jomamma
04.01.07, 10:06
No właśnie...,
jestem wściekła na babę, bo nie zlecając badań naraziła moje dziecko na
problemy z pęchcerzem. Na szczęście tylko naraziła, bo skonsultowałam jej
diagnozę z jeszcze innym. Małej (2 lata) przytrafiła się wirusówka. Dostała
lekarstwa, żadnych badań nie zlecono. Po kilku dniach objawy jeszcze bardziej
się nasiliły i doszła bardzo wysoka temperatura, której nie mogłam
łatwo "zbić". Wróciłam do lekarki i usłyszałam, że to zapalenie płuc (!??).
Dostałam antybiotyk (na 7 dni) i koniec. Mówiłam, że to raczej niemożliwe, bo
mała nie wychodziła z domu, dostawała leki, dwa dni temu nic sieę nie działo,
a tu nagle taka choroba. Że mała skarży się bardziej na pupkę (trochę
odparzoną), że ma ostrą biegunkę - bez reakcji lekarki.
Wyszłam zdumiona, ale nie mogąc znaleźć odrobiny porozumienia z lekarką,
odpuściłam sobie dalszą rozmowę.
Wezwałam lekarza prywatnie. Z miejsca przykazał zbadać mocz. Osłuchał bardzo
dokładnie. Byłam w szoku, kiedy powiedział, że owszem, słyszy lekkie szmery,
ale na pewno nie w płucach, tylko w oskrzelach, ale to od lecącego "gluta" i
na razie do wyników moczu z antybiotykiem by sie wstrzymał. A wynik pokazał
zakażenie dróg moczowych!
I zaordynowano miesięczną kurację, żeby nie było nawrotów!!! Sam antybiotyk
mała ma brać 2 tygodnie! Nie rozumiem, dlaczego lekarka nie zleciła tych
badań? Ile matek po konsultacjach z tą panią idzie jeszcze do kolejnego
lekarza?
Myślicie, że powinnam do niej pójść (zadzwonić) i powiedzieć jej o pomyłce?
Wiem, że narażam się na niemiłe potraktowanie, bo pani po prostu jest
niemiła. Mąż mówi, że bez sensu będę się denerwować ale nie jestem tego taka
pewna, czy bez sensu...