zdystansowana55
30.01.21, 17:02
Czy ktoś mógłby spojrzeć na to trzeźwym okiem i coś podpowiedzieć, bo ja chyba nie jestem obiektywna, a wręcz uprzedzona. Post zdecydowanie anonimowy, bo osobisty.
Mam problem z siostrą. Zacznę od początku.
Nie ma między nami wielkiej więzi - nie spotykamy się na ploteczkach i nie zapraszamy na sobotnie spotkania. Nie dzwonimy do siebie, i ogólnie się mijamy. A raczej mijałyśmy, mimo mieszkania w tym samym mieście oraz mimo obracania się w tych samych kręgach towarzysko /zawodowych. Stosunki nasze byly chłodne, grzecznościowe, a nie wymówiona na głos zasada brzmiała, że powinnyśmy jak najmniej czasu spędzać w swoim towarzystwie, nawet przebywając między innymi ludźmi w tym samym miejscu.
Przykre, ale prawdziwe. Wina takiego stanu rzeczy leżała i leży po obu stronach. Mojej i siostry.
Aktualnie moja mama, która ma raka, zaczyna lamentować, że siostry powinny się wspierać, być ze sobą blisko. Wymusza na nas obydwu naprawę relacji. Przed chorobą doskonale wiedziała, jakie są nasze wzajemne stosunki. Mam wrażenie, że poczyniła postanowienie w obliczu choroby, że nas do siebie zbliży. Kocham moja mamę i jakkolwiek absurdalny wydaje mi się ten pomysł, widzę jak ją to gnębi. Sama się nakręca, a wiadomo chorobie to nie sprzyja. Dla świętego spokoju staram się więc zachowywać poprawnie i w miarę możliwości spędzam więcej czasu z siostrą, głównie gdy jest u mamy, lub/i gdy trzeba coś załatwić w związku z jej chorobą. Na więcej mnie nie stać, ale czy aby na pewno?
Mówiąc szczerze, przecież ludzie mogą się po latach zbliżyć i mimo różnic utrzymywać ciepłe rodzinne stosunki. Dopuszczałam taką myśl, ale ja po prostu nie lubię mojej siostry i nieakceptuje tego co wyrabia. I to nie od dziś, czy wczoraj a od lat. Kiedyś młoda była a dziś? Ogólnie jestem tolerancyjna (może mylnie tak uważam), nie wtrącam się w cudze życie (przynajmniej się staram) ale...
Moja siostra zawsze była piękną kobietą i to wykorzystywała. Z naciskiem na wykorzystywała. Teoretycznie obie jesteśmy wizualnie podobne, ale różnią nas charaktery. (żeby nie było, że jej zazdroszczę). Jej temperament niewątpliwie dodaje uroku, tylko co z tego? Ona ciągle i całe życie szła na skróty, nagannie moralnymi drogami. Ogólnie zawsze stałam z boku, nie chodziłam za nią, nie trułam jej, że robi źle, nie kablowałam rodzicom, a nawet nie robiłam nic co mogłoby jej zaszkodzić. Widziałam tylko ludzi, którzy przez nią cierpieli. Gdyby to była jeszcze osoba, która nabiera się na jej urok- ok. Niestety często tak nie było. Nie wiem jak ona to robiła, ale zawsze jednym krokiem, jedną decyzją potrafiła zranić kilka osób na raz. Jak jakieś tsunami. Nie potrafię tego przeskoczyć na poziomie głowy. Nie wiem czy ona jest taka perfidna, czy po prostu zaburzona i ładuje się w jakieś dziwaczne układy i tak jakoś wychodzi.
Nie wiem. Nie rozmawiałam z nią szczerze na ten temat. Teraz np jest 2 lata po rozwodzie, z orzeczniem winy. Jej winy. Ma exowi płacić alimenty przez chyba 5 lat, bo jest niezdolny do pracy. (Może się coś tutaj zmieniło, przyznam szczerze, że nie wiem i zbyt specjalnie mnie to nie obchodzi teraz) Jej mąż zachorował i to spowodowało, że zakończyła to małżeństwo lotem błyskawicy, gdy tylko wylądował w szpitalu i to ze zdradą w tle. Normalnie kokodżambo emocji.
Jak zwykle nie mogła zachować się normalnie. Nie! A po co?
- Nie mogła go zostawić normalnie, albo tuż przed chorobą jak im się nie układało ( a nie układało) tylko akurat wtedy kiedy on leżał z pierwszym w życiu rzutem SM - załamany. I to ze zdradą w tle. Jakby nie mogła nawet poczekać, aż rzut minie. Nie, ona musiała zrobić to już teraz i to z grubej rury, jawnie zdradzając i nawet nie myśląc, że choćby robiąc to w taki sposób, rozpad małżeństwa będzie po jej stronie i wiele straci.
Teraz też od rozwodu siedzi w jakimś układzie ze swoim żonatym szefem (lekarzem), który wspomaga jej karierę, o czym chyba już wszyscy wiedzą i próbują ode mnie wyciągać jakieś reakcję na ten news, gdyż obracamy się jak wyżej w tych samych kręgach. Badają czy wiem, czy nie wiem, co ja na to.
A jeszcze lepiej, że znam jego żonę, albo inaczej: często mamy ze sobą do czynienia zawodowo i aż mi kula staje w gardle na samą myśl że jej mąż ( z wielkim krzyżem katolika na szyi - to tak apropo aktualnej próby przejęcia kraju przez fanatyków co jeszcze nasila moje negatywne emocje) i moja siostra. Tak, po ludzku jako kobiecie mi źle.
Wiem, że ludzie popełniają błędy, czasem się gubią i niechcący ranią innych, bo jak to ludzie myślą o sobie. Rozumiem, że komuś zdarzy się wejść w jakaś nieodpowiednią relacje i nie potrafi sobie z tym poradzić.
Wiem, że życie nie jest czarno/białe. Wiem, że ten pogląd może się wielu nie podobać, ale tak uważam, że ludzie błądzą.
Tyle że ona ma tak całe życie! Już nie będę opisywać jej wcześniejszych przebojów. Całe życie komuś dowali w najgorszym dla niego momencie, i całe życie wspina się na nazwijmy to urodzie. Moja mama raczej o tym nie wie, więc nie widzi powodu żeby siostra, siostry nie lubiła.
Czy ja powinnam się umówić z siostrą i szczerze poznać jej punkt widzenia, dlaczego tak postępuje? Może ma jakieś ukryte motywy? Może coś z nią jest nie tak? Może ma jakieś zaburzenia? Może właśnie powinnam z nią porozmawiać, przedstawić wydaje mi się normalny punkt widzenia, że to co robi jest obrzydliwy. Może potrzebuje pomcy aby sobie pomoc i się uwolnić od czegoś o czym ja nie wiem. Może coś w jej życiu się stało. No, nie wiem. Coś to w ogóle to usprawiedliwa? Czy to ma sens w ogóle? Już siedzę i się nakręcam myślami, które jeszcze pół roku temu nie przyszłyby mi do głowy.
Nawet nie wiem jak ona się na to zapatruje. No komedia. Aż nie wierzę, że mam taki dylemat.