Ostatnio jest to chodliwy temat w moim otoczeniu i zdania są podzielone, w szeroko pojętych mediach też - od obrony biednych lokatorów przez wstrętnymi kamienicznikami po uważanie, że wynajmujący ma wszelkie prawa, a najemca w zasadzie żadnych. Na ematce też były wątki ze skrajnymi postawami, typu potrącanie z kaucji za każdą pierdołę kontra kobieta rozwieszająca ubrania na meblach, bo wynajmujący nie zapewnił suszarki do ubrań.
Moim zdaniem umowy najmu mieszkanie powinny być konstruowane standardowo z miesięcznym/dwumiesięcznym/trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia obowiązującym obie strony i to na zasadzie bo tak. Żadnego litowania się nad matką bombelków, która nie płaci od pół roku ani nad wynajmującym, który ma w d... problemy związanie z mieszkaniem, a interesuje go tylko kasa wpływająca na konto.
Zapraszam do dyskusji.