mava1
27.09.22, 11:58
a właściwie lotnisko Modlin.
Ponieważ wielokrotnie spotykałam sie tu z wątkami pt. jak dojechac na lotnisko Modlin itp, domyslam się, że wiele matek z niego korzysta. Postanowiłam więc podzilic sie swoimi refleksjami. Właściwie mojego męża.
Otóż zdarzyło się, że szwagierka nagle musiała przylecieć do Warszawy (pogrzeb) a potem w miare jak najszybciej wrócic do domu. Do tej pory zawsze korzystała z lotniska Chopina, skad odbierał ją, samochodem, mój mąż, a potem zawoził w drodze powrotnej. Tym razem udało jej się załatwić przylot na Chopina ale juz wrócić musiała z lotniska Modlin.
Akurat w dniu powrotu w Warszawie odbywał sie jakis maraton, który unieruchomił całe Śródmieście miasta (i nie tylko) i dosyc utrudniał wydostanie sie w kierunku Modlina. Mąż stwierdził, że nie będzie pchał sie opłotkami, skorzystają z pociagu na lotnisko.
I tu zaczął się armagedon...
Dodam tylko, że mąż ma jedną rękę półsprawną (po wypadku w młodości) a w drugiej naderwał właśnie miesień i też musiał ją oszczędzać. Jego starsza siostra, 60+, też zdrowotnie niezbyt sprawna. Przyleciała z 20 kg walizką.
Schody, nomen omen, zaczęły sie juz przy dostaniu się do pociagu na jednym z warszawskich dworców. Otóż...windy nieczynne. Nie bo nie. Musieli targać tę walize po schodach. Pomogła im jakaś młoda dziewczyna, która zlitowała się nad dwójką "kalek". Przy wejsciu do pociągu musieli już tę walize wciągnąć po schodkach sami.
Dojechali do Modlina, wysiedli na peron, a tam im oczom ukazały się schody, jedyne ktorymi mozna wydostać sie z peronu. Jak stwierdził mąż, jakies 40 schodów do góry a potem 40 schodów w dół. Oczywiscie, zadnych wind. 40 schodów to, na moje oko, jakieś 3 piętro...no, moze drugie. Walizę targała siostra 60+ bo mąż nie był w stanie. Obok usiłowała wydostać sie z peronu rodzina z 3 wózkami dzieciecymi i, odpowiednio do liczby wózków, bombelkami oraz bagażami. Wózki, bagaże, dzieci i reszta, przemieszczali się na raty. Siostra też jakos dała radę (bo wyjścia nie miała). Dobrze że mąż zaplanował podróż z duzym zapasem czasowym.
Potem weszli do autobusu na lotnisko. Przy czym 'weszli" to sporo na wyrost. Wepchneli sie do juz upchnietego autobusu. I wtedy nagle pojawiła sie owa rodzina z 3 wózkami, która stwierdziła, że też wejdzie bo musi. I jakos wepchneli się. Cały autobus to, dosłownie, jak szprotki upchniete w puszce a mój maz całą podróż, na szczęście niedługą bo jakieś 10 min., przebył z jednym z wózków wepchnietych pod żebrem, swoim żebrem.
Po odprawie na lotnisku, sprawnej mimo braku podziału na kierunki podrózy, siostra męża, wraz z innymi podróżnymi, została 'wypędzona" na plyte lotniskowa, skąd piechotą musiała pokonac kilkusetmetrowy odcinek do samolotu (jakieś pół kilometra). Dzwoniła w tym czasie do męża i mówiła, że widzi pola i biegajace zające...No...takie obrazki to ja pamietam sprzed 40 lat lat, kiedy musiałam nagle (też na pogrzeb) dostać sie do innego miasta w Polsce. Poleciałyśmy z matka samolotem, DO SŁUPSKA! lokalnego lotniska a nie miedzynarodowego lotniska via Warszawa. tam wtedy też ladowałyśmy niemal w szczerym polu, potem z samolotu piechotą doszłyśmy do "baraku" lotniskowego, a potem taksówka dostałyśmy sie do miasta. Ale, na boga! było to 40 lat temu! na malutkim prlowskim lotnisku!
A co gdyby padał ulewny deszcz? była burza? sniezyca? wtedy do samolotu wchodza przemoczeni na wskros ludzie? oblepieni jak bałwany?
W każdym razie mój mąż wrócił do domu ledwo żywy, stwierdził, ze to lotnisko dla młodych ludzi 20-30 lat, podróżujacych jedynie z plecaczkiem, i nigdy więcej! O refleksjach siostry nic nie wiem, póki co, ale nie sądzę zeby były lepsze.
Ja, naiwnie, wyobrażałam sobie, że skoro robi sie zastepcze, dla Warszawy, lotnisko to tam pociag ze stolicy podjeżdża pod lotnisko. A nie, że ludzie z bagażami, wózkami, dziećmi, starsi czy niepełnosprawni, musza przechodzic "ścieżke zdrowia" zanim wejda do samolotu.