Juz dawno nie chodziłam z małą po sklepach, bo szczęśliwie jak było potrzeba,
to organizowałam dziadków

Ale wczoraj najpierw weszłam do jednego, a potem
już z czystej chęci obserwacji do jeszcze kilku. To dopiero!
W pierwszym, obuwniczym mała (lat 3)przechodząc przesunęła but, który stał na
półce, tylko nisko. Cały czas obserwowała ją sprzedająca, która chyba tylko
czekała na jakiś błąd małej, bo zaraz dopadła ją i głośno zaczęła mówić, że
nie można rozwalać. Mała była zdziwiona. Pytam więc, co takiego zrobiła, że
jej zwraca uwagę, bo widzę tylko przesunięty but,a nie bałagan, na co pani
mówi, że teraz to dzieci tak bezstresowo chowane i nie można zwrócic uwagi.
Mówię, że można, jak jest powód, a nie na zapas. Ona na to, że dzieci robią
szkody, przychodzą z lodami i niszczą buty. Mówię, że to mojego dziecka nie
dotyczy, a jak zrobi szkodę, to za nią zapłacę. Na co z kolei baba dostała
słowotoku i widząc, że nie dotrę, wyszłam ze sklepu. Rozumiem stres związany
z nonszalanckimi klientkami, których dzieci bezkarnie niszczą towar, ale
dlaczego tak bez powodu i w taki sposób? Postanowiłam wejść jeszcze do kilku
miejsc. Wszędzie łażono za nami, jakbyśmy były potencjalnymi złodziejkami.
Miny pań zniechęcały do kontynuacji zakupów, nawet w sklepie z dziecięcymi
ubrankami! Tam jak mała wzięła do ręki jakąś bluzkę, żeby mi pokazać, to od
razu przyleciał ochroniarz i zabrał jej z łapy, oczywiście mówiąc, że tak się
nie robi. Dziwne, bo dorosłym, chociażby mi, która zrobiłam dokładnie to samo
uwagi nie zwrócił. No to już tylko się śmiałam.
Ale to jest smutne, że w sklepie z dzieckiem czuję się dyskryminowana. Inne
mamy pewnie powiedzą, że nie tylko tam...
Uważam, że to jest po prostu głupie. ale też, że chyba same sobie
wypracowałyśmy takie podejście. Niestety.
Joanna