lila1974
01.08.07, 19:57
Kolezanka z pracy właśnie wróciła z urlopu. Wydawac by się mogło, że powinna
tryskac optymizmem , zdrowiem i urodą, tym czasem wróciła zgnębiona, aż żal
było patrzeć.
Urlop wpisze się w jej pamięć chyba jako najkoszmarniejszy z dotychczasowych.
Na dzień dobry została okradziona z portfela ... na szczęscie odnalazła go na
chodniku, zniknęła cała wypłata, na szczęście ocalały karty i dokumenty.
Ale najgorsze było jeszcze przed nią ... na polu campingowym, na które się
wybrała, ukradziono jej psa. Dla niej była to straszna tragedia, bo
dziewczyna jest niesamowitą psiarą, która kocha swoje psy prawie tak mocno
jak córkę. Z całą pewnością są dla niej członkami rodziny. Koleżanka martwiła
sie nawet nie tyle o siebie, co o pieska, bo podobno z całej jej zgrai ten
jest najbardziej do rodziny przywiązany i oddawany gdzieś pod opiekę
strasznie tęsknił.
Koleżanka i jej córa w płacz, ale nie ograniczyły się do rozpaczy. Postawiły
na nogi wszystkich mieszkańców pola, obszukały ośrodek, okoliczny las,
przepytały każdego, kto się nawinął, ale przede wszystkim rozwiesiły
ogłoszenia w okolicznej miejscowości i nagłośniły sprawę w lokalnych mediach.
I stał sie cud - wczoraj zadzwonił do niej jakaś osoba, która twierdziła, że
wie, gdzie piesek jest przetrzymywany. Kolezanka, jako że już wróciła do
Szczecina, powiadomiła swojego brata, aby sprawdził ten ślad. Brat był na
tyle przytomny, że zabrał ze sobą policję i w jej towarzystwie zapukał pod
wskazany adres.
Na miejscu okazało się, ze rzeczywiście piesek, który był w tym domu, to jej
piesek. Dopadł szczęśliwy do swojej młodszej pani (córki koleżanki, która
przyjechała razem z wujkiem).
Ludzie ci perfidnie tłumaczyli, że pieska znaleźli i zaopiekowali się nim.
I to ich perfidia dobiła moją koleżankę, dziewczynę na wskroś uczciwą,
życzliwą i uczynna.
Ludzie ci, to nikt inny, jak jej sąsiedzi z pola, z którymi się zapoznała,
którym udostępniła swój prąd, pomogła podładować akumulator itp. Małżeństwo z
z dwójką synów. Ich perfidia polegała nie tylko na tym, że psa ukradli
właścicielce sprzed nosa, ale tę kradzież sobie dokładnie zaplanowali.
Weszli z nią w znajomość, zachwycali sie psami, zapewniali o swojej miłości
do zwierząt i użalali, że z powodów organizacyjnych w żadnym wypadku na psa
nie mogą sobie pozwolić.
W dniu, w którym piesek został skradziony, oni właśnie się pakowali do domu.
Kiedy zrozpaczona kolezanka cała we łzach pytała ich, czy nie widzieli jej
pupila zapewniali, że nie i współczuli z całego serca. Koleżanka mówi, że
nawet cienia podejrzenia wobec nich nie miała, bo wydali się jej niezwykle
sympatyczni i w swym współczuciu bardzo prawdziwi.
Oni miejscowi, a ona na szczecińskich blachach. W w niezobowiązującej
rozmowie upewniali się, czy rzeczywiście mieszka w Szczecinie - była idealną
ofiarą. Zapewne ich chytry plan zakładał, że dziewczyna z tak daleka nie
będzie na tyle zdeterminowana, by szukac psa wszelkimi dostępnymi środkami, a
przede wszystkim, ze bedzie musiała wyjechac, a oni pozostaną bezkarni.
Teraz tymi perfidami zajęła się policja. Twierdzą co prawda, ze nie będzie
łatwo udowodnić im kradzieży, ale na pewno postawią im zarzut
przywłaszczenia, bo nigdzie nie zgłosili znalezienia wartościowego zwierzęcia
(york).