Muszę się wygadac, nic innego.
Mieszkam w Anglii, pośród pól i lasów. Lisy, bazanty, sowy - w obfitości. Wczoraj w nocy bardzo głośno szczekal lis, przejmująco i długo. Ale zdarza się, nie myślałam o tym za bardzo.
Dziś rano wyszłam na spacer z moim jamnikiem, i najpierw koło stawu zobaczyłam liska zwinietego w kłębek. Chcialam podejść bliżej, ale uciekł. Potem jamnik podjął trop i pobiegl w tamtą stronę, usłyszałam jak szczeka, a potem ucichl. Podeszłam i zobaczyłam psa, a naprzeciwko niego, pod drzewem siedział lis. Patrzyli się na siebie, a jamnik szalenczo machal ogonem... Tak, nie jest to typowy pies myśliwski, on może ewentualnie zalizac kogoś na smierc
Nie chciałam liska stresować, ale oczywiście wydało mi się to dziwne, że nie ucieka. Musiałam iść do domu i pomyślałam, że wrócę później bez psa sprawdzić, co się dzieje. Aha, wścieklizny się nie boję, w Anglii nie ma.
Godzinę później ogrodnik przyszedł powiedziec, że na trawniku, 5 metrów od porannego spotkania, leży martwy lis... Poszłam zobaczyć, lisek był młody i nie żył, miał wyrwany kawał ciała z tylnej nogi i rana zaczynała się już rozkładać... Mąż go wyniósł do lasku. Powiedział, że chyba ktoś go postrzelil. A lisek, którego widzieliśmy rano, to mogła być jego mama... Pilnowała go, albo szukała?
I tak cały dzień myślę że przez jakiegos sku....yna mały lisek kilka dni umierał po kawałku. Na oczach swojej mamy. Pod moim domem. I nikt nic nie zrobił. Ja też, no nie wiedziałam, ale co to jemu za różnica?
Jest mi fizycznie niedobrze z bezsilności. Wiem, taki cykl życia, ktoś musi umrzec, żeby ktoś inny żył, bla bla bla. Nie umiem przestać o tym myśleć.
Możecie napisać, że wariatka, histeryczka, za lisem płacze, ale nic nie poradzę. Na wsi jestem wychowana, niejedno widzialam, ale mimo to (a może dlatego) zwierzęta wzruszaja mnie do samej głębi...