golf_pod_brode
18.06.22, 11:56
Kiedyś krótko pracowałam w urzędzie w obsłudze klienta. Miałam w pracy koleżankę, wtedy miała ok 25 lat i właśnie dość pulchne nogi, dlatego mi się skojarzyło.
Abstrahując od nóg grubych czy chudych, w urzędzie niby obowiązywał dress code, ale nikt tego nie pilnował. Koleżanka za to lubiła stroje bardzo skąpe. Tylko ona, reszta ubierała się urzędowo. Miła, pomocna dziewczyna, zwracała na siebie uwagę tym, że zawsze w mini mini, latem topy na cieniutkich ramiączkach albo z hiszpańskim dekoltem, czasem z odsłoniętym brzuchem. Ludzie zapamiętywali ją jako "tą panią w takiej spódnicy".
Szef był facetem po 40, lekko wstydliwym wobec kobiet, nigdy nic jej nie powiedział. Za to powiedziała jej klientka, w dodatku publicznie, że nie wypada tak ubierać się do pracy w urzędzie, że pomyliła pracę z wyjściem na plażę i takie tam. Sytuacja była bardzo nieprzyjemna.
Tutaj sprawa rozbiła się nie o wymiary koleżanki, ale o stosowność stroju do okazji.
No i teraz jak to jest? W tamtym wątku i w wielu innych pojawia się, że wszystko nam jedno, co kto nosi, że nie zwracamy uwagi. Że nareszcie mamy wolność i dowolność. Sama jestem obojętna na to, kto i jak ubrany mnie obsługuje. A jednocześnie, przyznam się, też czułam się nieswojo mając przy sąsiednim biurku tą koleżankę.