lodge04
26.07.12, 01:23
Wiele spraw mnie frustruje w moim małżeństwie, ale dwie mnie szczególnie dobiły ostatnio. Nie wiem, czy są na to dobre rady, ale ciekaw jestem waszych opinii.
1) Moja jedyne dziecko, ośmioletnia córka, którą b. kocham, ma problem związany z otyłością. W zeszłym roku w lipcu przy wzroście 127 cm. ważyła 40,4 kg. Potem waga wzrosła w ciągu 3 miesięcy do nawet ponad 42. Zaczęła chodzić do dietetyczki w listopadzie. Żona początkowo starała się przestrzegać diety, ale - jak to u niej bywa - stawała się coraz mniej konsekwentna i "odpuszczała", serwując czasem, kiedy mnie nie było, niezdrowe posiłki ("bo tata nie pozwala"). Mimo to udało się zbić wagę do 40,3 kg. (przy wzroście 132 cm.), co już uznałem za sukces. Dwa i pół tygodnia temu żona wysłała ją do teściów na działkę. Nalegałem, żeby pogadała ze swoją matką w sprawie przestrzegania diety, wcisnąłem wagę, żeby na bieżąco kontrolować. No i spełniły się moje najgorsze obawy: żyło się wesoło, rozkosznie, zapewne z dużą ilością słodyczy i późnymi kolacjami. Dziś dopiero ją zważono. Efekt - 3 kg. ekstra (waży 43 kg.) Dodam, że jest to recydywa, bo w zeszłym roku dziecko przytyło z 37 na 40 właśnie w trzech tyg. lipca. u teściów. Dobijające jest to, że żona niespecjalnie się tym przejmuje: dziecko jest szczęśliwe, nie che wracać do domu (no nie chce, bo tam może robić to co chce).
2) Wakacje - mieliśmy jechać w trójkę na dwutygodniowe wczasy all inclusive. Cały rok pracuje usilnie nad książką (przymus zawodowy), frustruje się, że nie mogę poświęcać dziecku tyle czasu, co kiedyś i że jedzie na tak długo do teściów (żona: bo co ty jej w tym czasie zaoferujesz w mieście?). I oszczędzałem cały rok, dorabiając kosztem podstawowych obowiązków zawodowych i marząc o tych dwóch tygodniach. Dodam też, że faktycznie utrzymuję rodzina, bo choć żona zarabia jakieś 75% tego co ja, to nie dokłada się do podstawowych wydatków (czynsz, kredyt, rachunki, zakupy). Przepuszcza siano, sam nie wiem na co. I kiedy pojawia się temat wspólnych wakacji, oświadcza: nie mam kasy. Nie ma nawet 500 zł., żeby się dołożyć. I że ona może jechać na działkę (o zgrozo) do rodziców. Wielkodusznie mówi, że mogę pojechać sam z córką, ale jednocześnie informuje, że dziecko nie chce jechać ze mną samym (a wiem, że żali się, że tata jej nie postawi). Dodam, że b. podobnie było w zeszłym roku, kiedy to sfinansowałem wczasy w Egipcie w 85%.
Czuje się dobity. Że nie mam na nic wpływu. Że dziecko jest zmanipulowane i ustawione przeciwko mnie, że nie ciągnie do mnie, bo stawiam granice. Za moimi plecami, a czasem przy mnie, wygaduje piramidalne bzdury na mój temat (że tata skąpi kasy, że tata ma jakąś babę na boku, itd.). Niektórych tekstów się wypiera i mowi, że to żarty. Śpi z dzieckiem w jednym łóżku (córka nie chce się przenieść do swojego pokoju, w którym ja śpię!) Na co dzień bywa miła, ale to wszystko jest b. powierzchowne i nieszczere. Wkurzam się, bo nie zasługuję na taki image: nawet żony kryminalistów chyba czasem lepiej mówią dzieciom o ich ojcach.
Od razu dodam, że wszelkie poważne rozmowy, w których zwracam uwagę, że robi coś źle (a naprawdę ignoruję wiele rzeczy) zbywa tekstem: "nie podoba ci się, to się rozwiedź". A wie, że ponieważ b. kocham dziecko, to tego raczej nie zrobię. A gdybym zrobił, to z dzieckiem pojechałaby pewno mieszkać do teściów, 150 km. stąd. I pewno będzie jeszcze gorzej.
Ta szamotanina mnie męczy. Czy to jeszcze ma sens? Sorry za tak długi post, ale musiałem się wygadać. Jestem ciekaw, czy istnieją podobne przypadki.