stephanie.plum
08.09.21, 09:55
słuchajcie, taka sprawa.
wczoraj znaleźliśmy leżącego na drodze gołębia, najwyraźniej potrąconego przez samochód.
ale żywego.
właściwie, to synek go znalazł i postanowił, że się nim zaopiekuje.
A TERAZ SZCZEGÓŁY NIE DLA (bardzo) WRAŻLIWYCH!!!
gołąbek ma coś bardzo nie tak z szyją (nie może wyprostować głowy, którą ma przekręconą na grzbiet), i jedną nogę paskudnie naderwaną pod samym brzuszkiem.
byłam pewna, że zaraz opuści ten padół, powiedziałam młodemu, że możemy położyć go w pudełku, w zacisznym miejscu, żeby spokojnie przeniósł się do wieczności. tak też zrobiliśmy. przyniosłam wodę, żeby chociaż dzióbek mu zwilżyć, choć wydawało mi się to beznadziejne.
a on zaczął normalnie pić! i w dodatku wcale nie zdechł, tylko uparcie żyje. zjadł nawet trochę miękkiego twarożku.
no i co robić?
synek baaardzo chce się nim opiekować, a gołąbek, no cóż, zachowuje się wypisz wymaluj jak moja babcia po udarze.
mocno macha skrzydłami (babcia miała niezłą siłę w rękach...), ale głowa zupełnie nie ta. jakoś dziwnie nią kręci, ale nie może trzymać normalnie.
no i ta biedna noga... ptaszysko musi cholernie cierpieć. matka natura wysłałaby już po niego jastrzębia, albo jakieś wrony, a my przedłużamy jego agonię.
nie wiem, co robić. chyba powinnam zwierzaka dobić. ale jakoś nie mogę. poza tym, co powiem synkowi?