rosapulchra-0
29.05.20, 13:37
Zmarł ponad miesiąc temu, ale dowiedziałam się o tym zupełnie niedawno. Kilka lat w wyniku udaru stracił panowanie nad częścią swojego ciała. Miała się nim opiekować jego córka, która od razu przytuliła jego rentę z wyrównaniem, sama renta wynosiła 3600 zł netto. Jakoś tak na początku jeszcze zatrudniała Ukrainki, żeby do niego przyjeżdżały, karmiły, przewijały etc. W ostatnich miesiącach jego życia już była tylko jedna Ukrainka.
W sparaliżowanej nodze,w którejś z kości zrobiła się infekcja, bardzo bolesna. Jego córka myślała, że sama sobie z tą infekcją poradzi domowymi sposobami, ale tu był przede wszystkim potrzebny był silny antybiotyk.
Trafił do szpitala, w którym leżał przez miesiąc. Zmarł samotnie, w ogromnym cierpieniu. Miał 68 lat.
Odkąd się o tym dowiedziałam, no nie mogę sobie miejsca znaleźć. Z jednej strony się cieszę, że już go nie ma, że cierpiał, a z drugiej uważam, że powinien w tym bolesnym stanie pożyć jeszcze co najmniej 10 lat. Za te wszystkie obelgi pod moim adresem, za codzienne szydzenie ze mnie, za poniżanie, za bicie mnie czym popadnie i byle gdzie, za bicie po twarzy przy moich koleżankach itp., itd.
Niby powinnam się cieszyć, że już nie ma go wśród żywych, ale ta śmierć nie przyniosła mi żadnej ulgi.. Przed oczami wyrastają mi jak grzyby po deszczu sceny jego sadyzmu wobec mnie, czy wobec jego córki.
Nie jestem w stanie powiedzieć cokolwiek dobrego na jego temat.