Bo ja już nie
Miałam kiedyś przyjaciółkę, bliską osobę. Kiedy odniosłam swój mały sukces (sukces dla mnie, ale nie była to główna rola na deskach Starego), od razu się z nią podzieliłam. A potem kolejny i znów razem niby się cieszyłyśmy. A potem okazało się, że ona wcale się nie cieszyła i to właśnie wykrzyczała mi w twarz. Zazdrość, zawiść, niechęć, bo mi dobrze poszło. Nie chciała się dłużej przyjaźnić.
Potem przy dzieciach przekonałam się, że matce Kazika, który też trenuje jazdę konną, lepiej nie mówić, że mój syn samodzielnie pokonał przeszkodę. Bo to ją zmartwi i przestanie być miła. A matce Aleksandra z 1B nie mówię, że mój ma piątkę ze sprawdzianu z dodawania do 10. Bo ona ucieszy się tylko wtedy, gdy jej syn ma szóstkę.
Nawet w dalszej rodzinie, kiedy mówię o sukcesie np. Piotrusia, moja kuzynka (matka równolatka) podsumowuje, że ten mój PIOTR zawsze ma lepiej, nie to co jej Michałek.
Więc jako dorosła baba dopiero uczę się, że te malutkie i troszkę większe sukcesy lepiej ukrywać i po polsku odpowiadać, że jakoś tam leci, ale pogoda fatalna i tak w ogóle to jest źle.
Mówicie innym o czymś, co się udało?