, że to moje hobby, bo doświadczenia mam marne w podróżowaniu, ale naprawdę bardzo mnie to nakręca.
Teraz nie możemy nigdzie jechać. Nie byliśmy nigdzie od dawna. I nie mamy perspektyw na wyjazd w ciągu kilku następnych lat.
To wszystko powoduje, że bardzo gorzknieję, w miesiącach letnich unikam ludzi, bo beztrosko mnie pytają "dokąd jedziemy na wakacje", a mnie się chce płakać (tak, starej babie chce się płakać, bo ma lato w mieście

). Odmawiam spotkań, nie odpowiadam na zaproszenia, nie umiem ukryć rozczarowania w spojrzeniu i głosie, gdy ktoś informuje, że gdzieś jedzie. Wydaje mi się, że nie jestem zazdrosną zołzą, bo niczego innego tak innym nie zazdroszczę - gdy znajomym się powodzi w innych aspektach, w których mam gorzej, to szczerze gratuluję i cieszę się ich szczęściem. Tylko te wakacje...
Widzę podobieństwo w swoim zachowaniu do osób, które długo starają się o dziecko i gdy im nie wychodzi, wycofują się z "dzieciatych" znajomości. Ogarnia je poczucie niesprawiedliwości, że dlaczego oni a nie ja.
No i właśnie teraz płynnie przejdę do tła. Nie możemy jeździć na wakacje, bo od jakiegoś czasu wszystkiego mamy na styk i masę codziennych potrzeb wciąż niezaspokojonych. Problemy sprzed kilku lat odbijają się na nas czkawką i nie możemy dojść do bezpieczeństwa finansowego i przede wszystkim zawodowego. Cały nasz wysiłek wkładamy w to, żeby to osiągnąć, bo wciąż jesteśmy na etapie, że podmuch wiatru zwali nas z nóg. Jesteśmy ludźmi dorabiającymi się od zera i w przypadku porażki - polegniemy, rodzina nie pomoże.
A mi tak smutno, że życie ucieka na ogarnięcie czegoś, co inni dostali w zestawie startowym. No to wyrzuciłam to z siebie. Bądźcie łaskawe emamy

.